sobota, 9 grudnia 2023

„I rozpętało się piekło. Świat na wojnie 1939-1945”. Autor: Max Hastings

 

Święta już za około dwa tygodnie. Najwyższy czas na składanie zamówień do Św. Mikołaja, który prezenty gwiazdkowe nabywa nie omijając księgarń. Za poradnik może posłużyć nasza czytelnia – dużo opisanych tu pozycji powinno być dostępnych na rynku. Osoby zainteresowane zachęcam zatem do skorzystania z dziewięciu katalogów tematycznych tego bloga. A może, niezależnie od poszukiwania tam, jako jeden z prezentów od razu wybrać książkę, o której poniżej?

Max Hastings „I rozpętało się piekło. Świat na wojnie 1939-1945”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2022

To już druga książka tego brytyjskiego historyka, którą omawiam. Pierwszą była monografia pt. „Tajna wojna 1939-1945. Szpiedzy, szyfry i partyzanci”, wydana w 2017 r. też przez krakowskie Wydawnictwo Literackie (opis do odszukania poprzez katalog alfabetyczny autorski lub katalog tematyczny 5). Proponowane dziś opracowanie Maxa Hastingsa to również monografia (969 stron) – tym razem całej II wojny światowej. Autor postarał się przedstawić wszystkie jej kampanie, wszystkie fronty, walki na lądzie, na morzu i w powietrzu. Wszędzie tam, gdzie się one toczyły, Azji Południowowschodniej nie wyłączając – polski czytelnik otrzymuje m.in. sporo szczegółowych informacji o walkach Brytyjczyków i Amerykanów z wojskami japońskimi, wcześniej mu raczej nieznanymi. Nasz czytelnik zapewne też nie miał większej wiedzy o zażartych walkach o Budapeszt (30.12.1944 – 11.02.1945), rujnujących stolicę Węgier. Autor poświęca im jeden podrozdział: „Budapeszt w oku cyklonu” (str. 813-823). Max Hastings nie ogranicza się do samego opisania przebiegu bitew i kampanii, jakkolwiek czyni to bardzo interesująco. Wskazuje i komentuje przyczyny, którymi kierowały się kolejne kraje przystępujące do wojny. Przedstawia również charakterystykę sił zbrojnych państw Osi i Koalicji Aliantów – w wymiarze liczebności żołnierzy, stanu uzbrojenia, logistyki oraz szeroko rozumianej ekonomiki wojennej. M.in. określa tzw. wartość bojową materiału ludzkiego, najwyżej szacując żołnierzy niemieckich, japońskich i radzieckich, niezależnie od motywacji i bodźców, które wymuszały ich bojowe zaangażowanie. Najniżej natomiast szacuje przydatność militarną żołnierzy włoskich. Przytacza tu niemiecki dowcip (cyt., str. 154): Keitel melduje: „Mein Führer, Włochy przystąpiły do wojny!”. Hitler odpowiada: „Wyślijcie dwie dywizje. To powinno wystarczyć, żeby ich wykończyć.”. Keitel mówi: „Nie, mein Führer, oni nie walczą z nami, tylko po naszej stronie.”. A Hitler na to: „Aaa, to zmienia postać rzeczy. Wyślijcie dziesięć dywizji.”. Autor ocenia również działalność poszczególnych przywódców państw i dowódców wojskowych – od najwyższych decydentów, tj. Hitlera, Mussoliniego, cesarza Hirohito, Stalina, Churchilla i Roosevelta, do marszałków, admirałów i generałów wykonujących ich polecenia. Wskazuje najważniejsze błędy popełnione w dziedzinie strategii i taktyki walczących stron, jak również tego przyczyny. Epickie opisy autor wzbogaca o obraz wojny widziany oczami konkretnych żołnierzy. Zamieszcza fragmenty wydanych po wojnie ich wspomnień, jak również zachowanych licznych listów z frontu, pisanych do rodziców, żon i narzeczonych. Większość ich nadawców, często bardzo młodych, już z wojny nie powróciła (co m.in. tłumaczy przechowywanie owej korespondencji w charakterze osobistych pamiątek rodzinnych).

Max Hastings nie pomija wielkiej tragedii ludności cywilnej, znajdującej się pod okupacją. Opisuje metody i rozmiary Holokaustu, bardzo długo nie do uwierzenia przez społeczności brytyjską i amerykańską, odbierające pierwsze informacje o masowym, na skalę przemysłową, ludobójstwie Żydów wg schematu: „Jest tam coś na rzeczy, ale ci Polacy i Rosjanie grubo przesadzają, to musi być jakaś ich propaganda wojenna”. Odnosząc się do alianckich bombardowań niemieckich miast autor nie zgadza się z poglądami niektórych zachodnich historyków (podzielanymi też niestety przez naszego Piotra Zychowicza), jakoby te naloty bombowe tylko w niedużym stopniu osłabiły potencjał obronny III Rzeszy, a ponadto niepotrzebnie przyniosły cierpienie ludności cywilnej. Istnienie frontu powietrznego nad Niemcami odciągnęło z frontów wschodniego, włoskiego i zachodniego zdecydowaną większość myśliwców Luftwaffe, dzięki czemu lotnictwo Aliantów mogło tam bezpieczniej operować w swoich strefach walk. Ponadto brytyjskie i amerykańskie bombardowania ograniczyły jednak niemiecką produkcję sprzętu oraz materiałów wojennych, czego liczne przykłady autor też wskazuje. Zachowania radzieckich żołnierzy na zajętych w końcowej fazie wojny obszarach III Rzeszy, w tym mordów i licznych gwałtów, autor oczywiście nie usprawiedliwia, ale stara się je wytłumaczyć wcześniejszym, jeszcze większym okrucieństwem SS i Wehrmachtu na okupowanych terenach ZSRR i Polski. Absolutnie nie będąc sympatykiem ZSRR i Rosji, Max Hastings obiektywnie wskazuje największy wkład imperium Stalina w dzieło zwycięstwa Aliantów nad hitlerowskimi Niemcami. Dokumentuje to nie tylko największymi wojennymi stratami ZSRR, ale przede wszystkim liczbą 4,7 mln żołnierzy niemieckich poległych na froncie wschodnim, wielokrotnie przewyższającą analogiczną ich liczbę 0,5 mln poległych w walkach na frontach afrykańskim, włoskim i zachodnim łącznie (str. 906). Sympatyczne polonica w tej książce też napotkamy. Autor wytyka rządom Francji i Wielkiej Brytanii, że ich dyplomatyczne wsparcie Polski w 1939 r. miało charakter li tylko werbalny, gdyż od samego początku nie planowały przyjść naszemu państwu z wymierną pomocą militarną. Wspomina też o wkładzie polskich kryptologów w rozpracowanie niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Francuzów natomiast Max Hastings najwyraźniej nie lubi. Krytykuje ich za brak zdecydowanej woli walki i przedwczesną kapitulację w 1940 r., a także za późniejsze pomocnictwo w Holokauście i generalnie kolaboracyjną politykę rządu Vichy (w tym za walki z Aliantami w Azji i Afryce, które wymienia). Wyraża opinię, iż Francuzi politycznie ocknęli się dopiero w drugiej połowie 1943 r., gdy już stawało się jasne, że III Rzesza wojny nie wygra, a wręcz przeciwnie – czeka ją bezwarunkowa (tak a priori zadekretowana przez Aliantów) kapitulacja. Reasumując, polecam Państwu to swoiste vademecum II wojny światowej. Książkę czyta się z dużym zainteresowaniem, którego nie zmniejszą nieliczne i drobne stylistyczne niedostatki tłumaczenia. Warto też zwrócić uwagę na zamieszczone w niej fotografie, w tym na duże zdjęcie z 1945 r. leżącego w gruzach warszawskiego Placu Trzech Krzyży (str. 908, 909).

