czwartek, 2 lipca 2026

"Dziesiąta Aleja". Autor: Mario Puzo

 

Za dwa dni, wg czasu polskiego, nastąpi 250. rocznica ogłoszenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki (stąd coroczne święto Independence Day 4 lipca). Rok temu miałem tu przyjemność omówić „Historię Stanów Zjednoczonych Ameryki 1607-2024. Od osady do mocarstwa”, autorstwa znanego amerykanisty, profesora Zbigniewa Lewickiego (opis do odszukania poprzez katalog autorski alfabetyczny albo katalog tematyczny 9). Wypada, aby także i dziś znalazło się tu coś amerykańskiego – oczywiście wraz z okolicznościowymi życzeniami Wszystkiego Najlepszego, które niniejszym składam moim Amerykańskim Czytelniczkom i Czytelnikom, liczebnie pierwszej (w gronie czytelników zagranicznych) grupie osób zainteresowanych tą stroną internetową.

Mario Puzo „Dziesiąta Aleja”

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2023

Proszę się nie zasugerować nazwiskiem autora „Ojca Chrzestnego”, „Omerty”, „Ostatniego Dona” itd., i nie spodziewać się pod powyższym tytułem jego kolejnej powieści „mafijnej”. Aczkolwiek wątek przestępczości zorganizowanej, polegającej na wymuszaniu haraczy od drobnych przedsiębiorców (piekarzy), też się w „Dziesiątej Alei” na chwilę pojawia. Przede wszystkim jednak czytamy powieść obyczajową i psychologiczną, osadzoną w historycznych realiach egzystencji nowojorskiej diaspory włoskiej, zamieszkującej czynszowe kamienice w tytułowej Dziesiątej Alei, w bezpośrednim sąsiedztwie kolejowej infrastruktury technicznej i magazynowej. Akcja rozpoczyna się w roku 1928, kończy zaś w latach drugiej wojny światowej. Obserwujemy losy kilku - kilkunastu rodzin włoskich imigrantów, pochodzenia najczęściej chłopskiego, którzy po to wyrwali się z biedy, ciężkiej pracy na roli i braku życiowych perspektyw w ojczystej Italii, aby za Atlantykiem również podjąć wyczerpującą walkę o byt, ale już w innych warunkach i z nadzieją na sukces materialny oraz osiągnięcie wyższej pozycji życiowej. Trzeba przyznać, iż nadzieje takie nieraz się spełniały. Życie jednak ich nie rozpieszczało. Niewykształceni, nieznający angielskiego, często niepiśmienni, imali się ciężkich prac fizycznych niewymagających kwalifikacji. W razie choroby mogli jedynie liczyć na darmową i byle jaką, tylko w zakresie podstawowym, pomoc medyczną. Niektórzy nie wytrzymywali nieznanego dotąd tempa i sposobu życia, popadali w alkoholizm (utrzymujący się mimo formalnie obowiązującej do 1933 r. prohibicji). Dał się im też we znaki wielki kryzys ekonomiczny lat 1929-1933 – objęły ich redukcje zatrudnienia, potracili życiowe oszczędności w upadłych bankach, pobankrutowali również drobni przedsiębiorcy. Odbiło się to na ich, zazwyczaj wielodzietnych, włoskich rodzinach, którym głód i chłód zaczęły zaglądać do oczu. Żyjący w zwartych skupiskach imigranci długo starali się zachowywać ojczyste obyczaje, kultywować tradycję włoskiego modelu wiejskiej, katolickiej rodziny – trudne jednak do pogodzenia z nowojorską wielokulturowością i otwartością na różne religie, prądy umysłowe etc. (najbliżej im było do katolickich środowisk polskich oraz irlandzkich). Dzieci imigrantów „amerykanizowały się” już w znacznie większym stopniu, czego pierwszym przejawem stawał się brak zrozumienia dla mentalności rodziców oraz sprzeciw wobec prowadzonego trybu życia. Po latach „chudych” nadeszły wreszcie lata „tłuste”, determinowane najpierw przez rooseveltowski New Deal, a następnie przez wojenny boom gospodarczy. Amerykański przemysł na skalę masową wsparł logistykę armii własnej oraz państw Koalicji, o bezrobociu w USA nie mogło być już wtedy mowy. Ceną, jaką zapłacili młodzi Amerykanie (także włoscy imigranci) była śmierć żołnierzy z poboru na frontach drugiej wojny światowej.

