czwartek, 21 maja 2026

„Wielka ucieczka”. Autor: Jürgen Thorwald

 

Jürgen Thorwald „Wielka ucieczka”

Wydawnictwo PORT, Warszawa 2025

W skład tytułowego opracowania wchodzą dwie książki: pt. Zaczęło się nad Wisłą oraz pt. Koniec nad Łabą. Zostały napisane już dość dawno, bo w latach 1947-1950. Rodzajowo obie stanowią mix reportażu i eseju historycznego. Jürgen Thorwald (1915-2006) stworzył je na podstawie zgromadzonych niedługo po wojnie materiałów źródłowych, co bliżej wyjaśnia w zakończeniu (Od autora; str. 511-513). Tytuł całości niezupełnie oddaje wiernie treść opracowania. Wprawdzie sformułowanie „wielka ucieczka” rzeczywiście odnosi się do exodusu niemieckiej ludności cywilnej, ale dużo też przeczytamy o zażartym oporze Wehrmachtu, wymuszonym odwrocie, kalkulacjach strategicznych i taktycznych Hitlera oraz jego przybocznych polityków i dowódców wojskowych.

A zatem: rozpoczyna się rok 1945. Front wschodni nieubłaganie przybliża się do granic Trzeciej Rzeszy. Pierwsze jego macki objęły Prusy Wschodnie już jesienią 1944 r., ale Wehrmachtowi udało się wtedy zatrzymać Armię Czerwoną. Kilka miesięcy później jest to już niemożliwe. Marszałkowie i generałowie toczą z Hitlerem spory o sposób prowadzenia działań odwrotowych, przy czym Führer z reguły nie uznaje ich racjonalnych (z punktu widzenia taktyki wojennej) argumentów. Otoczonym zgrupowaniom nakazuje trwanie w miejscu i walkę aż do czasu nadejścia odsieczy. W rezultacie np. Grupa Armii Kurlandia (teren Łotwy) skapitulowała dopiero wraz z całością sił zbrojnych Trzeciej Rzeszy dnia 8 maja 1945 r. Podobnie dzieje się na całej długości frontu. Prąca na zachód Armia Czerwona pozostawia za sobą oblężone duże miasta, których garnizony otrzymały rozkaz wytrwania w obronie. Niemieckiej ludności cywilnej długo odmawiano prawa do ewakuacji na zachód, nieraz dosłownie do ostatniej chwili, czyli do wjazdu pierwszych radzieckich czołgów. Mieszkańców mamiono iluzją powstrzymania przeciwnika, a nawet odparcia go daleko na wschód. Ostatecznie jednak całe masy cywilnych Niemców, za zgodą i pomocą władz lub bez niej, rozpoczęły ucieczkę na zachód – w bardzo ciężkich warunkach zimowych, ograniczonymi środkami lokomocji, często na piechotę. Na uciekinierów polowały radzieckie samoloty i okręty podwodne (część ewakuacji odbywano przez Bałtyk). Doganiały i rozjeżdżały ich radzieckie czołgi. Ludność ogarniętą w drodze, jak też tę, która nie zdążyła lub nie chciała się ewakuować, czekał tragiczny los. Czerwonoarmiści pierwszej linii frontu dokonywali rozbojów, masowych gwałtów kobiet, także zabójstw. Postępujące za nimi oddziały NKWD uspokajały sytuację o tyle, że ukrócały anarchię. Za to grabież i wypędzenia uzyskiwały formę zorganizowaną, oraz na wschód wywożono osoby zdolne do ciężkiej pracy fizycznej (najczęściej okazywały się nimi już tylko kobiety). Marzeniem coraz to powiększającej się liczby uchodźców stawało się dotarcie do tych obszarów Rzeszy, które - jak mniemali - nie dostaną się w ręce wroga. A gdy i to okazywało się nierealne, pozostawała ucieczka za Łabę, gdzie - jak się już domyślano - Armia Czerwona miała nie dotrzeć.

Tyle o cywilach. Równolegle czytamy o sytuacji w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy. Na ich szczytach najpierw głosi się mrzonki o Wunderwaffe, potem następuje złudna nadzieja na rozdźwięk pomiędzy aliantami zachodnimi i Związkiem Radzieckim. Rozważane są nierealistyczne plany zawarcia separatystycznego rozejmu na zachodzie, a następnie skierowania całości potencjału WehrmachtuWaffen SS na front wschodni. Przez cały ten czas trwa zażarta obrona na wschodzie, kruszona przez artylerię, czołgi i lotnictwo radzieckie. W podberlińskim bunkrze miota się Hitler, wykłóca się z podległymi dowódcami o dywizje często już istniejące jedynie na papierze. Na zewnątrz szaleje żandarmeria polowa Wehrmachtu oraz oddziały SS, polując na faktycznych i domniemanych dezerterów oraz na osoby uznane za defetystów. Tacy są zazwyczaj natychmiast wieszani, z przyczepioną do zwłok tabliczką z hańbiącym napisem ku przestrodze i odstraszeniu innych. Widok z czasem staje się dość powszedni, duża liczba podobnych wisielców przestaje budzić zdziwienie. Aż nareszcie to wszystko się kończy. Adolf Hitler przed samobójczą śmiercią 30 kwietnia wydaje jeszcze groteskowe rozkazy dymisji Göringa i Himmlera ze wszystkich zajmowanych stanowisk (oraz usunięcia z partii narodowosocjalistycznej), zarzucając im nieuprawnione negocjacje z aliantami zachodnimi.

Powyższą narrację wydarzeń autor dokumentuje wywiadami z ich niedawnymi uczestnikami, sięga do spisanych przez nich wspomnień. Tragiczne ludzkie losy przedstawia na podstawie relacji naocznych świadków i ocalałych ofiar. Koncentrując się na wielkich cierpieniach cywilnej ludności niemieckiej kilkakrotnie jednak przyznaje, iż to Trzecia Rzesza rozpętała wojnę oraz nadała jej na wschodzie ludobójczy charakter, obejmujący mieszkańców podbitych terenów ZSRR i Polski. Tego wytłumaczenia i „usprawiedliwienia” nie odnosi jednak do tragedii Niemców zamieszkujących Protektorat Czech i Moraw, utworzony przez Hitlera w marcu 1939 r. Losy ludności czeskiej pod niemiecką okupacją były przecież łagodne w porównaniu z horrorem panującym na zagarniętych ziemiach Polski i ZSRR. Zbrodniczą zagładę wsi Lidice wraz z jej kilkuset mieszkańcami (odwet za zamach czeskiego podziemia na Reinharda Heydricha) można by uznać za wyjątek potwierdzający tę regułę. A mimo to Czesi w pierwszych dniach maja 1945 r. rozpętali wobec Niemców (w tym kobiet i dzieci) straszliwy terror, opisany dość szczegółowo w rozdziale pt. Burza nad Pragą (str. 445-496). Reasumując, polecam lekturę książki Jürgena Thorwalda. Czytając ją przemierzymy szlaki uchodźcze, odwiedzimy większe i mniejsze ośrodki dowódcze Wehrmachtu. Wraz z tymże Wehrmachtem będziemy posuwać się coraz to dalej na zachód, cały czas w ogniu zaciętych walk. Aż wreszcie zauważymy, że ostatnim marzeniem żołnierzy niemieckich stało się dotarcie za Łabę i poddanie się Amerykanom lub Anglikom. Marzenie to okazywało się jednak zazwyczaj płonne wobec międzyalianckich porozumień w tej kwestii.

PS.1. Na str. 303 autor, odnosząc się do Hitlera i daty 20 kwietnia 1945 r., pisze (cyt.): Był to dzień jego pięćdziesiątych siódmych urodzin. Pragnę zauważyć, iż niemiecki Führer urodził się w roku 1989, a zatem owego dnia ukończył lat 56. Owo sformułowanie powinno zatem chyba brzmieć: Był to dzień, w którym rozpoczął pięćdziesiąty siódmy rok życia. Z którego, jak wiemy, zdołał uszczknąć już tylko 10 dni.

PS.2. Podczas lektury niezwykle raziło mnie używanie przez autora niemieckiej (hitlerowskiej) terminologii w odniesieniu do nazewnictwa obszarów inkorporowanych w skład Trzeciej Rzeszy. M.in. nasze Poznańskie to w jego publikacji niemiecki Kraj Warty. Można to usprawiedliwić jedynie okolicznością, iż niedawne wydarzenia relacjonował w drugiej połowie lat czterdziestych – pisząc niemalże „na gorąco” o ucieczce stamtąd cywilnej ludności niemieckiej, oraz o zażartej obronie tych terenów przez WehrmachtWaffen SS.

PS.3. Osobom zainteresowanym tematyką omówionej powyżej publikacji Jürgena Thorwalda proponuję również książkę Niclasa Sennertega pt. „Zemsta Stalina 1944-1945”- vide katalog alfabetyczny autorski albo katalog tematyczny 7.

PS.4. W przyszłym tygodniu będzie tu o książce przedstawiającej tragiczną sytuację kobiet w Berlinie w roku 1945, na podstawie relacji jednej z nich (autorki książki), także z możliwością zobaczenia jej fotografii. A w zakończeniu artykułu napiszę o ciekawym wspomnieniu, które mi się nasunęło podczas lektury.

czwartek, 14 maja 2026

„Wszystko na darmo”. Autor: Walter Kempowski

 

Walter Kempowski „Wszystko na darmo”

Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2023

Czytamy wspaniałą, opartą na faktach powieść historyczną o ludzkich losach i ludzkiej mentalności w sytuacjach ekstremalnych. Miejsce i czas akcji: Prusy Wschodnie (rejon Elbląga), styczeń 1945 r. Za chwilę ruszy (i w końcu rusza) potężna ofensywa Armii Czerwonej, zmiatająca na zachód dywizje WehrmachtuWaffen SS, nieoszczędzająca też licznych kolumn uchodźców cywilnych. Bohaterami książki są członkowie szlacheckiej rodziny von Globig oraz stali i okresowi lokatorzy ich dworu, a także bliżsi i dalsi znajomi z pobliskiego miasteczka. Zaistniała sytuacja wszystkich tych ludzi przerasta, nie wiedzą, jak się mają zachować. Obserwując niemieckie czołgi zmierzające w kierunku frontu, początkowo mają jeszcze nadzieję na odparcie radzieckiej ofensywy. Wkrótce we dworze już kwaterują pierwsi uchodźcy z terenów położonych dalej na północ i wschód. Administracja i policja niemiecka, kontrolowane przez NSDAP, wspierane przez Hitlerjugend oraz inne przybudówki partii nazistowskiej, starają się utrzymywać ład i porządek, nadając tymczasowemu zakwaterowaniu i dalszej ewakuacji ludności zorganizowany charakter. Ta zresztą ma nadzieję na rychły powrót w rodzinne strony, zabezpiecza posiadane nieruchomości, starannie ukrywa niezabrane cenne przedmioty. Albowiem w niemieckiej mentalności w szóstym roku wojny prawie nic się nie zmieniło! Nadal przeważa wiara w Führera, w ostateczne zwycięstwo, dominuje przekonanie o słuszności hitlerowskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Nieliczne wątpliwości wyrażane są jedynie półgębkiem i w zaufanym gronie. Za sianie defetyzmu, dezercję z wojska, uchylanie się od służby w Volksturmie grozi kara śmierci, wykonywana bezzwłocznie. Nieodległy Królewiec niedawno był obiektem niszczącego nalotu RAF. Słychać już przybliżający się front wschodni, cywilni uchodźcy są bombardowani i ostrzeliwani przez lotnictwo radzieckie. Trwa mroźna i śnieżna zima, utrudniająca oraz spowalniająca ewakuację ludności. Daleko, na froncie zachodnim właśnie zakończyła się wielką klapą niemiecka kontrofensywa w Ardenach.