PS. Wspomniany powyżej p. Piotr Zychowicz niezwykle krytycznie odniósł się do alianckich bombardowań miast III Rzeszy w książce pt. „Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie V”, wydanej w 2020 r. przez poznański Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. (opisanej na tym blogu).

środa, 29 listopada 2023

„Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera”. Autor: Andrzej Brzeziecki

 

Ten dobry i dobrze ulokowany szpieg miał wartość militarną większą niż kilkanaście dywizji pancernych Wehrmachtu i SS.

Andrzej Brzeziecki „Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera”

Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o., Wołowiec 2018

Jest to już druga książka p. Andrzeja Brzezieckiego, o której mam przyjemność tu napisać. Również traktująca o oficerze polskiego wywiadu wojskowego. Za to o oficerze bardziej sławnym niż mjr Jan Henryk Żychoń (1902-1944), bohater tamtej książki. O Romanie Czerniawskim (1910-1985) zrobiło się w Europie głośno na początku lat 70. ub. wieku, gdy Brytyjczycy odtajnili akta słynnej operacji dezinformacyjnej Fortitude, mającej na celu wprowadzenie Niemców w błąd co do miejsca i czasu inwazji aliantów zachodnich na kontynent. Lądowanie sił sprzymierzonych we francuskiej Normandii (kryptonim Overlord, słynny D-Day 6.06.1944) było do ostatniej chwili utrzymywane w wielkiej tajemnicy. Kontrwywiad brytyjski, m.in. korzystając z usług tzw. podwójnych agentów, z powodzeniem czynił wysiłki, aby przekonać Niemców, że inwazja jest, i owszem, przygotowywana, ale nastąpi w innych miejscach i kiedy indziej. Jednym z najbardziej skutecznych agentów realizujących ową akcję dezinformacyjną był „Hubert” - dla Abwehry, a „Brutus” - dla brytyjskiego MI5. Pod tymi pseudonimami krył się właśnie Roman Czerniawski. W rezultacie jego meldunków Niemcy trzymali doborowe dywizje pancerne, zdolne zepchnąć siły inwazyjne z powrotem do morza, z dala od wybrzeża Normandii. Gdy się zorientowali, że 6. czerwca nastąpiła inwazja rzeczywista, a nie tylko pozorowana, Amerykanie, Brytyjczycy i Kanadyjczycy zdołali już się umocnić na lądzie.

A nie było to bynajmniej pierwsze osiągnięcie Romana Czerniawskiego w działalności szpiegowskiej! Wcześniej, w 1940 r., znalazłszy się we Francji po jej klęsce, założył w strefie okupowanej siatkę wywiadowczą podległą polskiemu II Oddziałowi Sztabu Głównego WP z siedzibą już wówczas w Anglii. Razem z francuskimi i polskimi współpracownikami Czerniawski ustalał m.in. lokalizacje oraz rodzaje jednostek Heer, Kriegsmarine i Luftwaffe, bazujących we Francji. Informacje te polski wywiad przekazywał następnie Brytyjczykom. „Wielka wsypa” siatki Interallie nastąpiła w listopadzie 1941 r. Aresztowanego oficera polskiego wywiadu, kapitana Romana Czerniawskiego, Abwehra postanowiła jednak „odwrócić” i wysłać do Wielkiej Brytanii z misją szpiegowską oraz polityczno-dywersyjną. Polak pozornie przystał na ten układ. Poniekąd sam też to zasugerował, licząc na uwolnienie. Sfingowano więc jego ucieczkę. Z pomocą Niemców dostał się nielegalnie do neutralnej Hiszpanii, skąd go wywiad brytyjski przerzucił do Londynu. Tam Roman Czerniawski ponownie się „odwrócił” - wyznając, iż faktycznie nie uciekł z niemieckiej niewoli, lecz przybył jako agent Abwehry. Zaproponował wykorzystanie swojej osoby w celach wprowadzania Niemców w błąd. Propozycja została przyjęta.

Tyle w telegraficznym skrócie (choć nie po kolei). Autor to wszystko interesująco opisał na podstawie wiarygodnych źródeł. Przeanalizował spisane wspomnienia bohaterów tamtych wydarzeń, w tym samego Romana Czerniawskiego. Dotarł do akt osobowych, materiałów procesowych oraz odtajnionej dokumentacji operacyjnej. Korzystał z publikacji obcojęzycznych. Napisał pasjonujący esej biograficzno-historyczny, obejmujący głównie lata wojenne. Bardzo dokładnie scharakteryzował osobowość swojego bohatera. Dużo miejsca poświęcił kobietom, z którymi Czerniawskiego łączyły więzy zawodowe - szpiegowskie, ale też i osobiste. Ciekawie opisał sytuację panującą podczas wojny we Francji, w „polskim” Londynie, a także w kontrwywiadzie brytyjskim. W tle przedstawił wielką politykę, m.in. coraz bardziej słabnącą pozycję Polski w obozie aliantów zachodnich.

PS.1. Drugim wielkim bohaterem operacji Fortitude, któremu Abwehra też bardzo zaufała, był Hiszpan o pseudonimie „Garbo”. Ukrywał się pod nim podwójny agent Juan Pujol. Po latach również i jego działalność stała się tematem licznych publikacji. Osobiście przeczytałem książkę pt. Agent „Garbo”, autorstwa Stephana Talty’ego (na tym blogu nie została dotychczas przedstawiona).