Tyle, jeśli chodzi o ogólne, ważne, historyczno-społeczne tło powieści. Jej bohaterami są członkowie rodziny Angeluzzi-Corbo, z dominującą postacią Lucii Santy, lat ok. 38 w pierwszym rozdziale książki. Posiadającą dzieci z dwóch małżeństw (po troje z każdego). W wieku siedemnastu lat Lucia Santa, poślubiona formalnie w Italii per procura włoskiemu imigrantowi w Ameryce, prostemu nowojorskiemu robotnikowi portowemu, popłynęła do niego przez Atlantyk. Urodziła mu troje dzieci, z których trzecie okazało się tzw. pogrobowcem, tzn. przyszło na świat pół roku po śmierci ojca, ofiary wypadku podczas rozładunku towarów w porcie. Będąc dość atrakcyjną kobietą, wkrótce znalazła sobie drugiego męża, również niepiśmiennego włoskiego imigranta, z którym doczekała się kolejnej trójki potomstwa. Nie chcąc streszczać książki, nie zamierzam pisać o jej drugim małżeństwie, wyjawię tylko, iż było ono bardzo (choć nietypowo) nieudane. W końcu doszło do tego, iż niewykształcona, prosta Lucia Santa dźwigała na swych kobiecych barkach ciężar utrzymania całej rodziny, w tym sześciorga dzieci (czterech synów i dwóch córek). I dała radę! Oprócz wykonywania prac domowych (gotowanie, pranie, sprzątanie, ogrzewanie etc.) spadł na nią obowiązek wyżywienia, ubrania i wychowania tej gromadki dzieci. Małżonek włączał się w to dorywczo i tylko do czasu. Starsze dzieci trochę jej pomagały, poszły do pracy rezygnując z kontynuacji nauki w szkole ponadpodstawowej. Opieka społeczna też co nieco dołożyła. Kobiecie było ciężko – do problemów z mężem doszła choroba płuc córki, potem własny artretyzm, później tragiczna śmierć jednego z synów.

Na podkreślenie zasługuje tło psychologiczno-charakterologiczne bohaterów książki, ze szczególnym uwzględnieniem właśnie osoby Lucii Santy. To bardzo energiczna ekstrawertyczka, walcząca „zębami, pazurami” o utrzymanie domu i dobrostan rodziny. Twardą ręką trzymająca często niegrzeczne i psotne dzieci, wymuszająca ich posłuszeństwo pasem lub wałkiem do ciasta. Dużo pomaga jej starsza córka, choć ta oddala się od włoskiej tradycji, wychodząc za mąż nie za rodaka, czy chociażby katolickiego Polaka albo Irlandczyka, lecz za Żyda. Synowie też, w miarę dorastania, doceniają poświęcenie matki i niosą jej pomoc materialną. Owe dzieci Lucii Santy prowadzą, w kolejnych latach akcji powieści, również swoje własne, pozadomowe życie, szczegółowo i bardzo interesująco przez autora ukazane i skomentowane – z uwzględnieniem ich dojrzewających charakterów, zdolności umysłowych i fizycznych, punktów widzenia oraz osobistych motywacji. Książka kończy się happy endem – rodzina, której nadal przewodzi Lucia Santa Angeluzzi-Corbo, przeprowadza się z lokalu w kamienicy czynszowej w Dziesiątej Alei do nowego domu w ekskluzywnym Long Island. Głównej bohaterce, jadącej samochodem do nowego miejsca zamieszkania, towarzyszą liczne refleksje i wspomnienia, bardziej chyba jednak wzruszające czytelnika (to z autopsji!) niż tę twardą kobietę.

PS. Bywa że bohaterowie książki używają w rozmowach wtrętów włoskich (wyrazów lub całych zwrotów), niestety nieprzetłumaczonych na polski. Znaczenia niektórych można się domyślić z samego ich brzmienia, innych z kontekstów dialogów, zdarzają się jednak i takie, których nie sposób prawidłowo rozszyfrować. Szkoda, iż wydawca nie zadbał o ich objaśnienie.

czwartek, 25 czerwca 2026

„Historia, której nie było”. Autorka: Agnieszka Jankowiak-Maik

 

Agnieszka Jankowiak-Maik „Historia, której nie było”