Aż tu nagle wybucha wielka, lokalna afera! Stała się rzecz niesłychana! Pani Katharina von Globig udzieliła schronienia Żydowi, ukrywającemu się od pewnego czasu na terenie Prus Wschodnich. Jak ona mogła??? Jak śmiała!!! Konkretnie – przyjęła go tylko na jeden nocleg, w drodze wielkiego wyjątku i po licznych wahaniach spełniając prośbę miejscowego, zaprzyjaźnionego z nią pastora. Żydowskiego uciekiniera wkrótce złapano oraz wdrożono konieczne przecież (!) w tej sytuacji śledztwo. Przy biedaku znaleziono szkic drogi do dworu, a zatem wszystko się wydało. Bliskiego końca wojny Żyd, którego jedynymi „winami” były tzw. niearyjskie pochodzenie i chęć życia, już oczywiście nie doczekał – po przesłuchaniu „po prostu” go zastrzelono. Duchownego i Katharinę von Globig natychmiast zaaresztowano. O ich „zbrodni” zaraz też poinformowano dalekopisem dowództwo jednostki wojskowej, w której w stopniu oficera służył mąż Kathariny. Przy okazji wykryto również i jego „zbrodnię” – przed wojną za środki uzyskane ze sprzedaży części majątku ziemskiego nabył dużą liczbę papierów wartościowych angielskiego koncernu przemysłowego, wzmacniając w ten sposób potencjał ekonomiczny (a zatem i militarny) wroga! Przecież to zdrada, że też dopiero teraz wyszła na jaw!!! Chcąc uniknąć sądu polowego i prawdopodobnego wyroku śmierci, Eberhard von Globig zastrzelił się.

Autor prowadzi narrację unikając własnych opinii. Doskonale odwzorowuje sposób myślenia postaci powieści, nie komentując go. Za autorski „komentarz zawoalowany” można jedynie uznać nietypową interpunkcję (częste znaki zapytania), wyrazy Heil Hitler zawsze wtrącane w tekst, gdy treść choć tylko trochę nabiera politycznego charakteru, oraz powtarzane sformułowanie To wszystko nie takie proste (ulubione powiedzonko pani Helene Harnish, stałej ciotki-rezydentki i faktycznej gospodyni w szlacheckim dworze). Autor retrospektywnie i skrótowo przedstawia również wcześniejsze losy bohaterów książki – jakie mają pochodzenie, wykształcenie, stan majątkowy, skąd się tu wzięli i co się z nimi działo przed styczniem 1945 roku, oraz jakie aktualnie są ich codzienne problemy. Ukazuje różny stopień zainfekowania tych ludzi ideologią nazistowską. Drugoplanowymi postaciami są zatrudnieni we dworze robotnicy cudzoziemscy: polski żołnierz - jeniec wojenny z 1939 r. oraz dwie młode Ukrainki. Reasumując, wnikamy w głąb ludzkich osobowości, badamy charaktery, poglądy, odczucia i refleksje bohaterów powieści. Ludzi dorosłych, ale również dwunastoletniego Petera von Globig, jedynego syna właścicieli majątku, w końcowych rozdziałach głównego bohatera książki. Poznajemy osoby tylko „umiarkowanie” akceptujące hitleryzm, jak też nadgorliwego miejscowego nazistę, zrządzeniem losu noszącego polskie nazwisko Drygalski, ojca żołnierza Wehrmachtu poległego w Polsce w 1939 r. Akcja powieści to się wlecze, to gwałtownie (i tragicznie) przyspiesza. Streszczać jej tu nie zamierzam, poinformuję tylko, iż tę pasjonującą lekturę zakończyłem w dość minorowym nastroju, absolutnie jednak nie żałując poświęconego na nią czasu.

Wyrazy uznania należą się naszej tłumaczce p. Małgorzacie Gralińskiej, która oprócz tego, że dokonała doskonałego przekładu z niemieckiej literatury pięknej, to również zamieściła wiele przypisów objaśniających czytelnikowi polskiemu wyrafinowane, literaturoznawcze wtręty do dyskusji towarzyskich toczonych przez niektórych wykształconych bohaterów książki. Pani Małgorzata jest także autorką interesującego posłowia pt. Nie uronić ani jednego wspomnienia, nie zapomnieć ani jednego losu (str. 365-373), w którym przybliża polskiemu czytelnikowi postać Waltera Kempowskiego, skrótowo przedstawia całokształt jego twórczości oraz okoliczności powstania przetłumaczonej powieści. A w zakończeniu posłowia wyjaśnia (str. 373) dlaczego praca akurat nad tym tłumaczeniem była dla niej ważna również ze względów osobistych.

czwartek, 7 maja 2026

„Codzienność i groza. Trzecia Rzesza w 1943 roku”. Autor: Oliver Hilmes

 

W maju, miesiącu kolejnych rocznic bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy (8.05.1945), odwiedzimy Niemcy hitlerowskie, zainteresujemy się panującą tam sytuacją wewnętrzną, wreszcie przyjrzymy się ich agonii. Zapewnią to cztery ciekawe książki autorów niemieckich. Dziś o pierwszej z nich.

Oliver Hilmes „Codzienność i groza. Trzecia Rzesza w 1943 roku”

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o., Warszawa 2025

Tytuł adekwatnie oddaje treść książki, będącej zbeletryzowanym reportażem historycznym. Wszystkie postacie w niej opisane są historyczne, także ich czyny oraz losy. Autor udokumentował to przypisami (str. 271-286) oraz zamieszczając odpowiednie pozycje bibliograficzne (str. 287-298). Tytułowa codzienność to powszednie życie zawodowe i prywatne Berlińczyków, zarówno osób publicznie znanych (polityków, artystów, dziennikarzy, prawników, funkcjonariuszy reżimu), jak i zwykłych, przeciętnych mieszkańców miasta. Mimo trwającej wojny starają się żyć normalnie – pracują, robią zakupy, chodzą do kin i na koncerty, bawią się w lokalach z dansingiem. Starają się omijać wojenne ograniczenia w sferze kultury i rozrywki, narzucane im przez Goebbelsa. Tytułową zaś grozę stanowią wieści dochodzące z frontów, bombardowania miast (w tym Berlina), obrzydliwy antysemityzm obserwowany nawet u zindoktrynowanych dzieci. Przede wszystkim zaś panuje wewnętrzny terror – ukierunkowany na niedopuszczenie do defetyzmu wśród ludności cywilnej i powstania wątpliwości co do ostatecznego zwycięstwa Trzeciej Rzeszy oraz geniuszu jej Führera. Ofiarami owego terroru padają zarówno nieliczne osoby faktycznie prowadzące rachityczną (ulotkową) działalność opozycyjną, jak i zupełnie przypadkowe „kozły ofiarne”, mające pecha w niewłaściwym towarzystwie opowiedzieć niewłaściwy dowcip polityczny, albo po prostu wygarnąć rozmówcy to co myślą. Do tych ostatnich należała postać znanego pianisty Karlroberta Kreitena (1916-1943), losom którego autor poświęca najwięcej uwagi. Do chwili aresztowania przez Gestapo dnia 3 maja 1943 r. życie układało mu się pomyślnie – odbywał koncerty fortepianowe przyjmowane przez publiczność z aplauzem, rozwijał karierę artystyczną, dobrze mu się powodziło materialnie, nabył mieszkanie w Berlinie. Zgubiła go nieumiejętność trzymania języka za zębami w sytuacji, wydawałoby się, tego niewymagającej. W dość przypadkowej i prowadzonej w cztery oczy rozmowie starał się uświadomić pewnej niewieście (nb. dobrej koleżance jego matki), że Niemcy były winne rozpętania wojny i ją właśnie przegrywają, a Adolf Hitler to psychopata, więc powinna zdjąć jego portret ze ściany. Baba zwierzyła się przyjaciółce i ów kamyk uruchomił lawinę – przyjaciółka opowiedziała o tym innej kobiecie, a wszystkie trzy były nazistkami z przekonania. Wspólnie uradziły, że tego tak pozostawić nie można i złożyły na pianistę donos. Dalej już czytamy o powadzonym śledztwie, przebywaniu Kreitena w kolejnych aresztach i więzieniach, usilnych staraniach rodziny wyciągnięcia go z tarapatów oraz działaniach wynajętych adwokatów. Także o złowrogiej prokuratorskiej quasiprawnej hiperboli, polegającej na zakwalifikowaniu rozmowy ściśle prywatnej (faktycznie taką przecież była) jako wrogiej propagandy publicznej, gdyż tylko wtedy podpadała pod odpowiedni paragraf. Poznajemy cały przebieg procedury dochodzeniowo-śledczej oraz sądowej i karno-wykonawczej, jak też towarzyszące temu niefortunne zbiegi okoliczności. Ostatecznie 27-letni pianista Karlrobert Kreiten został powieszony dnia 7 września 1943 r. Powieszony a nie zgilotynowany dlatego, ponieważ niedawne alianckie bombardowanie zniszczyło więzienny pawilon straceń z zamontowanymi tam urządzeniami gilotyny.

Autor wprowadził do książki także szereg innych wątków i postaci w nich wiodących. Przykładowo wymienię:

Ø  organizację i przebieg dwóch nieudanych zamachów na Hitlera w marcu 1943 r. – przy użyciu tej samej bomby, która za pierwszym razem nie wybuchła, a za drugim trzeba było ją w ostatniej chwili rozbroić,

Ø  mordy sądowe w wykonaniu Rolanda Freislera, prezesa Trybunału Ludowego; poznajemy także w skrócie jego biografię oraz okoliczności zasłużonej, choć przypadkowej śmierci,

Ø  tragiczny koniec osób zaangażowanych w rzeczywistą działalność opozycyjną, m.in. Mildred Harnack i jej męża (bohaterów książki pt. Podwójne życie Mildred. Historia kobiety, którą kazał zabić Hitler, autorstwa Rebeki Donner; omówionej tu na blogu, proszę zerknąć do katalogu autorskiego alfabetycznego lub katalogu tematycznego 5),

Ø  losy nielicznych już berlińskich Żydów, z których niewielką szansę na uratowanie jedynie mieli pozostający w małżeństwach „mieszanych”, tj. z tzw. Aryjczykami,

Ø  starania kilku szlachetnych osób niosących pomoc ukrywającym się Żydom, co wiązało się z dużym osobistym ryzykiem (choć nie tak wielkim, jak w okupowanej Polsce),

Ø  oportunizm, konformizm i dyspozycyjność wobec reżimu pewnego znanego (także po wojnie) niemieckiego dziennikarza.