PS.2. Czytelnikom zainteresowanym beletrystyczną literaturą sensacyjną, poświęconą zmaganiom kontrwywiadu alianckiego z wywiadem niemieckim podczas przygotowań do operacji Overlord, polecam już tu omówioną książkę pt. „Ostatni szpieg Hitlera”, której autorem jest Daniel Silva (opis do odszukania w katalogu autorskim alfabetycznym lub katalogu tematycznym 5). W niczym nie ustępuje słynnej, ekranizowanej „Igle” Kena Folleta. Mój egzemplarz książki pochodzi z wydania w 1999 r., zapewne dostępnego już tylko w bibliotekach. Ale w księgarniach internetowych można znaleźć nowsze.

sobota, 18 listopada 2023

„Opowiadania kołymskie”. Autor: Warłam Szałamow

 

Życie i śmierć w stalinowskich łagrach, ukazane przez pryzmat losów indywidualnych.

Warłam Szałamow „Opowiadania kołymskie”

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2017

Minusem tej bardzo interesującej, starannie wydanej książki, jest jednak brak szerszej informacji o autorze. Koniecznej – chociażby z uwagi na autobiograficzny charakter części jego opowiadań. Informacja o autorze ogranicza się do trzyzdaniowego akapitu na okładce. W tej sytuacji proponuję zerknąć do dowolnej encyklopedii. Pod ręką mamy Wikipedię:

https://pl.wikipedia.org/wiki/War%C5%82am_Sza%C5%82amow

Warłam Szałamow (1907-1982) miał równie bujny, co tragiczny życiorys, nieprawdaż?

Na wstępie nieco o tytułowej Kołymie. Jest to złotodajny obszar na dalekiej Syberii, w północno-wschodnim azjatyckim zakątku byłego ZSRR (obecnie w Federacji Rosyjskiej). Więźniów, skierowanych tam do niewolniczej pracy w kopalniach (głównie złota) i przy wyrębie tajgi, wieziono tygodniami pociągiem do Władywostoku, następnie statkiem przez Morze Japońskie i Morze Ochockie do Magadanu. Tych, którzy podróże przeżyli, w Magadanie selekcjonowano i kierowano „na etap”, tj. na przebycie jeszcze kilkudziesięciu, kilkuset kilometrów ciężarówkami do docelowego już łagru. Autor przebywał tam w latach 1937-1951 jako więzień, później jeszcze przez dwa lata jako wolny pracownik. Z Kołymy wydostał się dopiero po śmierci Stalina. W książce nie szukajmy analitycznych informacji o genezie powstania, ogólnych zasadach funkcjonowania radzieckich łagrów i „systemie rekrutacji” do nich więźniów. Taką całościową, polityczno-historyczną i statystyczno-demograficzną wiedzę da nam lektura np. „Gułagu” Anne Applebaum (omówiona na tym blogu) lub „Archipelagu Gułag” Aleksandra Sołżenicyna. Natomiast ponad sto krótkich, tytułowych opowiadań kołymskich Warłana Szałamowa to przede wszystkim opisy codziennej egzystencji w obozie pracy, wzbogacone o doraźne refleksje i przemyślenia autora, a także charakterystyka warunków klimatycznych i przyrodniczych na obszarze, gdzie bardzo surowa zima trwa aż dziewięć miesięcy. W opowiadaniach przewijają się łagrowe realia, o których poniżej.

§  Skierowanie więźnia do robót tzw. ogólnych było w zasadzie równoznaczne z wyrokiem śmierci. Tylko bardzo nieliczni, którzy nie padli od ciężkiej, ponad siły pracy, z głodu, od mrozu, albo nie zostali zabici przez konwojentów, mogli mieć nadzieję na skierowanie do szpitala, gdzie ich (przede wszystkim) czasowo odkarmiono i ogrzano.

§  Warunki obozowej służby zdrowia były fatalne. A mimo to powszechnie marzono o dostaniu się do szpitala, nieraz posuwając się do symulanctwa.

§  Cała energia życiowa więźnia nakierowana była na zdobycie dodatkowego kawałka chleba, niedopałka papierosa oraz na choćby chwilowe ogrzanie się.

§  W tej sytuacji jedyną szansą na przeżycie stawało się otrzymanie jakiejś pracy „funkcyjnej” w rozbudowanej administracji obozowej. Autora wybawiło skierowanie na ośmiomiesięczny kurs felczerski, który ukończył i następnie pracował w tym fachu (nadal jako więzień).

§  Dużo zależało od charakteru osób z kierownictwa danego łagru: pełnomocnych enkawudzistów, naczelników, kierowników robót itp. Wszyscy oni pozostawali pod silną presją realizacji odgórnie narzuconego planu produkcyjnego (wydobycia kopalin, wyrębu lasu, wykonania utwardzonej drogi etc.). Więźniów więc nie oszczędzali, nie liczyli się z ich życiem. Wśród owego naczalstwa i konwojentów wyróżniali się też złośliwi sadyści.

§  Kierownictwo miało odgórny nakaz gorszego traktowania więźniów politycznych, zwłaszcza skazanych za (rzekomą) działalność kontrrewolucyjną, terrorystyczno-trockistowską. Takich należało kierować do robót ogólnych, aby ich tam szybciej wykończyć. Nie wolno było powierzać im stanowisk specjalistycznych (technicznych, medycznych), pomimo posiadanego odpowiedniego, nieraz wyższego wykształcenia. Kierownictwo niekiedy ów zakaz starało się obejść, mając na względzie przydatność doświadczonych specjalistów w kontekście bezawaryjnego funkcjonowania urządzeń i obowiązku wykonania planu przez łagier.

§  Upływ terminu wyroku jeszcze nie oznaczał uwolnienia. Pełnomocny enkawudzista często „montował” prowokację, w następstwie której więzień otrzymywał na miejscu kolejny wieloletni wyrok.

§  Zmorą życia obozowego było donosicielstwo. Za dodatkową miskę zupy informowano kierownictwo o „nieprawomyślnych” wypowiedziach kolegi - więźnia. Skutek - jak powyżej.

§  Przekleństwem życia więźniów była obecność wśród nich i zachowanie kryminalistów – błatniaków, urków. Terroryzowali nawet więźniów funkcyjnych i wolnych pracowników, bali się ich też konwojenci. Dopuszczali się grabieży, gwałtów homoseksualnych, trwałych okaleczeń i morderstw. Straszny bywał los kobiet, jeśli znaleźli do nich dostęp. Kierownictwo łagru tolerowało ich, interweniowało jedynie w ostateczności.

§  Skład socjalny więźniów był przeróżny – od niepiśmiennych kołchoźników i miejskich robotników, do byłych wysokich, partyjnych i rządowych aparatczyków. W obozach siedzieli również profesorowie uczelni, naukowcy, pisarze, dziennikarze, zdarzali się też byli wojskowi i enkawudziści.