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., Kraków 2022

Pani „psorka od historii” napisała niezwykle interesującą książkę, skierowaną do ambitnych pasjonatów przedmiotu, którego naucza w poznańskim liceum. Na warsztat wzięła pokutujące w świadomości publicznej mity, stereotypy, półprawdy i uproszczenia – na początku każdego z dziesięciu rozdziałów przypominając je, a następnie rozprawiając się z nimi. Większość z nich dotyczy historii Polski. Dzięki lekturze czytelnik dowiaduje się, jak się faktycznie przedstawiały te zaistniałe w przeszłości wydarzenia, oraz ile prawdy (i czy w ogóle) jest w odwiecznych, z pokolenia na pokolenie, przekazach społecznych. Autorka oparła swe argumenty na konkretnych faktach, przywołała także opinie uznanych, akademickich badaczy dziejów. Poruszyła nw. zagadnienia.

1.     Chrzest Mieszka I (966 r.) a chrzty mieszkańców jego ziem. Początkowa słabość infrastruktury organizacyjnej Kościoła. Dość długie utrzymywanie się wierzeń pogańskich.

2.     Peryferyjne znaczenie bitwy pod Cedynią (972 r.) i czy rzeczywiście rozegrała się ona pod Cedynią. Fikcyjność bitwy na Psim Polu pod Wrocławiem, gdzie w 1109 r. woje Bolesława Krzywoustego mieli pokonać najeźdźcze wojska króla (wkrótce cesarza) Henryka V.

3.     Potomkinie i potomkowie króla Kazimierza III Wielkiego (1310-1370) z prawego i nieprawego łoża, ich pogmatwane losy. Okoliczności, w których omal nie doszło do przedłużenia linii Piastów na polskim tronie – w osobie księcia Kaźka Słupskiego, wnuka Kazimierza Wielkiego.

4.     Postacie trzech królowych Polski: Jadwigi Andegaweńskiej (1373-1399), Bony Sforzy (1494-1557) i Anny Jagiellonki (1523-1596). Ich znaczenie dynastyczne oraz osobisty wpływ na zagraniczną i wewnętrzną politykę państwa.

5.     Pośmiertne symbole – „życie po życiu” biskupa św. Stanisława (1030-1079), straconego na rozkaz króla Bolesława Śmiałego (1042-1082), Juliana Ordona (1810-1877) - obrońcy warszawskiej reduty w 1831 r., oraz „Janka Wiśniewskiego”, a faktycznie Zbigniewa Godlewskiego (1952-1970), młodego pracownika Stoczni Gdańskiej (nb. syna oficera ludowego WP), śmiertelnej ofiary wydarzeń grudniowych 1970 r.

6.     Ważne daty w listopadzie 1918 r., z których dzień 11 listopada wybrano na Święto Niepodległości – co jednak następowało stopniowo, a ostatecznie (na mocy ustawy sejmowej) dopiero w 1937 r.

7.     Zwycięska walka kobiet o otrzymanie praw wyborczych w odrodzonej w 1918 r. Polsce. Rzekome argumenty „parasolkowe” i faktyczne merytoryczne. Dyskusja delegacji pań z Naczelnikiem Państwa. Obrady Zjazdu Kobiet w grudniu 1918 r.

8.     Sierpniowy „cud nad Wisłą” w roku 1920. Politycznym oponentom Józefa Piłsudskiego trudno było go uznać za sprawcę zwycięstwa w bitwie warszawskiej, a zatem przypisano je, jakże by inaczej, Matce Boskiej. W rozdziale tym autorka przedstawia rzeczywiste okoliczności polskiej wygranej. Podkreśla również, w ślad za lordem D’Abernonem, wielkie znaczenie owej bitwy dla historii Europy.

9.     Zarys historii polskiego antysemityzmu, w tym pogromów antyżydowskich. Bzdurne ich teologiczne i kryminalne, propagandowe uzasadnianie na przestrzeni wieków, m.in. przez ks. Piotra Skargę (1536-1612).

10.  Opinia premiera Winstona Churchilla (1874-1965) o lotnikach, zwycięzcach w bitwie o Anglię w 1940 r., oraz o Polsce i Polakach.