Akcja książki wychodzi poza tytułowy rok 1943, czytamy o późniejszych wojennych oraz powojennych losach postaci w niej przedstawionych (jeśli udało im się przeżyć wojnę). M.in. dowiadujemy się, co spotkało wszystkie osoby zaangażowane, bezpośrednio lub pośrednio, w aresztowanie, przesłuchiwanie, oskarżenie, osądzenie i stracenie Karlroberta Kreitena – od ministra sprawiedliwości poczynając, a na kacie wykonującym wyrok kończąc. Rodzice Kreitena starali się doprowadzić do odpowiedzialności sądowej dwóch kobiet, które były denuncjatorkami ich syna (trzecia końca wojny nie doczekała). Z jakim skutkiem, proszę przeczytać w książce.

czwartek, 30 kwietnia 2026

„Ciemność w południe”. Autor: Arthur Koestler

 

Arthur Koestler „Ciemność w południe” 

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990

Tak autora ambiwalentnie prezentuje Wikipedia:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Arthur_Koestler

Czytamy powieść historyczną ściśle osadzoną w realiach ustrojowych b. Związku Radzieckiego. Należy do kanonu literatury poświęconej represjom stalinowskim. Koestler napisał ją w latach 1938-1940, samemu mając w życiorysie dopiero co zakończony okres przynależności do partii komunistycznej. Wiele o tej książce już wcześniej słyszałem, aż wreszcie dość przypadkowo natknąłem się na nią w ofercie antykwariatu internetowego. Chociaż główny bohater powieści, M.S. Rubaszow, jest postacią fikcyjną, to jednak jego los bardzo przypomina dzieje i smutny koniec wielu wysokich notabli partyjno-państwowych, straconych w ZSRR w drugiej połowie lat 30. ub. wieku po wyreżyserowanych procesach publicznych, na których pokornie przyznali się do winy. Podczas tzw. Wielkiego Terroru lat 1936-1938 Stalin (w książce występujący jako „Numer 1”) nie czynił wyjątków i wykończył m.in. starą gwardię leninowską – kombatantów Rewolucji Październikowej i wojny domowej, członków Komitetu Centralnego WKP(b) i Rady Komisarzy Ludowych, czyli rządu. Od nich zresztą rozpoczął tę wielką czystkę personalną, której największe nasilenie przypadło na lata 1937 i 1938. W literaturze przedmiotu znajdujemy dużo publikacji (beletrystycznych, wspomnieniowych i popularnonaukowych) na ów temat, m.in. poprzednio tu omówioną „Wielką Czystkę” Aleksandra Weissberga-Cybulskiego. Proponuję więc teraz niniejszą stronę www przewinąć w dół i zerknąć na tamten artykuł. Za wskazane bowiem uważam, aby czytelnik „Ciemności w południe”, jeśli jest mniej obznajomiony z realiami miejsca i epoki, miał już pewne pojęcie o tym, co w tamtych czasach wyprawiano w Ojczyźnie Światowego Proletariatu. Pod ręką mamy również przywołaną na wstępie Wikipedię:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielka_czystka

No to teraz już ad rem. Towarzysz M.S. Rubaszow, (cyt., str. 125), były członek Komitetu Centralnego Partii, były Komisarz Ludowy, były dowódca 2-ej Dywizji Armii Rewolucyjnej, odznaczony Orderem za Odwagę wobec Wrogów Ludu, w 1938 r. siedzi w radzieckim więzieniu i jest poddawany śledztwu mającemu spowodować przyznanie się do winy. Całkowicie bezpodstawnie oskarża się go o działalność kontrrewolucyjną, sabotaż, szpiegostwo i przygotowywanie zamachu na życie towarzysza Stalina. Jest intensywnie przesłuchiwany, ale nie bity, za to poddaje się go swoistemu praniu mózgu. Dwaj kolejni oficerowie śledczy, chcąc wymusić jego przyznanie się, prowadzą z nim polityczno-ideologiczne dyskusje, podczas których wygłaszają wydumane, rzekomo obiektywnie uzasadnione teorie wyjaśniające i legitymizujące stosowaną praktykę terroru. Pierwszy z nich, Iwanow, to były podwładny Rubaszowa z lat wojny domowej i nawet chce go ocalić, ograniczając zakres śledztwa do mniej groźnych zarzutów oskarżenia. W rezultacie zostaje odsunięty od sprawy, aresztowany i podziela los oskarżonego. Drugi śledczy, Gletkin, jest już bardziej „pryncypialny”, doprowadza śledztwo do końca, czyli do takiego urobienia Rubaszowa, aby ten na publicznym procesie pokajał się i przyznał do inkryminowanych zbrodniczych czynów oraz zamiarów. Wkrótce dochodzi też do wydania jedynego możliwego wyroku, jaki mógł w tej sytuacji zapaść (proces oraz wykonanie kary są w książce opisane).

Bohater powieści, Rubaszow, mimo swego tragicznego końca, nie budzi sympatii czytelnika. Podczas przebywania w celi wiele rozmyśla, przypominając sobie własne postępki w służbie dyktatury partii. Kilka lat pracy spędził za granicą: w Niemczech i (chyba) w Belgii, agenturalnie nadzorując i koordynując działalność tamtejszych partii komunistycznych. Pośrednio przyczynił się wówczas do śmierci dwóch lokalnych działaczy, mających czelność poddawać w wątpliwość linię polityczną wytyczoną przez Komintern, a faktycznie przez Stalina. Bezpośrednio natomiast Rubaszow doprowadził do aresztowania i skazania na śmierć swojej sekretarki (zarazem kochanki), osobiście potwierdzając wyimaginowane zarzuty wobec niej postawione. W książce mamy również ukazany olbrzymi stopień zindoktrynowania i sterroryzowania społeczeństwa radzieckiego, czego przykładem jest rozmowa dozorcy domu, w którym mieszkał Rubaszow przed aresztowaniem, z córką. Córka dozorcy czyta szczegółową relację prasową z procesu Rubaszowa i przekonuje ojca do podpisania zbiorowej rezolucji osób domagających się bezlitosnego wytępienia zdrajców. W przeciwnym wypadku, jako mieszkańcy tego budynku, mogliby przecież sami stać się podejrzanymi.

Reasumując, kończę cytatem ze str. 24: Dobrze wam tak. Były to słowa wystukane alfabetem więziennym przez ścianę celi przez innego osadzonego, który akurat nigdy nie był komunistą.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

„Wielka Czystka”. Autor: Aleksander Weissberg-Cybulski

 

Aleksander Weissberg-Cybulski „Wielka Czystka”

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1990

Tytuł odnosi się do stalinowskiego Wielkiego Terroru lat 1937 i 1938, gdy w Związku Radzieckim ciężkim represjom politycznym (uwięzienie, brutalne śledztwo, wyrok śmierci lub zesłania do łagru) poddano 8 mln ludzi, nie zawsze nawet obywateli tego państwa (nie był nim np. autor). W książce znajdujemy katalog systematyzujący 16 kategorii osób, które Stalin polecił Jeżowowi zniszczyć (str. 545). I to właśnie o ich losach, z zastrzeżeniem iż wiodącym wątkiem tematycznym są jednak perypetie osobiste inżyniera Aleksandra Weissberga, traktuje ta jego publikacja autobiograficzna. Katalog grup osób represjonowanych rozpoczynają byli najwyżsi przywódcy bolszewiccy - przeciwnicy Stalina (konkurenci do władzy), po nich następują wszyscy starzy (tj. jeszcze przedrewolucyjni) bolszewicy oraz czerwoni kombatanci rewolucji i wojny domowej. Następnie widzimy kolejne kategorie osób, do których można by odpowiednio przypisać praktycznie każdego mieszkańca Kraju Rad. Ów wykaz zaś zamykają enkawudziści, wykonawcy wielkiej czystki, którzy (cyt.) Wiedzą zbyt wiele. Ponadto jest wskazane trzymać ich w pogotowiu jako kozły ofiarne za bezprawia czystki. Osoba autora pasuje natomiast do katalogowej grupy nr 7: cudzoziemscy komuniści.

Aleksander Weissberg-Cybulski (1901-1964), urodzony w Krakowie polski Żyd, obywatel austriacki, inżynier fizyk, komunista zauroczony możliwością twórczej działalności w „ojczyźnie światowego proletariatu”, przybył do ZSRR w 1931 r. do pracy w ukraińskim instytucie naukowo-badawczym (fizyko-technicznym) w Charkowie. Aż do aresztowania w marcu 1937 r. pełnił w nim odpowiedzialne funkcje techniczne i organizatorskie. Nosił wówczas rodowe nazwisko Weissberg. Od marca 1937 r. aż do grudnia 1939 r. prowadzono przeciwko niemu polityczne śledztwo, kolejno w więzieniach w Charkowie, Kijowie i Moskwie. Trwało ono z różnym natężeniem. Przez długi okres bywał bardzo intensywnie przesłuchiwany, innym razem pozostawiano go w spokoju w celi na całe tygodnie i miesiące. Postępowanie ostatecznie zakończono decyzją o deportacji Aleksandra Weissberga z obszaru ZSRR, jako „uciążliwego cudzoziemca”. Paradoksem i chichotem historii okazało się wówczas, iż ten polsko-austriacki Żyd swe ocalenie (przed co najmniej długoletnią zsyłką do łagru) zawdzięczał umowom politycznym pomiędzy Hitlerem a Stalinem z 1939 r., zakładającym m.in. deportację do III Rzeszy wszystkich uwięzionych w ZSRR obywateli niemieckich (po Anschlussie z 1938 r. za takich uznawano również obywateli Austrii). I tak w noc sylwestrową 1939/1940 Weissberga oraz podobnych 69 Kameraden zapakowano w Moskwie do pociągu zmierzającego na zachód. Tuż za granicznym mostem na Bugu oczekiwało na nich Gestapo.