§  Uciec z łagru praktycznie nie było można. Niepowodzeniem skończyła się także brawurowa akcja dzielnego majora Pugaczowa i jego towarzyszy (str. 688-699).

§  Pomoc zachodnich aliantów udzielana podczas wojny Związkowi Radzieckiemu w ramach Lend-Lease zasilała również administrację Gułagu. Otrzymywane urządzenia, narzędzia i sprzęt transportowy wykorzystywano także w łagrach. Amerykańska żywność obficie trafiała do obozowej komendantury i konwojentów.

Prawie każde z tych około stu kołymskich opowiadań Warłama Szałamowa to opis jakiegoś drobnego fragmentu, epizodu życia obozowego. Bohaterowie części z nich, w tym sam autor-narrator, w niektórych nowelkach niekiedy się powtarzają. W większości uwypuklono beznadziejność egzystencji w łagrze i egoistyczną walkę o przetrwanie. Lektura pozwala na znaczne, socjologiczne i psychologiczne dopełnienie wiedzy o stalinowskim terrorze i o radzieckich obozach pracy przymusowej, analitycznie przedstawianej w innych opracowaniach. Osoby, które po tę książkę sięgną (do czego oczywiście gorąco zachęcam), nie mogą więc być zupełnie „zielone” – powinny już mieć jakiś wcześniejszy „podkład” z owej tematyki. W przeciwnym razie mogą treść opowiadań Warłama Szałamowa odbierać jak bajkę o żelaznym wilku. Albo jak amerykańscy znajomi byłego więźnia radzieckiego łagru, którzy – gdy im po latach opowiedział o długoletnim wyroku skazującym go na niewolniczą pracę – ze szczerym współczuciem, ale i ze zdziwieniem zapytali, dlaczego nie wziął sobie adwokata. Zatem przy okazji jeszcze raz polecam wspomnianą powyżej monografię autorstwa p. Anne Applebaum pt. „Gułag”. Jej opis na blogu uzupełniłem moim wspomnieniem znajomości z osobami, które na własnej skórze doświadczyły pobytu w radzieckim raju.

czwartek, 9 listopada 2023

„Zlikwidować! Agenci Gestapo i NKWD w szeregach polskiego podziemia”. Autorzy: Wojciech Königsberg, Bartłomiej Szyprowski

 

Polskie Państwo Podziemne karało zdradę śmiercią. Wyrok niekiedy obejmował również osobę bliską zdrajcy, mimo że ta osobiście mogła być niewinna.

Wojciech Königsberg, Bartłomiej Szyprowski „Zlikwidować! Agenci Gestapo i NKWD w szeregach polskiego podziemia”

Wydawnictwo Znak HORYZONT, Kraków 2022

Wbrew temu, co można by sądzić po jej tytule i liczbie stron, ta obszerna objętościowo książka to nie monografia, lecz wnikliwe studium siedmiu przypadków ukaranej zdrady: trzech na rzecz NKWD i czterech na rzecz Gestapo. Autorzy, jak czytamy na str. 564 (rozdział Tytułem zakończenia), uważają, iż kolaborantów-konfidentów były setki, być może nawet tysiące. Mając na względzie dostępność materiałów źródłowych wybrali akurat tych siedmiu odstępców i przeprowadzili względem nich szczegółowe reportaże biograficzne oraz śledczo-sądowe. Postać każdego zdrajcy została dokładnie scharakteryzowana. Najpierw poznajemy ich pochodzenie społeczne oraz przedwojenne życiorysy, poczynając od dzieciństwa i problemów ze szkolną edukacją, kończąc zaś na etapie kariery zawodowej w dniu wybuchu wojny. Dowiadujemy się o ich sytuacji rodzinnej i materialnej. Wyłania się z tego obraz osobowości, wręcz charakterystyka każdego z nich. Dalej następują już opisy ich losów wojennych, w pewnym momencie przekierowanych na ścieżkę zdrady – z przyczyn nie zawsze dokładnie rozpoznanych (autorzy wskazują możliwe hipotezy). Czyny zdrajców powodowały aresztowanie i śmierć wielu członków podziemia niepodległościowego oraz duże szkody logistyczne: utratę magazynów uzbrojenia, dekonspirację lokali, tras przerzutowych i miejsc obozów partyzanckich, przepadek gotówki etc.  W poszukiwaniu wroga wewnętrznego komórki kontrwywiadowcze ZWZ/AK podejmowały czynności operacyjne i dochodzeniowo-śledcze, z czasem dochodząc „po nitce do kłębka”. Sprawy kierowano do Wojskowego Sądu Specjalnego, władnego wydać zaoczny wyrok śmierci. Egzekucji dokonywali żołnierze podziemia. Autorzy to wszystko dość dokładnie opisują, bazując na obszernej dokumentacji źródłowej (wskazanej w aneksie, str. 565-726). Przedstawiają obowiązujące w warunkach konspiracyjnych uproszczone procedury postępowania dochodzeniowo-śledczego oraz sądowego.

W tle mamy obraz dwóch okupacji: radzieckiej 1939-1941 (wschodniej połowy terytorium II RP) oraz niemieckiej 1939-1945. Poznajemy warunki życia codziennego ludności pod terrorem okupantów, a także - wycinkowo - organizację i metody walki ZWZ/AK. Czytamy o wybranych akcjach dywersyjnych i potyczkach oddziałów partyzanckich. Pod okupacją hitlerowską polski ruch niepodległościowy był zwalczany głównie przez Gestapo, którego najbardziej inteligentnymi (a przez to niebezpiecznymi) wysokimi funkcjonariuszami okazali się Alfred Spilker (biogram na str. 672-676) i Friedrich Wilhelm Paul Fuchs (biogram na str. 690-692). Preferowali metodę werbowania agentów - „odwracania” ujętych żołnierzy polskiego podziemia, grając przy tym na nutce konieczności wspólnej walki z bolszewizmem. Niemcom „nie przeszkadzało” nawet żydowskie pochodzenie niektórych kolaborantów. Oprócz głównych siedmiu antybohaterów śledzimy okupacyjne losy wielu innych, rzetelnych uczestników konspiracji i członków ich rodzin. Autorzy przytaczają faktyczne i fikcyjne nazwiska, a także zmieniane pseudonimy. Treść uzupełniają liczne fotografie. Fragmenty te należy czytać uważnie, łatwo się bowiem w tak rozbudowanych personaliach pogubić. Panowie W. Königsberg i B. Szyprowski nieraz też przy tym polemizują z innymi autorami literatury przedmiotu. Wydanych i wykonanych wyroków śmierci jest w książce opisanych więcej niż te na siedmiu zdrajcach. Służby kontrwywiadowcze prowadziły bowiem również postępowania powiązane, tzw. odpryskowe. Ich ofiarami padały m.in. atrakcyjne fizycznie (wg fotografii w książce) żony zdrajców. Wina tych pań nie zawsze okazywała się ewidentna, można odnieść wrażenie, iż „likwidowano” je prewencyjne. Za dużo widziały i wiedziały, za dużo osób znały, zachodziła realna obawa, że mogą zechcieć pomścić śmierć mężów.