Pani Agnieszka Jankowiak-Maik, podkreślając we wstępie do książki jej poznawczo-edukacyjny charakter, napisała, że może ona również zaskoczyć osoby już dobrze znające historię. Przyznaję, iż początkowo, rzuciwszy okiem na spis treści (str. 7-9), wskazujący tematykę opracowania, lekko się uśmiechnąłem. Byłem przekonany, że raczej się już jedynie utwierdzę w posiadanej wiedzy, ew. może poczytam o jakichś innych, nowych punktach widzenia. Nie doceniłem autorki, a więc chapeau bas, Pani Agnieszko. Dzięki rozdziałowi V poznałem popowstaniowe losy Juliana Ordona, a dzięki rozdziałowi IX wielowiekowy polski (i nie tylko polski) złowrogi fenomen wiary w (cyt.) „wampirycznych Żydów”. Dość ogólnie obydwa te zagadnienia nie były mi wcześniej obce, jednakowoż nie znane aż w takich licznych i frapujących szczegółach, jak przeczytałem o nich w książce. Także o aktywnej, osobistej działalności politycznej królowych Jadwigi Andegaweńskiej i Anny Jagiellonki dowiedziałem się więcej dopiero z rozdziału IV. Reasumując, polecam Państwu tę interesującą lekturę, napisaną przystępnie i będącą w sam raz na właśnie rozpoczynające się letnie, urlopowo-wakacyjne dni.

czwartek, 18 czerwca 2026

„Pogrom 1905”. „Pogrom 1906”. „Pogrom 1907”. Autor: Wacław Holewiński

 

Wacław Holewiński „Pogrom 1905”. Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2018

Wacław Holewiński „Pogrom 1906”. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019

Wacław Holewiński „Pogrom 1907”. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020

Czytamy trzytomową powieść historyczną opartą na faktach. Oprócz fikcyjnych występują w niej postacie rzeczywiste, a wśród nich także osoby trwale zapisane w historii. W zakończeniu trylogii autor informuje, iż poświęca ją tym, o których (cyt.) Polska o większości z nich zapomniała, a my nie mamy prawa. Dalej zamieszcza Listę straconych na stokach Cytadeli Warszawskiej w okresie 1904-1909, liczącą 181 nazwisk bojowców Polskiej Partii Socjalistycznej.

Przebywamy w Królestwie Kongresowym w tytułowych latach 1905-1907, przede wszystkim w Warszawie, której otrzymujemy dokładną charakterystykę, uwzględniającą zamieszkującą ją ówcześnie ludność oraz zabudowę i topografię miasta. Proponuję mieć plan Warszawy pod ręką, albowiem oprócz historycznych autor podaje w przypisach także obecne nazwy ulic, informuje również o aktualnych adresach kamienic, jeśli te wspomniane w powieści do dziś się zachowały. Miasto ma dwa skrajnie różne oblicza. Oprócz zamożności części mieszkańców, różnorodności imprez rozrywkowych i kulturalnych, luksusowych domów i lokali mieszkalnych, pałaców i pałacyków, drogich restauracji i kawiarń, istnieją w nim wielka bieda, ciasnota i fatalny stan sanitarny mieszkań w dzielnicach robotniczych, bezrobocie, głód, prostytucja, złodziejstwo, zorganizowany świat przestępczy, alkoholowe spelunki. Nad wszystkim usiłuje zapanować i wewnętrznie rozgrywać rosyjska administracja cywilna, policyjna i wojskowa, równolegle bezczelnie czerpiąc zyski z korupcji. Wysocy jej notable poruszają się z eskortą, nie zawsze potrafiącą ich ochronić. Padają od kul i bomb miotanych przez bojowców PPS. Ofiarami zbrojnych zamachów stają się również niższej rangi policjanci i żołnierze (także polskiego pochodzenia), rozszyfrowani agenci donosiciele, a nawet przypadkowi cywilni mieszkańcy, jeśli mieli pecha znaleźć się w niewłaściwym miejscu i czasie. Jakby tego było mało, bywa, iż polscy robotnicy strzelają do siebie nawzajem, albowiem ci zrzeszeni w endeckim Narodowym Związku Robotniczym przeciwstawiają się polityce zbrojnej przemocy, stosowanej przez patriotycznych polskich socjalistów (PPS) i internacjonalistycznych socjaldemokratów (SDKPiL). Po mieście przemieszczają się uzbrojone patrole kozackie i czerkieskie, mające prawo legitymować przechodniów, żądając od nich wszelkich wyjaśnień wyłącznie po rosyjsku. Na zewnątrz Warszawa jest już zresztą półrosyjska – wszystkie publiczne nazwy, napisy obowiązkowo muszą być w niej dwujęzyczne. Także nauczanie publiczne jest rosyjskojęzyczne, polski język wykładowy dopuszcza się jedynie w szkołach prywatnych.