W niezwykle interesujących wspomnieniach z pobytu w ZSRR autor przedstawia:

¾    socjalne warunki życia w ZSRR w latach 30. ub. wieku – zróżnicowane dla różnych grup ludności, z wyraźnym uprzywilejowaniem kadr partyjno-kierowniczych (w zakresie mieszkalnictwa, płac, zaopatrzenia w żywność i w tzw. artykuły pierwszej potrzeby),

¾    totalne upolitycznienie społeczeństwa i nachalną propagandę komunistyczną wraz z kultem Stalina, obserwowane we wszystkich sferach życia zawodowego i prywatnego obywateli,

¾    powszechnie panujące, odgórnie nakazywane podejrzliwość i donosicielstwo,

¾    własne problemy zawodowe, polityczne i osobiste, występujące jeszcze przed aresztowaniem,

¾    okoliczności aresztowania i uwięzienia, pierwsze postawione mu zarzuty,

¾    postępującą eskalację oskarżeń go o szereg wyimaginowanych zbrodni: sabotaż, szpiegostwo, przygotowywanie zamachu na życie towarzysza Stalina,

¾    sposoby prowadzenia przeciwko niemu śledztwa, zmienne w latach 1937-1939: „przyjacielskie” pogawędki z oficerami śledczymi, ostre awantury połączone z obelgami i wywieraniem presji psychicznej, wyczerpujące tzw. konwejery, tj. wielodobowe nieprzerwane przesłuchania, bicie, umieszczanie w zimnym, wilgotnym i ciasnym pomieszczeniu, tzw. karcerze; Weissberga konfrontowano również z rzekomymi wspólnikami, także aresztowanymi i już wcześniej złamanymi w śledztwach,

¾    własną taktykę obrony: nieprzyznawanie się do zarzucanych mu czynów i zamiarów, odwoływanie zeznań wymuszonych maltretowaniem fizycznym (kilkudobowym konwejerem),

¾    więzienne wyżywienie (głodowe racje) i zakwaterowanie (znaczne przeludnienie cel), wzajemne relacje pomiędzy współwięźniami,

¾    swój stale pogarszający się stan zdrowia, wywołany głównie niedożywieniem,

¾    sylwetki współosadzonych, z którymi Weissberg dzielił kolejne cele więzienne – na podstawie rozmów z nimi, analizy ich pochodzenia narodowościowego i społecznego, wykształcenia, profesji, poznania ich „win”, autor wyrobił sobie obrazy kolejnych etapów wielkiej czystki; w znacznej mierze to owe obserwacje i dialogi więzienne dały podstawę do wydedukowania i scharakteryzowania katalogu 16 kategorii osób represjonowanych przez Stalina (o czym wspomniałem na wstępie),

¾    opracowaną dzięki temu analizę i syntezę stalinowskiej Wielkiej Czystki, stanowiącej w książce bliskie i szerokie tło osobistych przeżyć autora.

O losach Aleksandra Weissberga-Cybulskiego po opuszczeniu ZSRR, w tym jak zdołał on uniknąć Holokaustu, czytamy we wstępie pt. Nieposkromiony umysł, autorstwa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (str. 7-16). W 1940 r. gestapowcy „prawidłowo” sklasyfikowali go jako Żyda i skierowali do getta w Krakowie. Stamtąd uciekł i po tułaczkach w Bochni i Tarnowie zjawił się w 1942 r. w Warszawie. Ukrywał się w mieszkaniu Zofii Cybulskiej, przyszłej swojej żony (stąd drugi człon jego nazwiska). Aresztowany w 1943 r., zbiegł z obozu pracy w Kawęczynie i powrócił do Zofii Cybulskiej. Wziął udział w powstaniu warszawskim. Po powstaniu ukrywał się w podwarszawskich Włochach (dziś dzielnicy miasta). W 1946 r. udało mu się wyjechać z Polski do Szwecji, gdzie wkrótce połączył się z małżonką. Gustaw Herling-Grudziński dodaje również, że Aleksander Weissberg-Cybulski całkowicie „wyleczył się” z komunizmu, prawie całkowicie z marksizmu, ale socjalistą jednak pozostał. Pisze o nim (cyt., str. 9): Alex był jednym z najmądrzejszych i najszlachetniejszych ludzi, jakich w życiu spotkałem. A tak przedstawia go Wikipedia:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksander_Weissberg-Cybulski

PS.1. Na dziś tu omówioną książkę wielokrotnie wcześniej napotykałem w przypisach oraz w bibliografii, zamieszczanych w innych publikacjach poświęconych stalinowskiemu terrorowi lat trzydziestych ub. wieku (ich autorzy zazwyczaj przywoływali ją jako jedno z najważniejszych źródeł informacji). Myślałem niekiedy o jej kupnie, była jednak (i nadal jest) w księgarniach niedostępna. W tym roku udało mi się w antykwariacie internetowym natrafić na jej wydanie sprzed 36 lat. Pasjonatom historii sugeruję podjęcie podobnych starań – rozpoczynających się od wpisania tytułu książki i nazwiska autora do przeglądarki internetowej. Gdyby jednak okazały się bezowocne, to vide PS.2.

PS.2. W 2025 r. na rynku księgarskim pojawiła się „Wielka karuzela. Życie Aleksandra Weissberga-Cybulskiego”, autorstwa Ireny Grudzińskiej-Gross. Możliwość zakupu tej książki (jego biografii) zauważyłem też w ofercie księgarni internetowej, z której usług czasem korzystam.

piątek, 10 kwietnia 2026

„Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”. Autor: Kamil Janicki

 

Poniższy tekst był pierwotnie planowany do zamieszczenia 1 kwietnia. Corocznie bowiem owego dnia piszę tu coś „obrazoburczego”, odbiegającego od poważnego i ambitnego formatu blogu. Jednakże w tym roku Prima Aprilis bezczelnie wpasował się😈w Wielki Tydzień, pomyślałem więc, że proponowane poniżej trzy lektury mogłyby zostać uznane za naruszające wrażliwość osób skupionych w tamtym czasie głównie na rozważaniach eschatologicznych. Zatem dopiero teraz, z pewnym opóźnieniem, już po świętach, postaram się Państwa i rozweselić, i zaszokować. Dzisiejszy artykulik poświęcam nie tylko „odważnej” książce p. Kamila Janickiego. W drugiej jego części czeka bowiem na Państwa niespodzianka – omówienie dwóch innych, także podminowanych Erosem, książek autorstwa p. Joanny Jędrusik, niezwykle sympatycznej skandalistki. 

Kamil Janicki „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce” 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., Poznań 2022

„Przedwojennej” nie należy tu rozumieć wyłącznie jako „międzywojennej”. Autor bowiem sięga jeszcze do czasów zaborów, do drugiej połowy wieku XIX. Przez karty książki przewija się cały szereg naukowców i publicystów z dziedziny zarówno tytułowej, jak i obyczajowości pojmowanej ogólnie. Wśród nich niezrównany albo niezrównoważony (zależnie od poglądów czytelnika), ale na pewno niesłusznie dziś już zapomniany dr Stanisław Kurkiewicz (1867-1921), który w 1913 r. wydał w Krakowie pierwszy w dziejach Polski „Słownik płciowy. Zbiór wyrażeń o płciowych właściwościach, przypadłościach i.t.p. Do użytku przy zeznawaniu przed lekarzem płciownikiem”. Współcześnie żałować wypada, że proponowane tam nazewnictwo się nie przyjęło, pomimo wdzięcznego, a nader wszystko czysto polskiego brzmienia. I tak np. tzw. inne czynności seksualne wykonywane ręcznie przez kobietę i mężczyznę dr Stanisław Kurkiewicz określił, odpowiednio, mianem merdankigmeranki, co chyba wypada znacznie lepiej niż wzięte z angielskiego handjobfingering. Zdecydowanie też brzmiałoby to wyraziściej niż wykreowane rodzime bicie konia (furmańskie i prostackie), czy palcówka (wg słownika języka polskiego PWN: ćwiczenie muzyczne, którego celem jest wyrobienie technicznej biegłości palców).😛Terminologię dr Kurkiewicz opracował m.in. na bazie zapamiętanych wyrażeń ludowych, chociaż nie unikał przy tym wymyślania własnego, autorskiego nazewnictwa. Oprócz owego słownika dr Kurkiewicz był twórcą innych pionierskich opracowań z dziedziny seksuologii, przez p. Kamila Janickiego często przywoływanych i cytowanych. Czytającemu niekiedy nie sposób szczerze się nie roześmiać.

Książki nie należy jednakże odbierać tylko humorystycznie. Pan Kamil Janicki wprowadza nas w okopy pierwszej rodzimej rewolucji seksualnej. Walczą tam ze sobą dwie Polski: pruderyjna, obskurancka i zakłamana, oraz nowoczesna, obyczajowo liberalna, propagująca wyzwolenie seksualne. Autor opisuje działalność wyróżniających się przedstawicieli obu tych obozów, przy czym nieraz stwierdza schodzenie przez nich na manowce (po obydwu stronach!). Wszystko uwidocznia w kolejnych rozdziałach dotyczących:

Ø  wychowania i dojrzewania płciowego (w tym inicjacji seksualnej) młodzieży,

Ø  onanizmu osób samotnych, łącznie z opisem służących temu wybranych akcesoriów erotycznych,

Ø  okoliczności oraz miejsc uprawiania seksu przedmałżeńskiego i pozamałżeńskiego,

Ø  erotyki artystycznej i pornografii,

Ø  wyboru technik seksualnych, odpowiednich dla pragnień indywidualnych oraz możliwości fizycznych,

Ø  metod antykoncepcji (w tym naprawdę dziś przerażających, niestety naukowo-lekarskich, opisanych w epilogu pt. Poradnia ginekologiczna doktora Frankensteina😱),

Ø  seksu mężczyzn i kobiet „kochających inaczej”, przy czym ów w wydaniu żeńskim przeważnie bagatelizowano (poza przypadkiem lekarki Zofii Sadowskiej, uwodzącej swoje pacjentki).

Niektóre fragmenty książki, aczkolwiek bardzo interesujące, wywołują u czytającego wrażenie ponure. Autor pisze bowiem realistycznie o Polsce przedwojennej, w której w znacznej skali występowały bieda, bezrobocie, ciemnota, brak higieny, trudne warunki mieszkaniowe. W tych warunkach najbardziej cierpiały proste, niewykształcone, ubogie kobiety, niemające dostępu do lekarza, nieraz zmuszone poddawać się aborcji wykonywanej w pokątnych, urągających higienie, warunkach. Także terroryzowane przez mężczyzn z półświatka, nakłaniane przez nich do prostytucji.

Aby jednak zakończyć tę recenzję podobnie jak ją rozpocząłem, czyli trochę humorystycznie, pozwolę sobie zwrócić Państwa uwagę na aneks 1 pt. Przedwojenny sennik erotyczny (str. 419-423). Spośród zapisanych tam sennych przestróg zacytuję dwie, po jednej dla kobiety i mężczyzny. I tak: Jeżeli we śnie słuchałaś gramofonu – mąż złapie cię in flagranti (…) Jeżeli we śnie sadziłeś groch – nie zadowalasz swojej żony, więc ma skryte pragnienia. Prawda, że to urocze? Nie? To proszę zapoznać się z pozostałymi kilkudziesięcioma sennymi przepowiedniami i ostrzeżeniami. Przy niektórych wybucha się gromkim śmiechem. A książkę zamyka wybrana bibliografia, której dość liczny spis potwierdza popularnonaukowy charakter opracowania autorstwa p. Kamila Janickiego.