Reasumując, polecam Państwu tę książkę szczegółowo ukazującą mało dotąd znane realia konspiracji zbrojnej pod okupacją. Zaznaczam jednak, iż ma ona charakter badawczo-naukowy, a więc nie czyta się jej równie „szybko, łatwo i przyjemnie” jak eseje historyczne o tematyce okupacyjnej autorstwa nieodżałowanego Dariusza Baliszewskiego (wszystkie są opisane na tym blogu) czy Jacka Wilamowskiego i Andrzeja Zasiecznego. Na zakończenie, jak zwykle też nieco pomarudzę: na str. 8 autorzy „zdegradowali” Naczelnego Wodza marszałka Śmigłego-Rydza do stopnia generała. Od siebie dodam, że bardzo słusznie. Poprzez katalog tematyczny 1 dotrą Państwo do opisów książek mu poświęconych (wraz z moimi opiniami).

niedziela, 29 października 2023

„Czas wilka. Powojenne losy Niemców”. Autor: Harald Jähner

 

NOSIŁ WILK RAZY KILKA, PONIEŚLI I WILKA

Harald Jähner „Czas wilka. Powojenne losy Niemców”

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., Poznań 2021

Skutki drugiej wojny światowej – polityczne, ekonomiczne, demograficzne etc. – zazwyczaj analizujemy w odniesieniu do europejskich państw alianckich, które w tamtej wojnie zostały najbardziej poszkodowane. Określamy olbrzymie straty ZSRR, Polski, Jugosławii, Grecji. Tkwią w naszej historycznej pamięci hitlerowskie obozy koncentracyjne i ludobójczy Holokaust. Co natomiast wiemy o pokonanych Niemczech? Przeważnie o wielkim odwrocie i żołnierskich stratach Wehrmachtu, poczynając od połowy 1943 r. już na wszystkich frontach. Także o niszczycielskich alianckich bombardowaniach lotniczych miast niemieckich. O masowym gwałceniu Niemek w 1945 r. przez zwycięskich czerwonoarmistów. O powojennym demontażu i wywózce ocalałego niemieckiego przemysłu (głównie do ZSRR, choć nie tylko). Wreszcie o przymusowym wysiedleniu ludności niemieckiej z obszarów przypadłych po wojnie Polsce, ZSRR (Rosji) i Czechosłowacji. No i oczywiście o tym, że Niemcy aż do 1949 r., kiedy to powstały RFN i NRD, nie posiadali własnej państwowości. O tym wszystkim zazwyczaj orientujemy się tylko w dość ogólnym zarysie. Bardziej bowiem jesteśmy wpatrzeni we własne blizny i rany, które po wojnie przyszło nam długo, długo lizać.

Proponowana dziś książka bardzo uszczegóławia i poszerza naszą wiedzę o powojennym losie Niemców. Współczesny niemiecki pisarz przedstawia ją w kilku odrębnie przeanalizowanych aspektach. Opisuje zarówno prozę życia (codzienną egzystencję ludności, walkę o przetrwanie), jak też zachodzące w latach powojennych przemiany polityczne i kulturowo-cywilizacyjne. Bardziej koncentruje się na sytuacji w strefach okupacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji, składających się na późniejszą RFN. Strefy radzieckiej (NRD) nie pomija, choć poświęca jej mniej uwagi. Sporo pisze o powojennym Berlinie. Jest to lektura interesująca, dzięki niej dowiemy się, z jakimi problemami ludność niemiecka zmagała się w tytułowym „czasie wilka” i latach po nim następujących, oraz jak te problemy starała się (nie zawsze skutecznie) rozwiązywać. Głównie były to nw. sprawy.

§  Nierównowaga demograficzna – znaczny, zauważalny już w ulicznym tłumie niedobór mężczyzn młodych i w średnim wieku, którzy albo polegli na wojnie, albo jeszcze przebywali w niewoli. Ci powracający z niej byli często kalecy fizycznie, wygłodzeni, wypaleni psychicznie i nie zawsze nadawali się do natychmiastowego podjęcia nowego, energicznego życia codziennego w trudnych warunkach.

§  Odgruzowywanie miast zniszczonych bombardowaniami lotniczymi i walkami frontowymi. Z konieczności zajmowały się tym przede wszystkim kobiety oraz byli prominenci systemu nazistowskiego (ci przymusowo), a także niemieccy jeńcy pozostający w alianckiej niewoli, jeśli tylko grupowano ich w pobliżu.

§  Brak dachu nad głową. Trzeba go było zapewnić mieszkańcom ogromnej liczbie zniszczonych miejskich budynków oraz kilku milionom niemieckich uchodźców i wysiedleńców ze wschodu. Przy czym rodacy absolutnie nie kwapili się do przyjmowania tych drugich do swoich mieszkań i domów, nawet jeśli dysponowali większą powierzchnią. Ponadto na terenie pokonanych Niemiec jeszcze przez pewien czas kwaterowali liczni byli cudzoziemscy robotnicy przymusowi oraz uwolnieni więźniowie obozów koncentracyjnych.

§  Bardzo odczuwalny brak żywności, opału, także innych artykułów pierwszej potrzeby i sprzętu domowego. Harald Jähner obrazowo, podając przykłady, przedstawia sposoby nielegalnego radzenia sobie ludności z tymi problemami (szaber, kradzieże, czarny rynek).

§  Duża przestępczość w pierwszych powojennych miesiącach, m.in. ze strony żądnych zemsty, uwolnionych cudzoziemskich robotników przymusowych i byłych więźniów obozów koncentracyjnych (kradzieże, napady rabunkowe).

§  Problemy ekonomiczne. Wzrost przedsiębiorczości, rozwój przemysłu i handlu nastąpił dopiero po reformie walutowej w 1948 roku. Wcześniej preferowanym środkiem płatniczym były papierosy.

§  Autor przedstawia też niektóre indywidualne powojenne kariery, m.in. Beate Uhse, byłej pani kapitan Luftwaffe, która swoją działalność gospodarczą rozpoczęła od wydawania i dystrybucji elementarnego poradnika antykoncepcji, a z czasem stała się potentatką w branży porno.