Tyle o tle historycznym powieści. Jej bohaterami są Polacy, Żydzi i Rosjanie, osoby zarówno przyzwoite, jak i całkowite szwarccharaktery. Jak na dobrą literaturę beletrystyczną przystało, postacie te są ukazane bardzo realistycznie. W zależności od sytuacji radują się lub martwią, obżerają lub głodują, gonią lub uciekają, politykują, strzelają, zabijają i ranią, giną, cierpią z otrzymanych ran, chorują, marzną, kochają, uprawiają seks itd. Na kartach trylogii pojawiają się m.in.:

Ø  bojownicy i bojowniczki PPS, organizujący i wykonujący zamachy (w tym kilka nieudanych, ale z ofiarami wśród zamachowców i osób postronnych),

Ø  sympatyczni warszawscy lekarze, leczący również nieodpłatnie,

Ø  społeczni działacze filantropijni, starający się nieść pomoc ludziom ubogim, w tym rodzinom osób aresztowanych,

Ø  różnych rang żandarmi, policjanci kryminalni oraz funkcjonariusze carskiej Ochrany, działający brutalnie i podstępnie, prawie wszyscy skorumpowani, ale mający też niemałe osiągnięcia w walce z polskimi rewolucjonistami,

Ø  skutecznie infiltrujący konspirację liczni agenci Ochrany, a wśród nich piękna agentka, inteligentna, przez co bardzo niebezpieczna,

Ø  borykający się z cenzurą warszawscy dziennikarze, potrafiący sprytnie docierać do nieformalnych źródeł informacji,

Ø  polscy i żydowscy gangsterzy warszawskiego półświatka, sutenerzy i alfonsi,

Ø  prostytutki polskie i żydowskie; dziewczyny wykonujące ów zawód „z powołania” lub (znacznie częściej) przymuszone doń sytuacyjnie, także ich energiczna szefowa, burdelmama.

Reasumując, polecam Państwu tę pasjonującą lekturę, dającą opis naszej stolicy w pierwszej dekadzie XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem tytułowych pogromów mieszkańców miasta i polskości w ogóle. Zarazem też przedstawiającą obraz polskiej rewolucji 1905 roku, jakiego nie znajdziemy w szkolnych podręcznikach historii. Każdą z trzech książek urozmaicają ciekawe fotografie, przede wszystkim postaci historycznych, o których w nich mowa, oraz zdjęcia starej Warszawy. Szkoda, że bardzo małego formatu.

czwartek, 11 czerwca 2026

„Katarzyna Wielka. Nienasycona żądza życia i władzy”. Autor: Henri Troyat

 

Henri Troyat „Katarzyna Wielka. Nienasycona żądza życia i władzy”

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o., Warszawa 2023

Znany francuski pisarz stworzył interesującą biografię carycy Katarzyny II. Dokładnie przedstawił wydarzenia i towarzyszące im okoliczności, w rezultacie których niemiecka księżniczka Zofia von Anhalt-Zerbst (ur. 1729):

Ø  w 1745 r. została żoną Piotra Romanowa – następcy carskiego tronu, w 1762 r. wstępującego na ów tron jako cesarz (car) Piotr III,

Ø  a po kilku miesiącach w tymże roku 1762, po detronizacji i zgładzeniu małżonka, objęła samodzielne rządy w Rosji jako cesarzowa Katarzyna II, sprawując je aż do śmierci w roku 1796.

Czytając pasjonujący esej biograficzno-historyczny poznajemy:

·       silną osobowość Katarzyny, jej wygląd i stan zdrowia (z wiekiem bardzo zmienne), charakter, dużą erudycję, dość wszechstronne zainteresowania i znajomości,

·       rosyjski szowinizm tej Niemki na carskim tronie, imponujący bilans jej dokonań w polityce wewnętrznej i zagranicznej imperium,

·       obraz Rosji i jej mieszkańców w drugiej połowie XVIII wieku,

·       przepych życia na carskim dworze oraz intrygi, umizgi, romanse i spiski mające tam miejsce,

·       niezmiernie ciekawe charakterystyki osób należących do carskiej rodziny panującej, w tym Piotra III, jego (?) syna Pawła oraz wnuków: Aleksandra, Konstantego i Mikołaja,