***

No a teraz anonsowana na wstępie niespodzianka! Proponuję skok w czasie i przestrzeni. Skok epokowy w mentalności ludzkiej, m.in. dzięki ogromnemu rozwojowi techniki. To, co sto lat wcześniej uznawano za perwersyjną awangardę, teraz stało się dość powszechną, cywilizowaną normą (choć oczywiście nadal mając zapiekłych przeciwników). Przenosimy się w lata drugiej dekady obecnego wieku XXI. Najpierw do Warszawy, a później hen, hen, aż za Atlantyk. Oddajemy głos pani Joannie Jędrusik, autorce książek pt. 50 twarzy Tindera oraz pt. Pieprzenie i wanilia, obu wydanych przez warszawskie Wydawnictwo Krytyki Politycznej (odpowiednio w 2019 i 2020 roku).

W pierwszej książce niezwykle sympatyczna, inteligentna, ładna i zgrabna, średniego kobiecego wzrostu (1,65 m), dobiegająca trzydziestki zmysłowa i wyzwolona seksualnie autorka-narratorka opisuje swe warszawskie znajomości zawarte za pośrednictwem Tindera - popularnej w całym świecie aplikacji randkowej. Osoba uczestnicząca wprowadza do niej swój profil (zdjęcie i odpowiedni tekst). Następnie przy pomocy Tindera wybiera sobie inną osobę (jej profil), która się jej spodobała, i którą chciałaby poznać, co z kolei wyświetla się na ekranie smartfonu tamtej osoby. I jeśli tamta - po zapoznaniu się z profilem osoby nią zainteresowanej - odpowie pozytywnie, to już pozostaje tylko domówić termin i miejsce pierwszej randki, a czasem nawet z góry określić jej charakter. Autorka szczegółów swych intymnych spotkań nie pomija, a wręcz przeciwnie - seksowna Joanna nieraz je eksponuje. Nie jest to jednakże lektura wyłącznie erotyczna. Przede wszystkim dzięki niej poznajemy bogate tło socjologiczne i psychologiczne osób poszukujących za pośrednictwem Internetu doznań miłosnych – z akcentem albo na erotyczne zaspokojenie, albo na marzenie o wielkiej miłości życia, albo … na jedno i drugie łącznie. Autorka zauważa przy tym dość bezpieczny charakter Tindera – unikają go skrajni dewianci, gdyż pozostawia się w nim cyfrowy ślad mogący w razie potrzeby być przydatnym organom ścigania.

W następnej książce (będącej kontynuacją pierwszej) piękna Joanna narratorka podróżuje za Atlantyk, kolejno przemierza Amerykę Północną, Środkową i Południową, by wreszcie powrócić do Środkowej (Meksyku). Meksyk w końcu wychodzi jej bokiem, ale nie będę ujawniał, dlaczego. Nadmienię tylko, iż informacje medialne o wszechobecnej tam przestępczości zorganizowanej absolutnie nie są przesadzone. Urocza Joasia nadal posługuje się Tinderem poszukując przygód erotycznych, tak więc tzw. momentów też nieco i w tej książce odnajdujemy. Przede wszystkim jednak czytamy o warunkach życia, pracy, nauki, o mentalności mieszkańców trzech Ameryk, z którymi autorka miewa codzienne kontakty. Dokonywane przez nią porównania, współcześnie np. w USA i w Polsce – treści umów o pracę, respektowania wymogów BHP, przemysłowego skażenia środowiska naturalnego, dostępu do wyższego wykształcenia – zdecydowanie wypadają na korzyść naszego kraju! Interlokutorami Joanny są osoby przeważnie ze średnich i niższych klas społecznych, wiekiem raczej młode. Przemierzając amerykańskie kontynenty autorka pomieszkuje w hostelach i tanich hotelach, ich rezerwacji dokonując przez Internet. Środki na podróż i pobyt posiada ze sprzedaży kawalerki w Warszawie. Książka kończy się happy endem. Joannie udaje się nawiać z Meksyku do Polski, i to w dodatku z przygarniętym za oceanem pieskiem.

PS. Osoby pragnące ujrzeć piękną Joannę na własne oczy i tym samym pozytywnie (inaczej sobie nie wyobrażam!) zweryfikować moją entuzjastyczną o niej opinię, namawiam do wpisania do przeglądarki internetowej wyrazów Pod kołdrą z Jędrusik, czyli tytułu prowadzonego przez nią podcastu.

 

czwartek, 2 kwietnia 2026

„Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945-1955”. Autor: Tadeusz Bukowy

 

Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę zdrowych i wesołych Świąt Wielkiejnocy. A w tych dniach przedświątecznych, pełnych zadumy, refleksji i oczekiwania, proponuję Państwu lekturę bardzo smutną, ale jednak z happy endem.

Tadeusz Bukowy „Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945-1955”

Ośrodek KARTA, Warszawa 2022

Autor w wieku 16 lat zniknął w czeluściach stalinowskich więzień, łagrów i miejsc tzw. wolnego zesłania (oksymoron). Aresztowany dnia 9 maja 1945 r. za przynależność do Armii Krajowej, do Polski i rodziny wrócił dopiero w końcu grudnia 1955 r. Minione w międzyczasie młode lata, jedne z najlepszych w życiu człowieka, początkowo spędził w radzieckich aresztach i więzieniach, kolejno w Samborze, Lwowie i Kijowie, następnie zaś w Odessie w kolonii karnej dla niepełnoletnich. Stamtąd po osiągnięciu pełnoletności (w 1947 r.) skierowano go do pracy przymusowej w łagrach, najpierw na Uralu, a później w Kazachstanie, gdzie w 1951 r. dotrwał do końca zasądzonego mu wyroku sześciu lat pozbawienia wolności. Następnie jako już „wolnego” człowieka wożono go wraz z grupą podobnych byłych skazańców po kilku więzieniach tzw. przesyłowych, aż w końcu trafił na bezterminową zsyłkę do Kraju Krasnojarskiego na Syberii. Tam doczekał śmierci Stalina (marzec 1953), stopniowej politycznej odwilży i nareszcie zgody na wyjazd do Polski. Całą tę epopeję szczegółowo opisał w książce. Jest to lektura zarazem i niezwykła, i zwykła. Niezwyczajna dlatego, iż odnosi się do zbrodniczego systemu stalinowskich represji, tragizmu polskich losów już po drugiej wojnie światowej, wreszcie do dziesięciu zmarnowanych lat życia młodego człowieka. Ale na tym tle uderza dość spokojna narracja Tadeusza, chronologicznie relacjonującego swoje dzieje. Mało w niej patosu, skarg na zły los, także więzienna i łagrowa patologia wśród osadzonych wspominana jest raczej tylko ogólnie i oszczędnie. Przeważają natomiast opisy głodowego wyżywienia, łachów, w jakich chodził ubrany, fatalnych warunków zakwaterowania, a przede wszystkim bardzo ciężkiej pracy. Autor dużo miejsca poświęca również charakterystyce współwięźniów, z którymi przebywał i pracował. Długo był wśród nich jedynym Polakiem, przeważali bowiem Rosjanie, Bałtowie i Ukraińcy – tych ostatnich zbiorczo i chyba niesprawiedliwie wszystkich określa mianem banderowców. Rodaków, w tym kolegów z konspiracji, napotykał tylko sporadycznie. Opisuje zróżnicowane podejście administracji więziennej i obozowej wobec osadzonych, wymienia złośliwych służbistów oraz osoby życzliwe. Z wielką wdzięcznością wspomina lekarkę - chirurga, która być może uratowała mu życie, a już na pewno uchroniła nogę przed amputacją. Pracę młody Tadeusz miał bardzo ciężką – głównie przy ścince, zrywce i zwózce drzew, w tartaku oraz w kopalni węgla. Jedynie przez krótki okres był zatrudniony w obozowej kuchni, i tylko wtedy nie głodował.

Wiosną 1951 r. skończył mu się zasądzony wyrok 6-ciu lat łagru, co jednak absolutnie nie oznaczało przywrócenia wolności. Został administracyjnie zesłany na głuchą syberyjską prowincję i skierowany do prac leśnych oraz w budownictwie. Swój pobyt tam opisuje również raczej beznamiętnie, skupia się na codziennych czynnościach życiowych, stopniowej poprawie warunków bytowych, dwóch kolejnych związkach z miejscowymi kobietami: Walą i Anią. Nielegalnie wszedł w posiadanie strzelby myśliwskiej, co umożliwiło mu (i najbliższym znajomym) urozmaicanie jadłospisu trofeami z polowań w tajdze. Ciekawe są też opisy postaci innych zesłańców, wśród których mieszkał i pracował. Generalnie Tadeusz Bukowy był przez nich lubiany, zwierzali mu się ze swoich przeżyć, także podając przyczyny niegdysiejszego zainteresowania się nimi przez NKWD. Ostatnie miesiące 1955 r. to już starania autora o zgodę na wyjazd do Polski, mało romantyczne rozstanie z Anią, nerwowe wyczekiwanie na transport, wreszcie dwutygodniowa podróż pociągiem do Ojczyzny.

I to wszystko. Tylko tyle i … aż tyle. Tadeusz Bukowy na ponad trzystu stronach przedstawił prozę dziesięciu lat swojego życiorysu, z detalami (ale bez zbytniego użalania się) opisując ciężkie warunki bytu, na jakie jego oraz wielu innych więźniów (różnych narodowości) skazał komunistyczny, stalinowski reżim. W tytule książki podkreśla, że przeżycie tam zawdzięczał łutowi szczęścia. Uważny czytelnik dostrzeże też nieco niedomówień, niektóre osobiste przeżycia autor zdecydował się przemilczeć. Do książki dołączył kilkanaście fotografii (swoich oraz kolegów) z okresu przebywania w radzieckim „raju”.