Pisząc o zachodzących w społeczeństwie niemieckim przemianach politycznych, światopoglądowych, obyczajowych, kulturowo-cywilizacyjnych etc., Harald Jähner zauważa, iż nie mogły one nastąpić od zaraz. Przez 12 lat istnienia III Rzeszy ludność była poddawana codziennemu praniu mózgów przez Goebbelsowską propagandę. Wiele uwagi autor tu poświęca rozliczeniom z wojenną, zbrodniczą przeszłością i ustosunkowaniu się do niej przeciętnych Niemców. Ciekawie prezentuje sylwetki przedwojennych antyhitlerowskich emigrantów, a teraz reemigrantów triumfalnie, ze smutną satysfakcją przybyłych do ojczyzny. Z sympatią wypada też podkreślić, iż niemiecki autor, opisując tużpowojenne krzywdy, prześladowania swoich rodaków, wyraźnie wskazuje tego przyczynę – explicite wymienia niemieckie zbrodnie i ich rozmiar, czym tłumaczy (choć nie usprawiedliwia) późniejsze, niekontrolowane zachowanie alianckich żołnierzy. Jako swego rodzaju fenomen Jähner wskazuje fakt braku ruchu oporu w powojennych Niemczech – w rażącym przeciwieństwie do innych państw europejskich, które po klęskach w latach 1939-1941 znalazły się pod okupacją niemiecką. Osławiony Werwolf, którego tak się obawiali alianci, okazał się efemerydą i zakończył istnienie z dniem bezwarunkowej kapitulacji sił zbrojnych III Rzeszy. Autor również nadmienia, iż rozpoczęcie wkrótce zimnej wojny zmniejszyło niemiecką udrękę – ZSRR i mocarstwa zachodnie zaczęły bowiem w swoich strefach okupacyjnych zabiegać o pozyskiwanie sojuszników. Książkę wzbogaca interesująca dokumentacja fotograficzna.

Na zakończenie, żeby także coś pogrymasić, wskazuję oczywisty błąd edytorski na str. 94 w wierszu 7 od góry. Gęstość zaludnienia kraju podaje się w liczbie osób na kilometr kwadratowy, a nie na metr kwadratowy, jak tam napisano.

PS. Osoby zainteresowane tytułową tematyką mogą sięgnąć również po książki, których autorkami/autorami są:

§  Helene Plueschke, Esther von Schwerin, Ursula Pless-Damm – książka pt. „Wypędzone”,

§  Niclas Sennerteg – książka pt. „Zemsta Stalina 1944-1945”,

§  Keith Lowe – książka pt. „Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej”,

§  Bruno Sutkus – książka pt. „Snajper. Z frontu wschodniego na Syberię”

- opisane już wcześniej na blogu (recenzje do odszukania w katalogach). O sytuacji w radzieckiej strefie okupacyjnej i późniejszej NRD opowiada też Anne Applebaum w opracowaniu pt. „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956”, również tu omówionym.

wtorek, 17 października 2023

„Frida. Wojna mojej nieznanej babki”. Autorka: Nina F. Grünfeld

 

Ale już osoby nieznanego dziadka, to - pomimo również intensywnych starań - nie udało się Pani Ninie ustalić…

Nina F. Grünfeld „Frida. Wojna mojej nieznanej babki”

Ośrodek KARTA, Warszawa 2022

Norweżka Nina F. Grünfeld (ur. 1966), znana głównie w swoim kraju (cyt. z okładki) „reżyserka, dokumentalistka, wykładowczyni, autorka filmów i książek”, napisała porywający reportaż biograficzno-historyczny. W zamieszczonych na końcu książki „Podziękowaniach” (str. 239 i 240) wyraziła wdzięczność instytucjom i osobom, które jej pomogły w pracach badawczych. Pomogły również finansowo, co umożliwiło autorce prowadzenie badań w dłuższym czasie i w kilku krajach. Wykaz wykorzystanych źródeł oraz obszerną bibliografię odnajdziemy na stronach 241-255. Na pasjonujące opracowanie składają się trzy, przemiennie prowadzone przez autorkę wątki narracyjne: dwa biograficzne (dotyczące jej babki i ojca) oraz bieżąca relacja z własnych poszukiwań reporterskich. Oprócz starannie odtwarzanych pochodzenia i losów rodziny Grünfeldów autorka także zwięźle przedstawia i komentuje sytuację społeczno-polityczną – w tamtych czasach ewoluującą ku złu, determinowaną zachodzącymi w Europie epokowymi, dramatycznymi wydarzeniami historycznymi. Przewodnim motywem napisania książki była chęć zbadania swoich korzeni „po mieczu”, czyli poznania dziejów przodków ojca oraz wczesnego dzieciństwa jego samego. Ich życie z racji żydowskiego pochodzenia obfitowało, zwłaszcza w latach II wojny światowej, w wiele tragicznych wydarzeń, które przed podjęciem prac badawczych były autorce mało znane. O swojej babce od strony ojca, tytułowej Fridzie Grünfeld (1908-1945) nie wiedziała nic. Ojciec autorki, Berthold Grünfeld (1932-2007), będący nieślubnym synem kobiety, która pozbyła się go wkrótce po urodzeniu, sam nie posiadał o matce wiedzy i nie mógł tu wiele pomóc (z czasem też zaangażował się w badania poszukiwawcze, lecz nie dożył ich końca).

Autorka jest bardzo szczera – nie ukrywa, nie skraca, ani nie relatywizuje informacji zdobytych nakładem tak wielu starań. Jej babcia okazała się być zamieszkałą na Słowacji węgierską prostytutką pochodzenia żydowskiego, i to raczej gorszego sortymentu pań tego zawodu. Mimo że była kobietą fizycznie atrakcyjną, klientów poszukiwała na ulicy, niekiedy zachowując się ordynarnie i agresywnie. Autorka nie odkryła u swojej tytułowej bohaterki żadnej pozytywnej cechy charakteru, co parokrotnie przyznaje używając wręcz sformułowania o postępowaniu godnym „rynsztoka”. Dla potwierdzenia m.in. cytuje dość obsceniczne fragmenty odnalezionych protokołów przesłuchań przez słowacką policję. Ostatecznie autorce udało się odtworzyć zarys całego życiorysu babci, tragicznie zakończonego w komorze gazowej hitlerowskiego obozu w Ravensbrück dnia 6 kwietnia 1945 r., na 24 dni przed wyzwoleniem go przez Armię Czerwoną.