·       opinie i plany Katarzyny względem męża (słusznie uznanego za półgłówka), syna (wyraźnie nielubianego) i wnuków, w których była zakochana,

·       relacje Katarzyny II z osobami władców innych mocarstw europejskich,

·       jej bardzo duży temperament erotyczny, utrzymujący się także w wieku 60+; rozumie się samo przez się, iż leciwa władczyni – pomimo znacznej otyłości, braków w uzębieniu itp. – nie narzekała na brak powodzenia u młodych, ambitnych przedstawicieli płci brzydkiej, marzących o błyskawicznej karierze przez jej łóżko,

·       sylwetki kolejnych oficjalnych kochanków Katarzyny, ich pochodzenie, zasady dobierania oraz wynagradzania, czas trwania romansów, sposoby ich kończenia,

·       olbrzymi awans i duży wpływ na politykę Rosji dwóch jej łóżkowych faworytów: Grigorija Potiomkina (młodszego od Katarzyny o 10 lat) i Płatona Zubowa (młodszego od niej o 38 lat),

·       okoliczności nagłej śmierci Katarzyny II; objęcie tronu przez cara Pawła I i odstąpienie od polityki realizowanej przez matkę,

·       wreszcie to, co polskiego czytelnika chyba najbardziej zainteresuje (i zaboli), czyli jak Katarzyna potraktowała zakochanego w niej Stanisława Poniatowskiego (przyszłego króla), oraz w jaki sposób przeprowadziła procedury trzech rozbiorów Rzeczypospolitej; autor przy okazji zwięźle przedstawia charakterystykę naszego ginącego państwa.

Przy tym ostatnim nie sposób nie podkreślić ambiwalentnego podejścia do lektury. Bohaterka książki została przez francuskiego historyka zaprezentowana neutralnie, chwilami nawet pozytywnie. Podkreślił wprowadzenie przez nią Rosji w epokę Oświecenia, zorganizowanie administracji państwa oraz duży rozwój terytorialny imperium. Natomiast pejoratywnej oceny z naszego punktu widzenia nie muszę chyba bliżej uzasadniać – to przecież cesarzowa Katarzyna II była główną sprawczynią usunięcia Pierwszej Rzeczypospolitej z mapy politycznej Europy.

Na str. 21 czytamy, że na dworze petersburskim początkowo rozważano także inną opcję mariażu następcy tronu, a mianowicie ożenienia Piotra z Marianną (Marią Anną), drugą córką naszego króla Augusta III Sasa. Wielka szkoda, że do tego nie doszło. Dziewczyny byłoby dla owego półgłówka szkoda, ale bieg historii na pewno okazałby się wtedy inny. Rzeczpospolita by ocalała, dotrwała do czasów napoleońskich. A i te przedstawiałyby się zupełnie inaczej. Rosja byłaby dużo słabsza, rządziłby nią inny car.

PS. Na zakończenie, na dowód uważnej lektury, pozwolę sobie wnieść następującą erratę: 1) na str. 12 w wierszu 4 od góry rok 1792 należy poprawić na rok 1739; 2) na str. 27 w wierszu 15 od dołu rok 1744 należy poprawić na rok 1741; 3) na str. 422 w wierszu 1 od góry imię Piotr należy zamienić na imię Paweł; 4) na str. 428 w wierszu 6 od góry wyrazy „Panowanie Pawła” należy zamienić na wyrazy „Panowanie Piotra”. Wszystko to jasno wynika z kontekstu, uważny czytelnik nie powinien mieć wątpliwości. Zastrzegam, iż ww. błędy edytorskie zauważyłem w egzemplarzu książki posiadanym przeze mnie.

czwartek, 4 czerwca 2026

„Pokój Ryski. Wspomnienia. Pertraktacje. Tajne układy z Joffem. Listy”. Autor: Jan Dąbski

 

Dziś coś dla koneserów historii!