PS. Wczorajszy dzień w kalendarzu to pierwszy kwiecień. Moi stali czytelnicy zapewne już się przyzwyczaili, iż na Prima Aprilis znajdują tu teksty frywolne, bardzo odbiegające od poważnego formatu blogu. W bieżącym roku jednak owa data wpisała się w Wielki Tydzień, a ja nie chciałbym – rubasznym humorem i „obsceniczną” tematyką – urazić w tych dniach czyichś uczuć. Co się odwlecze, to nie uciecze! „Odpowiedni”😘 artykulik ukaże się więc tu w tygodniu poświątecznym.

czwartek, 26 marca 2026

„Niemiecki as pancerny na frontach II wojny światowej”. Autor: Richard Freiherr von Rosen

 

Richard Freiherr von Rosen „Niemiecki as pancerny na frontach II wojny światowej”

Wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2019

To przede wszystkim książka dla miłośników militariów, lubiących literaturę pola walki. Przeczytają w niej o zwycięstwach i porażkach Panzerwaffe podczas II wojny światowej na polach tych bitew, w których brał udział batalion czołgów Richarda von Rosena. Młody wówczas autor (rocznik 1922) dosłużył się w Wehrmachcie stopnia porucznika. Po ukończeniu kursu oficerskiego oraz nabyciu odpowiedniego doświadczenia bojowego powierzano mu dowodzenie kolejno plutonem (4 czołgi) i kompanią (12 czołgów). Bywały to z reguły Tygrysy, a następnie Tygrysy Królewskie bardzo odporne na broń przeciwpancerną. Oprócz opisów zaciętych walk w ZSRR (w tym na Łuku Kurskim), we Francji i na Węgrzech, w książce znajdujemy liczne odniesienia do logistyki czołgowej, tj. transportu tych wozów bojowych na front, tankowania, jazdy w ekstremalnie trudnych warunkach terenowo-klimatycznych, napraw oraz rozwiązywania problemów technicznych związanych z eksploatacją. Dowiadujemy się, jak dawał sobie z tym radę „czynnik ludzki”, czyli pięcioosobowa załoga czołgu, na jakie niebezpieczeństwa bywała ona narażona w boju, oraz jakie zwykłe, codzienne niedogodności musiała cierpieć. Czytamy też o wypełnianiu przez czołgistów czasu wolnego od służby podczas przerw w walkach, „organizowaniu” alkoholu, żywności oraz innych łupów wojennych. Autor, pięć razy na wojnie ranny, sporo czasu spędził na leczeniu i rekonwalescencji. Dokładnie poznajemy okoliczności odniesienia przez niego tych ran, odtransportowania go z frontu oraz udzielenia doraźnej i następnie szpitalnej pomocy medycznej. Kilka razy dopisało mu też tzw. żołnierskie szczęście, o włos uniknął śmierci. Za to widział jak ginęli jego bliscy koledzy. Tyle o militariach – naprawdę interesujących. Przy okazji wypada też pozytywnie odnieść się do urozmaicenia książki dużą liczbą ciekawych fotografii, przedstawiających autora, jego kolegów i przełożonych oraz obrazki z ich szlaków żołnierskich.

Tło polityczne, niezbędne przecież w książce o II wojnie światowej, przedstawione zostało banalnie i z całą masą przemilczeń. O niemieckich zbrodniach Richard von Rosen rzekomo się dowiedział dopiero po wojnie i długo nie mógł uwierzyć. W opisach kampanii w ZSRR też nie znajdziemy nic na temat postępowania wobec radzieckiej ludności cywilnej, masowych mordów, stosowanej taktyki spalonej ziemi etc. Za to autor głęboko oburza się z powodu drobnych powojennych szykan wobec mieszkańców, stosowanych we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec (jakże niezwykle łagodnych w porównaniu z analogicznymi niemieckimi w Generalnym Gubernatorstwie!). Reasumując, polskiego czytelnika na pewno rozczaruje niemiecka „poprawność polityczna” barona von Rosena, który kilka lat po wojnie wstąpił do Bundeswehry, dosłużył się stopnia generalskiego, a także bywał aktywny w stowarzyszeniach kombatanckich. Książkę kończą dwa Posłowia – od autora oraz od wydawcy polskiego, piórem p. Sławomira Kędzierskiego. To drugie, wg mnie, powinno stanowić raczej wstęp, a nie zwieńczenie lektury, zważywszy możliwą łatwowierność czytelnika niemającego odpowiedniej wiedzy historycznej. Autor polskiego Posłowia interesująco informuje o wszystkich niedopowiedzeniach i przemilczeniach von Rosena, jak również o prawdopodobnych tego przyczynach.

czwartek, 19 marca 2026

„Wrzesień 1939. Polscy sprawcy klęski”. Autor: Andrzej Ceglarski

 

Andrzej Ceglarski „Wrzesień 1939. Polscy sprawcy klęski”

Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2025

Książkę można uznać za swego rodzaju niezamierzone, zapewne też nieświadome, uzupełnienie publikacji Roberta Forczyka pt. Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939 (wcześniej tu omówionej, proszę zerknąć do katalogu autorskiego alfabetycznego lub katalogu tematycznego 1). Tamten amerykański autor również dostrzegł podstawowe przyczyny naszej klęski w 1939 r. nie w dysproporcji sił zbrojnych III Rzeszy i II RP, lecz w błędach polskiego systemu dowodzenia, skutkujących chaosem organizacyjnym. Wg niego Niemcy odnieśli zwycięstwo głównie ze względu na zdolność do koordynacji działań wielu dywizji, której to umiejętności polscy dowódcy nie posiadali. Dowiódł tego dokładną analizą przebiegu walk wrześniowych. Klęską naszej armii pan Robert Forczyk zajął się więc głównie przedmiotowo, nie wchodząc w zawiłości personalne (życiorysowe) jej kadr dowódczych.

Pan Andrzej Ceglarski natomiast postąpił odwrotnie – strategii i taktyce poświęcił mniej miejsca, ograniczając się do ogólnego omówienia najważniejszych bitew kampanii, a za to skoncentrował się na tytułowej klęsce rozpatrywanej podmiotowo, tj. pochylając się nad osobami jej sprawców. Niezwykle krytycznie przeanalizował politykę personalną w Wojsku Polskim okresu międzywojennego, wskazał jej decydentów, realizatorów oraz profitentów. Wymienił przy tym najważniejszych generałów i wyższych oficerów przedwcześnie odesłanych na wojskowe emerytury. Doszedł do wniosku, iż głównymi kryteriami awansów były legionowe pochodzenie (najlepiej z pierwszej brygady, dowodzonej przez brygadiera Józefa Piłsudskiego) oraz znajomości osób wpływowych. Wyższe wykształcenie wojskowe, doświadczenie w dowodzeniu miały znaczenie dużo mniejsze, zwłaszcza gdy łączyły się ze służbą jeszcze w armiach zaborczych. A gdy dotyczyły generałów, którzy nie poparli zamachu majowego w 1926 r., to już takie ich kompetencje w ogóle się nie liczyły. W rezultacie Wojskiem Polskim w 1939 r. dowodzili marszałek, generałowie i wyżsi oficerowie z małymi wyjątkami militarnie niedouczeni, nawet sobie niewyobrażający czekającego ich pola walki, bazujący na rutynie wojny polsko-bolszewickiej, toczonej przecież w innych warunkach i z innym przeciwnikiem, absolutnie nieporównywalnym z Wehrmachtem. Wcześniej, w okresie Wielkiej Wojny, wiedzeni szczerym patriotyzmem, wprost z cywila wstąpili do Legionów, w których owszem, nabyli wojskowego doświadczenia, mało jednak przydatnego na najwyższych szczeblach dowodzenia. W rezultacie wielu z nich, zajmując w czynnej służbie eksponowane i newralgiczne stanowiska dowódcze, w latach międzywojennych głosiło brednie o małej przydatności wojsk pancernych i lotnictwa, za to wychwalając zdolności operacyjne kawalerii. Nierzadko zajmowali się też polityką, bywali również bardzo zapobiegliwi w osobistych sprawach majątkowych. Jak zatem tacy de facto amatorzy mieli się zmierzyć z generałami Wehrmachtu, wykształconymi jeszcze w cesarskich akademiach wojskowych, dowodzącymi związkami taktycznymi na frontach Wielkiej Wojny 1914-1918, a i później praktykującymi nowoczesne umiejętności wojskowe na poligonach ZSRR (przed dojściem Hitlera do władzy) oraz podczas wojny domowej w Hiszpanii, gdzie m.in. ćwiczyli współdziałanie różnych rodzajów sił zbrojnych. W efekcie Wrzesień 1939 stał się dla marszałka Śmigłego-Rydza i polskiej generalicji bardzo zimnym, wręcz lodowatym prysznicem.

Pan Andrzej Ceglarski bardzo dokładnie opisał politykę personalną i szkoleniową w Wojsku Polskim po zamachu majowym 1926 r. Przedstawił przy tym charakterystyki dwóch kolejnych marszałków oraz najważniejszych generałów i pułkowników. Oprócz wskazania miernych na ogół kwalifikacji dowódczych, potwierdzonych w pamiętnym wrześniu, wkraczał niekiedy w ich sprawy osobiste, relacji z płcią piękną nie wyłączając. Łącznie przeczytamy kilkadziesiąt takich przyczynków do życiorysów imiennie wymienionych tytułowych sprawców klęski – głównie to jest treścią książki. Czytelnik lubujący się w personaliach na pewno więc się nie rozczaruje. Informacje autor uwiarygodnił przywołaniami opinii osób żyjących w tamtych latach, posiadających wiedzę pochodzącą z obserwacji i doświadczeń osobistych. W książce znajdziemy także szereg ciekawych fotografii, przedstawiających sylwetki dowódców, których p. Andrzej Ceglarski wziął na swój kadrowy warsztat.

PS. Nie wiedzieć czemu marszałek Edward Śmigły-Rydz na wszystkich kartach książki nosi nazwisko Rydz-Śmigły. Chyba jest to „zasługą” redaktora wydawnictwa, który zapewne wielokrotnie „poprawił” autora książki, korzystając z funkcji znajdź programu Word. Wnioskuję to z tekstu na str. 8 (środek strony), cyt. (…) zaskoczony przebiegiem rozmowy ze [sic!] Rydzem-Śmigłym odbytej w Rumunii 23 października 1939 roku (…), jak też z tekstu na str. 48 (u samej góry), cyt. (…) głównodowodzącego, generała Rydza-Śmigłego (później, w latach trzydziestych zmienił nazwisko na Rydz-Śmigły [sic!]), jako najwyższego rangą oficera legionowego (…). Pracownikowi Bellony proponuję konsultacje u prof. Lecha Wyszczelskiego, biografa marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, autora monografii pt. Marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz (1886-1941), nb. też tu omówionej (zob. katalog autorski alfabetyczny lub katalog tematyczny 1). Można również odnaleźć w Internecie słynny okólnik premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego z 1936 r., w którym urzędowo prezentuje generała (wówczas) Śmigłego-Rydza (a nie Rydza-Śmigłego!) jako drugą osobę w państwie, zaraz po prezydencie RP.

czwartek, 12 marca 2026

„Cień Lucyfera”. Autor: Stefan Türschmid

 

Stefan Türschmid „Cień Lucyfera”

Wydawca ARCANA sp. z o.o., Kraków 2015

Miłośnicy literatury autobiograficznej i biograficznej będą tą książką zachwyceni. Najpierw Stefan Türschmid (1946-2020) snuje osobiste wspomnienia wg schematu życie i działalność, umieszczając je w tle zachodzących wydarzeń politycznych i społecznych, oraz uzupełniając o własne poglądy, opinie i refleksje. Następnie to samo czyni jego ojciec, Robert Türschmid (1914-1999). Stefan jest również autorem esejów biograficznych o Wilhelmie Türschmidzie (1887-1942) i Ryszardzie Kazimierskiej z d. Türschmid (1927-2016). W książce znajdujemy też poezję oraz osobiste wspomnienia Feliksa Türschmida (1846-1921), z uzupełnieniami autorstwa kolejno Roberta i Stefana. W zakończeniu mamy genealogię rodu (łącznie z narysowanym drzewem genealogicznym), opracowaną przez Roberta. Rodu, nadmieńmy, niemieckiego – przybyłego w drugiej połowie XVIII wieku do Galicji wschodniej, tam rozrośniętego na kilka gałęzi oraz spolonizowanego poprzez małżeństwa z Polkami tak, że niemieckie pozostało (w linii męskiej) jedynie nazwisko. Całość przygotował do druku Stefan Türschmid. Prześledźmy teraz wszystko w wielkim skrócie, po kolei przerzucając karty tej emocjonalnie napisanej przez Türschmidów książki.