Podobnie udało się autorce ustalić przebieg wczesnodziecięcych losów ojca, najpierw przygarniętego (po różnych perypetiach) na 7 lat przez katolicką rodzinę na Słowacji, potem niemal odebranego przez matkę, następnie „przeszmuglowanego” przez działaczy Urzędu Nansena do Norwegii (1939), a po jej zajęciu przez Niemców – do neutralnej Szwecji (1942). Po wojnie bardzo zdolny i pracowity Berthold Grünfeld zdobył wyższe wykształcenie medyczne. Zamieszkał i założył rodzinę w Norwegii, stając się tam znanym lekarzem psychiatrą i osobą zaangażowaną społecznie. Wzruszający jest opis jego spotkania po latach z przybranymi rodzicami w Bratysławie (1962), dokąd się udał z żoną w podróż poślubną. Uzyskane w 1969 r. po wieloletnich staraniach odszkodowanie od Republiki Federalnej Niemiec starczyło Bertholdowi na zakup nowego volkswagena garbusa.

Nina F. Grünfeld nie ograniczyła prac badawczych do osoby babki i ojca. Odtworzyła także losy licznych członków ich rodziny, niektórych wymordowanych podczas Holokaustu, innych porozrzucanych po całym świecie. Są to dzieje b. ciekawe i również przykuwają uwagę czytelnika. A ponieważ tychże osób było całkiem sporo, to – aby podczas czytania nie pogubić się who was who – proponuję trzymać zakładkę na stronach 228 i 229, gdzie widnieje drzewo genealogiczne rodziny. Autorka usiłowała też dociec, kto był jej biologicznym dziadkiem. Odnalazła nawet osobę blisko spokrewnioną z mężczyzną, który wg wiedzy autorki był (w odpowiednim czasie) kochankiem jej babki. Jednakże wykonane badania DNA ewentualność jego ojcostwa wykluczyły. Ciąża Fridy mogła więc być klasycznym w jej zawodzie „wypadkiem przy pracy”, którego sprawca („opiekun” albo klient) nigdy się nie dowiedział, że został ojcem przyszłego znanego lekarza i społecznika.

Ciekawy i obfitujący w zwroty akcji jest również reporterski wątek poszukiwań prowadzonych przez autorkę i osoby jej pomagające. Zanim udało się jej zrekonstruować cały babciny życiorys, dwa razy znalazła się na mylnym tropie. Doszło do tego z uwagi na dość pospolite w środowisku słowackich i węgierskich Żydów imię i nazwisko babki. Jeden z tych błędnych tropów wskazywał, iż babcia autorki przeżyła wojnę, wyszła za mąż za polskiego lekarza i zmarła w Belgradzie w 1993 r. Drugi wiódł do jej śmierci w hitlerowskim obozie zagłady już w 1942 r. (w Sobiborze). W obu tych przypadkach chodziło jednak o inną Fridę Grünfeld. Wszystkie reporterskie badania i rekonesanse są w książce ciekawie przedstawione. Autorka wymienia osoby zarówno jej przychylne i pomocne, jak i te rzucające przysłowiowe kłody pod nogi. Zresztą cała książka jest bardzo interesująca, chwilami trudno mi się było od niej oderwać. Niektóre fragmenty (głównie te dotyczące obscenicznego zachowywania się Fridy) można uznać za dozwolone tylko dla osób pełnoletnich. Inne, opisujące życie i śmierć w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, wymagają mocnych nerwów czytelnika.

poniedziałek, 9 października 2023

„Narzeczona Schulza. Apokryf”. Autorka: Agata Tuszyńska

 

Dziś historię polityczną odkładamy na bok, pozostawiając ją tylko w ponurym tle. Natomiast wkraczamy w dziedzinę historii literatury i sztuki. Nie będąc jej znawcą, czynię to rzadko i nader ostrożnie. Ale dziś, pod wpływem emocji, ostrożności się pozbywam.

Agata Tuszyńska „Narzeczona Schulza. Apokryf”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2015

Przyznaję, iż przed przeczytaniem tej cudownej książki niewiele wiedziałem o Brunonie Schulzu (a o jego narzeczonej wręcz nic). Ot, istniał taki przedwojenny, dopiero wybijający się, polski pisarz prozaik i artysta plastyk, pochodzenia żydowskiego. Mieszkał sobie w Drohobyczu, znany był m.in. z obscenicznych rysunków, które tworzył wyrażając nimi swe erotyczno-masochistyczne obsesje. Podczas okupacji hitlerowskiej wykonywał ścienne malowidła w domu zamieszkałym przez jakiegoś gestapowca czy esesmana (obiło mi się nawet o uszy, że to ścierwo wabiło się Landau). Wkrótce, podobnie jak tysiące innych Żydów galicyjskich i miliony europejskich, Bruno Schulz zginął zamordowany przez hitlerowców.

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku, czy wiesz dużo więcej? Pytania oczywiście nie zadaję ukierunkowanym znawcom literatury i sztuki, choć i ich książka p. Agaty Tuszyńskiej na pewno oczaruje (jeśli jej jeszcze nie przeczytali). Autorka zawarła w niej dwie opowieści biograficzne, z zaakcentowaniem sfery psychologiczno-emocjonalnej (bardzo) i erotycznej (trochę). Prowadzenie narracji dzieli ze swą tytułową bohaterką, Józefiną Szelińską (1905-1991), zwaną przez bliskich Juną. Druga tytułowa postać to oczywiście Bruno Schulz (1892-1942). Poznajemy drogi i dokonania życiowe ich obojga, także środowiska – te, w których wyrośli, i te, w których się później obracali. Na kartach książki odnajdujemy też zwięzłe omówienie twórczości Schulza oraz ilustracje niektórych jego dzieł plastycznych. Bruno i Juna to Polacy pochodzenia żydowskiego. On z czasem odstąpił od religii mojżeszowej i nawet formalnie wypisał się z gminy wyznaniowej. Ona była w drugim pokoleniu chrześcijanką (jej rodzice dokonali konwersji na katolicyzm). Oboje wykształceni. Juna nawet z doktoratem (1929) i magisterium – kolejność niepomylona, cyt., str. 29: Ten doktorat znaczył w tamtejszym systemie nauki tyle co absolutorium. Magisterium na temat psychologicznego aspektu czynu romantycznego zrobiłam nieco później. Bruno zaś z nieukończonymi studiami politechnicznymi i rozpoczętymi artystycznymi. Fizycznie bardzo się różnili, wręcz nie pasowali do siebie. On to niziutki, słaby, niczym niewyróżniający się chuderlak o mocno przeciętnej fizjonomii, z odstającymi uszami. Juna natomiast była piękną, dorodną, silną fizycznie, wysoką, zgrabną kobietą. Jeśli ktoś ma tu wątpliwości, to rozwieje je całostronicowa fotografia Juny, zamieszczona zaraz na początku książki. Zdjęcie Brunona znajduje się na str. 51. Fotografie wykonano na początku ich związku narzeczeńskiego, istniejącego w latach 1933-1937, niezwieńczonego jednak zawarciem małżeństwa. Z winy jego, aby nie było tu wątpliwości. Po poznaniu historii ich znajomości nawet męski szowinista nie doszukiwałby się winy po stronie kobiecej.