Jan Dąbski „Pokój Ryski. Wspomnienia. Pertraktacje. Tajne układy z Joffem. Listy”

Wydawca: Graf_ika. Usługi Wydawnicze Iwona Knechta, Warszawa 2014

Wydawca zaprezentował nam reprint książki z roku 1931, napisanej przez Jana Dąbskiego specjalnie na okoliczność dziesiątej rocznicy zawarcia Traktatu Pokoju pomiędzy Polską a Rosją i Ukrainą, podpisanego w Rydze dnia 18 marca 1921 r. Jest to już więc dziś publikacja historyczna w podwójnym znaczeniu tych słów: jako traktująca o historii, ale też historyczna sama przez się („biały kruk”). Na skopiowanej stronie tytułowej wydania z 1931 r. widnieją dodatkowo wyrazy „Z 15 ilustracjami i 1 mapą”. Owe ilustracje to interesujące fotografie przede wszystkim polskich i bolszewickich uczestników rokowań pokojowych, natomiast żadnej mapy w moim egzemplarzu reprintu nie stwierdziłem. Albo pominął ją obecny wydawca, albo „zachachmęcił” pracownik księgarni internetowej, w której nabyłem książkę. Podczas lektury posiłkowałem się więc atlasem historycznym. Nieco rozczuliła mnie już trochę archaiczna składnia wyrazów oraz ortografia. Autor książki Jan Dąbski (1880-1931) był przewodniczącym polskiej delegacji do przeprowadzenia ze stroną bolszewicką rokowań w sprawie zawarcia rozejmu i pokoju. W tamtym czasie piastował stanowisko wiceministra spraw zagranicznych RP. Tak go przedstawia Wikipedia:

 https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_D%C4%85bski

Czytamy zatem subiektywny reportaż historyczny autorstwa wiceministra Jana Dąbskiego. W pierwszej części (pt. „Wojna polsko-sowiecka”) przedstawił zwięzły zarys przyczyn i przebiegu tej wojny, oraz propozycji pokojowych wysuwanych przed datą 14 sierpnia 1920 r., tj. do dnia wyjazdu Polskiej Delegacji Pokojowej z przyfrontowej już wtedy Warszawy na rokowania do Mińska Białoruskiego. W części drugiej pt. „Pokój preliminarny” szczegółowo opisał negocjacje ze stroną bolszewicką w Mińsku (17.08.1920 – 2.09.1920) i w Rydze (21.09.1920 – 12.10.1920). W Mińsku głównym przeciwnikiem Jana Dąbskiego, tj. przewodniczącym delegacji bolszewickiej, był Karl Daniszewski, którego w Rydze zastąpił wytrawny radziecki dyplomata Adolf Joffe. Autor niemalże in extenso przytoczył treść większości deklaracji, oświadczeń, wniosków itp., które padały z obu stron podczas rokowań pokojowych. Równolegle toczyła się wojna, a jej postępujący, zwycięski dla Polski przebieg odpowiednio determinował zachowania negocjacyjne przewodniczących i członków obydwu delegacji. Interesująco wiceminister Dąbski opisał również trudną podróż samochodami i pociągiem polskiej delegacji do Mińska Białoruskiego w warunkach wojennych (przekroczenie linii frontu), fatalne tam warunki zakwaterowania i wyżywienia, a także napotkane utrudnienia w nawiązaniu łączności z Warszawą. Stało się to głównym powodem przeniesienia rokowań do stolicy Łotwy. Strona polska już na wstępie się dowiedziała i dość szybko formalnie pogodziła (!), że negocjuje z dwoma państwami: Rosyjską Socjalistyczną Federacyjną Republiką Rad oraz Ukraińską Socjalistyczną Republiką Rad, reprezentowanymi przez wspólną delegację. Stronie bolszewickiej szalenie bowiem zależało, aby radziecką Ukrainę formalnie uczynić podmiotem trwającej wojny i rokowań pokojowych. Przy czym ciekawostką było, iż Galicji wschodniej bolszewicy nie traktowali jeszcze wówczas jako przynależnej do obszaru państwa ukraińskiego, lecz uznawali ją za odrębny byt polityczno-terytorialny. Potwierdza to powołanie przez nich latem 1920 r. tzw. Galrewkomu, czyli zalążka rządu przyszłej Galicyjskiej Socjalistycznej Republiki Rad, o czym interesująco pisze p. Michał Klimecki w książce pt. „Galicja wschodnia 1920” (proszę zerknąć do katalogu autorskiego alfabetycznego albo katalogu tematycznego 1 tego blogu). Pierwszy etap rokowań ryskich zakończyło podpisanie dnia 12.10.1920 r. „Preliminariów Pokojowych”, dających podstawę do zawarcia rozejmu (wszedł w życie dnia 18.10.1920 r.) oraz do wypracowania tekstu ostatecznego traktatu pokojowego.