Stefan Türschmid (1946-2020) to swego czasu znany opozycjonista wobec władz i ustroju PRL, za co w latach 1970 i 1971 spędził kilkanaście miesięcy w areszcie i więzieniu. Należał do nielegalnej organizacji „Ruch”, której współtwórcą był Stefan Niesiołowski. Dokładnie opisuje swoją w niej działalność i dotkliwe tego konsekwencje. Niezależnie otrzymujemy też szczegółową relację z jego życia w Polsce Ludowej w latach dzieciństwa i młodości, w wieku dojrzałym, aż dochodzimy do kresu istnienia PRL i dalszego curriculum vitae autora już w III RP. Jako opozycjonista polityczny został w PRL pozbawiony możliwości rozwoju zgodnego z humanistycznym wykształceniem. Magister polonistyki (absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, 1970), ograniczany do pracy bibliotekarstwie lub do nauczania w szkole specjalnej, z konieczności podejmował się innych zajęć zawodowych, głównie w charakterze trenera jeździectwa konnego (swojej wielkiej pasji) oraz do prowadzenia prywatnego, drobnego biznesu. To drugie, jak pamiętają starsi czytelnicy, w dwóch ostatnich dekadach PRL było dużo bardziej opłacalne niż praca na tzw. państwowej posadzie. W Polsce już nieludowej Stefan Türschmid kilka lat pracował w dziennikarstwie, z którym się rozstał wskutek głoszenia radykalnych poglądów politycznych, m.in. optował za przeprowadzeniem daleko idącej, personalnej dekomunizacji. Można rozumieć jego nieprzejednanie, wynikające z ciężkich przeżyć osobistych w młodości, ale przecież polska transformacja ustrojowa przebiegła bezkrwawo, zgodnie i pokojowo, więc nie było żadnych podstaw, aby (cyt., str. 199) partyjnych funkcjonariuszy po sekretarzy niższych szczebli pozbawić na wiele lat prawa sprawowania urzędów i biernego prawa wyborczego. Za błąd niesłusznie uznawał też (cyt., str. 198), iż komunistom nie urządzono ich Norymbergi. Odpowiedni czas na to przeminął. Tych, którym się ona rzeczywiście należała, najczęściej od dawna już nie było wśród żyjących, a wyjątki dożywały starczych lat, przeważnie za granicą (np. Helena Wolińska-Brus). Równie emocjonalnie rozedrgane było życie małżeńskie autora – dwa razy żenił się i rozwodził z tą samą kobietą, Barbarą, panią magister inżynier elektryk, z którą miał dwóch synów (dziś wysokiej klasy artystów muzyków). Zajął się też twórczością literacką, napisał kilka interesujących powieści, m.in. Mrok i mgła, tu omówioną (zob. katalog autorski alfabetyczny lub katalog tematyczny 6). Odczuwał poważne problemy zdrowotne wynikłe z niefortunnego, zlekceważonego następnie przez lekarza, upadku z konia. Przez pewien czas borykał się też z ogarniającym go alkoholizmem, którym próbował uśmierzać ból. Przystąpił wtedy do tzw. klubu AA. Podkreślmy w tym miejscu wielką szczerość Stefana Türschmida, naprawdę godną uznania.

Robert Türschmid (1914-1999), w wieku 3 lat osierocony przez ojca, wychowywany głównie przez babcię, miał dość trudne i ciekawe dzieciństwo. Matka, atrakcyjna kobieta (fotografia na str. 280) zajęła się nim bezpośrednio dopiero po powtórnym (i materialnie korzystnym) wyjściu za mąż za lekarza pochodzenia żydowskiego. Wrzesień 1939 zastał Roberta z prawie ukończonymi studiami na Wydziale Mechanicznym w Politechnice Lwowskiej (po wojnie uzupełnił je, uzyskując w 1946 r. dyplom w Politechnice Śląskiej w Gliwicach). Autor interesująco opisuje dwie okupacje (radziecką i niemiecką), na terenie których podczas wojny przebywał. Przed wywózką na Syberię uchroniła go okoliczność, iż jego żona Lidia, z domu Zielkowska, pochodziła z Poznańskiego, a zatem – w myśl ówczesnych porozumień radziecko-niemieckich – miała prawo do legalnego wyjazdu wraz z mężem do strefy okupacji niemieckiej. Po napaści Niemiec na ZSRR Robert powtórnie udał się do Lwowa i ściągnął stamtąd (nielegalnie) ojczyma, zagrożonego z racji pochodzenia żydowskiego. Załatwił mu tzw. aryjskie papiery i umożliwił przetrwanie wojny. Zamieszkali pod Warszawą. Utrzymanie licznej rodziny na dobrym poziomie zapewniał przede wszystkim wygnany z Poznańskiego teść Roberta, biznesmen umiejący sobie radzić w życiu i prowadzący w okupowanej Warszawie dochodowe przedsiębiorstwo. Po wojnie inżynierskie kwalifikacje Roberta Türschmida okazały się na wagę złota, wziął aktywny udział w rozwoju przemysłu. Mimo nieprzynależności do PZPR powierzano mu szereg samodzielnych i kierowniczych stanowisk (dość szczegółowo relacjonuje swoją pracę zawodową). W październiku 1947 r. został aresztowany przez UB, oskarżony o sabotaż gospodarczy i prawomocnie skazany, z więzienia wyszedł w grudniu 1948 r. Dalsze lata to już okres osobistej stabilizacji, szczęśliwego małżeństwa z Lidią oraz zawodowej i materialnej prosperity (jak na ówczesne warunki PRL). Sporo podróżował po Polsce i świecie. We wspomnieniach dużo miejsca poświęca dwojgu dzieciom, w tym synowi Stefanowi. Tak więc w książce nieraz napotykamy na opisy tych samych miejsc, osób oraz wydarzeń, odrębnie widzianych oczami ojca i syna.

Wywodzący się z odrębnej gałęzi rodu Wilhelm Türschmid (1887-1942), w II RP dyrektor szpitala w Tarnowie (str. 429), nie dożył końca wojny, został zamordowany przez Niemców w Oświęcimiu. Pełniąc tam funkcję lekarza obozowego zaskarbił sobie wdzięczność i pamięć współwięźniów. Uwiecznił go m.in. radziecki pisarz Andriej Pogożew w autobiograficznej książce pt. Ucieczka z Auschwitz. Po 1956 r. dr. Wilhelma Türschmida pośmiertnie odznaczono orderem Virtuti Militari (str. 435).

Córka Wilhelma, Ryszarda Kazimierska z d. Türschmid (1927-2016), zaprzysiężony żołnierz AK, wzięła udział w powstaniu warszawskim. Po powojennej tułaczce w Niemczech, Włoszech (tam przeżyła niefortunną przygodę matrymonialną) i Anglii, powróciła do Polski, w Warszawie ukończyła anglistykę, gdzie też podjęła pracę tłumaczki i dziennikarki. Po 1956 r. wstąpiła do PZPR (str. 461), co Stefanowi z trudem przyszło zrozumieć. W pracy dziennikarskiej była bardzo ceniona, m.in. w 1986 r. powierzono jej przeprowadzenie wywiadu prasowego z Mieczysławem Rakowskim, ówczesnym marszałkiem sejmu PRL, zarazem czołowym partyjnym reformatorem.

Ojciec Wilhelma, Feliks Türschmid (1846-1921) chyba najbardziej odbiegał życiorysem i charakterem od swoich krewnych. Wrażliwy poeta, mający (dosłownie) głodne i chłodne dzieciństwo, we wczesnej młodości był nieszczęśliwie zakochany. Czytamy tylko część jego autobiografii. O tym, że się ożenił i został ojcem pięciorga dzieci, z których troje przeżyło dzieciństwo, dowiadujemy się już z uzupełnienia dopisanego przez Stefana.

A to bynajmniej nie wszyscy Türschmidowie! Każda z prezentowanych w książce głównych postaci miała przecież swoją dalszą i bliższą rodzinę, wstępnych i zstępnych, krewnych i powinowatych. Aby nie pogubić się w zawiłościach tych wszystkich relacji rodzinnych konieczne jest częste zaglądanie do ich drzewa genealogicznego na str. 508 i 509. Życzę pasjonującej lektury. Poznamy historyczne czasy widziane oczami wartościowych ludzi, skrupulatnie też prześledzimy ich indywidualne losy.

PS.1. Ktoś może zapytać, a gdzie ten tytułowy Lucyfer i jego cień. Wg rosyjskiego poety Aleksandra Błoka, jak zauważył Stefan Türschmid, chodzi o ów diabelski cień rzucony na cały wiek XX. W Europie spersonifikowany (już po śmierci Błoka) postaciami Stalina i Hitlera.

PS.2. Informacje o roku śmierci Stefana (2020) oraz Ryszardy (2016) uzyskałem z Internetu. Obydwoje zmarli już po wydaniu tej książki (2015).

czwartek, 5 marca 2026

„Dwa światy”. Autor: Witold Liliental

 

Witold Liliental „Dwa światy”