Bruno Schulz jawił się jako mężczyzna delikatny, pedantyczny, subtelny, bardzo empatyczny, wrażliwy na ludzką krzywdę, często angażujący się w pomaganie innym. Ale pokochać kobietę (piszę o prawdziwym uczuciu) niepotrafiący! Potrzebował partnerki życiowo zaradnej, opiekuńczej, przy tym inteligentnej, elokwentnej i atrakcyjnej (reprezentacyjnej), w towarzystwie której mógłby się pokazywać w środowisku artystów. Miłością darzył tylko swoje utwory literackie i dzieła sztuki (obrazy, grafiki), cały czas marząc o wielkiej sławie. I w końcu ją pośmiertnie osiągnął po wojnie, jednak chyba bardziej za granicą niż w Polsce. Kobiety traktował instrumentalnie – te z wyższych sfer pomagały mu w robieniu kariery pisarskiej (Zofia Nałkowska), te ze sfer średnich (m.in. Juna) były jego kochankami, przyjaciółkami, korespondencyjnymi powiernicami, a te z najniższych (tanie uliczne prostytutki) zaspokajały jego skrajnie masochistyczne potrzeby erotyczne. Tym ostatnim paniom zwykł najpierw wręczać karteczkę z „instrukcją obsługi” – jak mają z nim postępować, tj. bić i poniżać go. Wspominam o tym jedynie dlatego, iż akurat takowa „scenka” stała się powodem definitywnego rozstania się narzeczonych – Juna przypadkowo zaobserwowała ją na ulicy Chmielnej w Warszawie. Po tragedii Września 1939 Bruno Schulz pozostał w Drohobyczu. Oportunistycznie, nieco nawet konformistycznie zabiegał o przetrwanie swoje i najbliższej rodziny. Pod pierwszą, radziecką okupacją jakoś mu się to jeszcze udawało, głównie dzięki posiadanemu talentowi plastycznemu. Ale po wkroczeniu hitlerowców jego dni stały się już policzone. Autorka ciekawie, ze zrozumieniem i empatią opisuje wojenne i okupacyjne perypetie Brunona Schulza, zakończone tragicznie.

Józefina Szelińska kochała Brunona Schulza do szaleństwa. Owszem, na pewno przy okazji marzyła o wielkiej sławie swojego narzeczonego i przyszłego męża, widząc siebie u jego boku. Pragnęła się też wyrwać z galicyjskiej prowincji do Warszawy lub przynajmniej do Lwowa. Ale Brunona naprawdę bardzo kochała, jej uczucie nie było podszyte wyrachowaniem. Namiętności towarzyszyła tkliwość i duża opiekuńczość wobec nieporadnego życiowo artysty. Zapewne nie przeszkadzały jej też jego specyficzne upodobania erotyczne, jeśli tylko nie realizował ich również z innymi kobietami. I w końcu Junie udało się zamieszkać w Warszawie. Zrezygnowała z posady prowincjonalnej nauczycielki, a dzięki protekcji ustosunkowanego kolegi Brunona uzyskała zatrudnienie w charakterze warszawskiej urzędniczki. Spodziewała się też obiecanego przyjazdu Brunona do stolicy – tu przecież również mógłby tworzyć swoje dzieła, mając przy okazji poparcie znajomych artystów, wśród których był lubiany i doceniany. Owszem przyjeżdżał, ale tylko w odwiedziny. Czynił też anemiczne, chyba specjalnie bezowocne starania o zawarcie ślubu cywilnego – tylko taki był możliwy pomiędzy nim (już wtedy bezwyznaniowcem) a Juną katoliczką. W przedwojennej Polsce prawo dopuszczało możliwość zawarcia ślubu cywilnego jedynie na terenie byłego zaboru pruskiego, a i to pod warunkiem zamieszkiwania tam, potwierdzonego dłuższym czasem zameldowania. Podczas ostatniej bytności narzeczonego w Warszawie Juna przypadkowo ujrzała go płaszczącego się przed dwiema ulicznymi k…ami. To już stało się dla niej nie do wytrzymania. Podjęła decyzję o rozstaniu, nie informując Brunona o przyczynie (nigdy się nie dowiedział, że go wtedy widziała na ulicy). Swoją decyzję odchorowała, okupiła dłuższą depresją psychiczną. Wojnę i okupację przeżyła, tracąc w Holokauście rodziców, sama ledwo uchodząc z życiem. Od 1945 r. mieszkała i pracowała w Gdańsku. Autorka bardzo interesująco opisuje jej pogmatwane, wojenne i powojenne losy, aż do samobójczej śmierci w wieku 86 lat.

Bruno Schulz ponownie pojawił się w życiu Józefiny Szelińskiej, gdy „odkryło” go powojenne, młodsze pokolenie twórców, znawców literatury i sztuki, pragnąc przybliżyć społeczeństwu ów niesłusznie zapomniany talent. Odpowiedziała na anons prasowy, którego nadawca poprosił o kontakt osoby mogące posiadać wiedzę o życiu Brunona Schulza i ewentualnie jakieś pamiątki po nim (listy, obrazy, rysunki etc.). Z Jerzym Ficowskim, on to bowiem był nadawcą, utrzymywała później długoletni kontakt korespondencyjny, wymieniając się informacjami o prywatnym życiu Brunona. Dzięki nim utwierdziła się w przekonaniu, że jej nie kochał, że tylko był (do czasu) jej nieszczerym przyjacielem i partnerem. A ja od siebie emocjonalnie dodam, iż Bruno Schulz okazał się tej przecudownej Juny absolutnie niewart!

PS.1. Podtytuł „Apokryf” oznacza, że p. Agata Tuszyńska puściła nieco wodze wyobraźni, ale jednak w ciasnym gorsecie licznych materiałów źródłowych wymienionych na str. 319 i 320. Uczyniła to z właściwym sobie talentem oraz znajomością natury i duszy kobiecej. Duszy Juny – chyba pokrewnej jej samej.

PS.2. Mnóstwo informacji o autorce książki, jej obojgu tytułowych bohaterach, jak również o p. Jerzym Ficowskim, można znaleźć w Internecie. Wszyscy czworo figurują m.in. w Wikipedii.