Wydawnictwo Austeria Klezmerhojs sp. z o.o., Kraków 2025

Witold Liliental (ur. 1939) bardzo trafnie określił swoją książkę jako (cyt., str. 443) przyczynek do historii Polaków lat 80. XX wieku. Opisał losy swoje, rodziny, znajomych – przede wszystkim w latach 1980-1983, niekiedy tylko sięgając wstecz do okresu dzieciństwa i młodości, czy też fragmentarycznie przybliżając się do roku 2024, gdy już zakończył narrację. Tytułowe zaś dwa światy to pierwszy po wschodniej, a drugi po zachodniej stronie Atlantyku. Rok 1980 zastał autora, doskonale znającego język angielski 41-letniego doktora nauk technicznych, na niższym stanowisku kierowniczym w branżowym instytucie naukowo-badawczym w Warszawie. Prywatnie: ożenionego z panią doktor biologii, również pracownicą naukową, ojca dwóch nastoletnich córek, posiadającego własne mieszkanie oraz samochód osobowy marki Syrena. Właśnie dobiegał końca gierkowski okres „Polski rosnącej w siłę i ludzi żyjących dostatnio”. Powstał i ciągle rósł rynkowy deficyt towarów i usług. W państwowych mediach ostro krytykowano zdarzające się już tu i ówdzie „nieuzasadnione przerwy w pracy” (używanie wyrazu „strajk” było jeszcze zabronione). Autor pozostawał biernym obserwatorem wydarzeń politycznych, w aktywną działalność po żadnej stronie konfliktu społecznego początkowo się nie angażował. Pracował na etacie, dorabiał zleceniami, latem uprawiał turystykę kajakową na Mazurach. Powstanie NSZZ Solidarność przyjął z entuzjazmem, został jednym z organizatorów tego związku zawodowego w macierzystym zakładzie pracy. Bardzo interesująco i bez zacietrzewienia ideologicznego przedstawia ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną w Polsce, zarówno w oglądzie makro, jak i w skali instytucji, w której był zatrudniony, relacji w niej międzyludzkich nie pomijając. W owym pamiętnym roku 1980 żona autora została skierowana na staż naukowy w USA i legalnie tam wyjechała (do stanu Arizona). W grudniu i styczniu, wziąwszy urlop i pozostawiwszy dzieci z babciami, pan Witold dołączył do niej na sześć tygodni. Oboje postanowili, że latem 1981 r., z nastaniem wakacji, mąż ponownie odwiedzi żonę, tym razem już z córkami. I tak się też stało. Miesiące przedwyjazdowe zostały w książce bardzo ciekawie opisane. Autor pracował zawodowo na etacie oraz dorywczo, robił niezbędne zakupy (w roku 1981 miewało to ekstremalnie trudny charakter 😟), wykonywał większość czynności domowych, miewał problemy techniczne ze wspomnianym polskim krążownikiem szos 😊, użerał się ze starszą córką (nie zdała do następnej klasy), załatwiał żmudne formalności związane z wyjazdem trzech osób do Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie trwał tzw. karnawał Solidarności, w którym pan Witold uczestniczył w charakterze szeregowego członka związku zawodowego. 26 sierpnia 1981 r. cała trójka wreszcie weszła na pokład samolotu i odleciała do USA. I tak tytułowy świat pierwszy skończył się. Nadmieńmy, iż autor jeszcze wtedy nie zamierzał wyemigrować z Polski na stałe, a jedynie dopuszczał możliwość przedłużenia pobytu rodziny w Ameryce, podjęcia tam pracy i powrotu do kraju z jak największą kwotą twardej waluty, nieformalnie mającej wówczas u nas olbrzymią siłę nabywczą. Decyzję o pozostaniu w USA pomógł im podjąć wprowadzony w PRL stan wojenny (13.12.1981), a przede wszystkim związana z tym niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji w państwie, którego różne scenariusze były przecież i prawdopodobne, i możliwe. W pamięci zwłaszcza miano Węgry 1956.

W tytułowym świecie drugim, można rzec, pan Witold początkowo wpadł z deszczu pod rynnę. Oczywiście odpadły mu ówczesne polskie kłopoty związane z chronicznym niedoborem, a nawet zupełnym brakiem towarów i usług na rynku (absurd z amerykańskiego punktu widzenia!), ale za to pojawiły się nieznane dotąd problemy materialne i formalno-administracyjne. Te drugie odnosiły się do nieuregulowanego statusu pobytu w USA, co ujemnie wpływało na poszukiwanie przez niego odpowiedniej pracy, zgodnej z wysokimi kwalifikacjami zawodowymi. Przez pewien czas pozostawał z wydanym mu nakazem deportacji, okresowo tylko odroczonym. Na domiar złego małżeństwo rozpadło się – żona wyjawiła, iż w jej życiu pojawił się inny mężczyzna. Ostatecznie, po dość ostrych dyskusjach rozstali się i formalnie wzięli rozwód. Jak wiadomo, natura nie znosi próżni. 😇 Pan Witold, wykształcony, zaradny i dość przystojny facet tuż po 40-tce (w książce znajdujemy m.in. jego amerykańskie fotografie) poznał w Arizonie pewną Polkę emigrantkę, posiadaczkę tzw. zielonej karty, czyli już z uregulowanym prawem stałego pobytu w USA. Pobrali się, urodziło im się dziecko (trzecia córka autora). Z biegiem czasu pan Witold opisane kłopoty administracyjne przezwyciężył, otrzymał też dobrze płatną pracę w swoim zawodzie.

Oprócz wymienionych perypetii osobistych autora poznajemy Amerykę z punktu widzenia ówczesnych emigrantów z Polski, ich poważne problemy z zatrudnieniem, mieszkaniowe, lecznicze, językowe itp. W tym miejscu podkreślam zastrzeżenie pana Witolda, iż swe wspomnienia nieco zbeletryzował. Niektóre opisane w książce drugorzędne wydarzenia i doświadczenia emigracyjne, jakkolwiek narracyjnie przedstawione w pierwszej osobie, nie były jego własnymi. Mogły również należeć do przeżyć i obserwacji innych polskich emigrantów. Tym niemniej wszystkie były rzeczywiste, przez co wiernie oddawały klimat i ducha tamtych miejsc oraz czasów. Nb. otrzymujemy obraz dwóch polskich emigracji w Stanach Zjednoczonych – tej starej, z czasów dość odległych, w kolejnym pokoleniu już kiepsko znającej nasz język, oraz tej nowej z lat 70. i 80. XX wieku, dopiero wrastającej w Amerykę. Trochę też czytamy o organizacjach polonijnych, imprezach przez nie organizowanych, a także o mentalności i oczekiwaniach świeżo przybyłych emigrantów (nieraz bardzo odbiegających od rzeczywistości). Autor porównuje również systemy szkolnictwa średniego amerykański i polski. Nasz uznaje za bardziej wszechstronny oraz dużo więcej od ucznia wymagający, egzekwujący też przyswojenie materiału dydaktycznego, przez co zapewniający absolwentowi opanowanie znacznie szerszego zakresu wiedzy ogólnej (interdyscyplinarnej). Nie zmienią już tego nawet późniejsze studia wyższe, siłą rzeczy ukierunkowane głównie na uzyskanie konkretnego profilu wykształcenia.

Na zakończenie kilka zdań o Szanownym Autorze, oczywiście zgodnie z autoprezentacją zamieszczoną w książce. Pan Witold Liliental to Polak, katolik, posiadający żydowskie korzenie rodzinne. Jego ojciec, oficer rezerwy Wojska Polskiego, zmobilizowany w 1939 r. (urodzony w styczniu autor miał wtedy kilka miesięcy) poszedł na wojnę i zaginął bez wieści. Odnalazł się dopiero na liście katyńskiej. Autor, kilkakrotnie nawiązując do polskiego antysemityzmu, zauważa, iż w kraju nigdy nie został nim osobiście dotknięty, nawet w historycznie parszywym roku 1968 (wydarzenia marcowe, „antysyjonistyczne” hece, „bratnia” interwencja wojskowa w Czechosłowacji). Natomiast zdarzyło się, że parę razy padł ofiarą drobnych szykan z tego tytułu już na kontynencie północnoamerykańskim – ze strony niektórych przedstawicielek i przedstawicieli tamtejszej Polonii. Odnośnie współczesnej sytuacji politycznej w Polsce, Europie i świecie, autor swych poglądów nie skrywa, a wręcz przeciwnie, w książce wyraża je explicite. Nie skomentuję ich tu jednak, ponieważ już we „Wprowadzeniu do blogu” (proszę kliknąć ową stronę) ogłosiłem, iż moje poglądy polityczno-społeczne od pewnego czasu są już uniwersalne. 😐Cytując ulubionego klasyka napiszę więc jedynie, iż poznawszy polityczne credo pana Witolda jestem „za, a nawet przeciw”. 😑Ucieszyłbym się, gdyby powyższe enigmatyczne sformułowanie dodatkowo zobligowało do sięgnięcia po tę wspaniałą książkę.

***

Teraz nieco własnych refleksji związanych z osobą autora i treścią publikacji. Wyrażę je w czterech punktach.

1.     Osoba pana Witolda Lilientala nie była mi wcześniej nieznana. Zapamiętałem go z jego felietonów w tygodniku Angora, które mi się bardzo podobały i skłoniły teraz do sięgnięcia po tę książkę.

2.     Wprawdzie jestem od autora o 12 lat młodszy, ale w latach 1980 i 1981 też przecież mieszkałem i pracowałem w Warszawie, doskonale zatem pamiętam ówczesne ekonomiczne i polityczne, ogólnopolskie i stołeczne, realia. Pan Witold wiernie je we wspomnieniach odwzorował, co przyznaję, mimo że byliśmy wtedy po przeciwnych stronach politycznej barykady. Natomiast równie co autora, a może nawet bardziej - jako magistra ekonomii, zatrudnionego w budownictwie inwestycyjnym - irytowała mnie niewydolność ówczesnego systemu ekonomicznego oraz mierziło doktrynerstwo partyjnych przywódców. W kwestiach ustrojowo-gospodarczych wyznawałem wówczas poglądy reformistyczne, na szczytach władzy potępiane jako „rewizjonizm”, więc się z nimi nie obnosiłem, marząc, że towarzysz Mieczysław Franciszek Rakowski, którego byłem wielkim fanem, z czasem dojdzie do realnej władzy, pogoni precz beton partyjny i radykalnie zreformuje gospodarkę. [Ostatecznie partyjnych doktrynerów przegonił jeszcze Wojciech Jaruzelski, a za reformę gospodarki skutecznie w 1988 r. wzięli się premier Mieczysław Rakowski i minister Mieczysław Wilczek, tworząc zaczyn bardzo ułatwiający podjęcie w 1990 r. realizacji tzw. planu Balcerowicza.]

3.     W roku 1981 obaj jeździliśmy samochodami tej samej marki – również byłem posiadaczem słynnej Syreny, kupionej na tzw. przedpłaty. Autor nie napisał, jakiej wersji był jego pojazd. Moja Syrena to najnowszy model 105 L z rozkładanymi przednimi siedzeniami oraz z dźwignią zmiany biegów w podłodze (wcześniejsze wersje takich „luksusów” jeszcze nie posiadały). Z wesołą łezką w oku, pamiętając swe pierwsze doświadczenia motoryzacyjne, czytałem o problemach autora, jakie miał z „naszym” pojazdem.

4.     No i refleksja najważniejsza. Autor „wyfrunął” z Polski dnia 26 sierpnia 1981 r. Dość dokładnie w tamtym czasie (na pewno było to na przełomie sierpnia i września) żegnałem dobrego kolegę - Alego, który wkrótce udawał się do Kanady, a którego bliżej wspominam w drugiej części artykułu poświęconego omówieniu książki p. Doroty Malesy pt. „Opowieści o Polakach w USA. Ameryka.pl” (opis można tu odnaleźć poprzez katalog autorski alfabetyczny albo katalog tematyczny 9). Przypomniałem sobie teraz, jak kilka dni przed wyjazdem Ali zaprosił mnie na kumplowskie pożegnanie. Siedzieliśmy obaj w jego mieszkaniu na Żoliborzu, popijaliśmy kartkowy alkohol zastanawiając się, co nam los przyniesie. Co jemu później przyniósł, można się dowiedzieć ze wspomnianego artykuliku odnoszącego się (tylko w pierwszej części) do książki p. Doroty Malesy.