Część trzecia książki, zatytułowana „Pokój definitywny”, to także szczegółowy opis negocjacji w Rydze, trwających od 17.11.1920 r. do 18.03.1921 r. Odnosiły się do kwestii terytorialnych, prawno-politycznych, finansowo-ekonomicznych oraz wymiany jeńców i zakładników. Dotyczyły m.in. reewakuacji ruchomego mienia państwowego, samorządowego i prywatnego (wywiezionego z b. Królestwa Polskiego w latach 1914 i 1915), okoliczności możliwości wyboru obywatelstwa polskiego przez mieszkańców b. Imperium Rosyjskiego, rozliczeń finansowych ze wskazanych w traktacie tytułów, zwrotu dóbr kultury etc. Sprawy negocjowano w komisjach, po czym przenoszono je na obrady plenarne. Autor szczegółowo wskazuje i objaśnia wszystkie dyskutowane zagadnienia, napotykane problemy oraz sposoby ich rozwiązywania. W tym ostatnim pomagały mu nibyprywatne, „tajne” rozmowy z Adolfem Joffe (prowadzone po niemiecku), których ustalenia przekazywano następnie członkom obu delegacji. Wiceminister Jan Dąbski pozostawał też w kontakcie roboczym z ministrem spraw zagranicznych Eustachym Sapiehą oraz z premierem Wincentym Witosem. W książce przytacza treść swoich listów do nich. Traktat Ryski, podpisany dnia 18.03.1921 r., wszedł w życie dnia 30.04.1921 r. po wymianie dokumentów ratyfikacyjnych.

Czytelnicy zainteresowani pełną treścią wynegocjowanych umów międzypaństwowych („Preliminariów Pokojowych” oraz „Traktatu Pokoju”), obydwa te dokumenty znajdą w załącznikach do książki, odpowiednio na stronach 201-205 i 206-224. Ten drugi (po polsku, rosyjsku i ukraińsku) jest również dostępny na stronie internetowej Sejmu RP. Zob. Dz.U. z 1921 r. Nr 49, poz. 300:

 https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19210490300/O/D19210300.pdf

Osobiście podczas lektury odniosłem wrażenie pewnych niedomówień ze strony autora, będącego wszak głównym architektem Pokoju Ryskiego. Po pierwsze, zdziwiło mnie, jak łatwo delegacja polska zgodziła się na niedopuszczenie do rokowań Ukraińskiej Republiki Ludowej, potwierdzając prawo delegacji radzieckiej do określenia Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad jako jedynego, niepodległego państwa ukraińskiego. A przecież zaledwie kilka miesięcy wcześniej Rząd RP za takie państwo uznał Ukraińską Republikę Ludową, sprzymierzoną z Polską i walczącą z bolszewikami po naszej stronie. W rezultacie w historiografii ukraińskiej „Ryga 1920/1921” jest po dziś dzień synonimem zdrady, analogicznie jak „Jałta 1945” w opinii historyków polskich. Druga sprawa to przemilczenie przez p. Jana Dąbskiego faktu, że w pewnym momencie strona bolszewicka była gotowa zgodzić się na korzystniejszy przebieg granicy Polski, na odcinku północno-wschodnim sięgającej dalej na wschód. Wspominają o tym niektórzy nasi historycy. Natomiast autor informuje tylko (str. 110), iż kwestię ewentualnego włączenia Mińska do Polski poddano pod głosowanie członków Delegacji Polskiej, których większość była temu przeciwna, a więc takie właśnie stanowisko przyjęto w toku prowadzonych negocjacji. Sam fakt przeprowadzenia owego głosowania musiał chyba jednak wyniknąć z pojawienia się możliwości wynegocjowania większego przyrostu terytorium RP na północnym wschodzie.

PS. Do rokowań ryskich nawiązuje m.in. p. Wacław Solski w autobiograficznej książce pt. „Moje wspomnienia” (proszę zerknąć do katalogu autorskiego alfabetycznego albo katalogu tematycznego 6 tego blogu). Wacław Solski był ich pełnoprawnym uczestnikiem, członkiem delegacji bolszewickiej.

czwartek, 28 maja 2026

„Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku”. Autorka anonimowa

 

Anonyma „Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku”

Wydawnictwo Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2009

W Europie dobiega końca II wojna światowa. Trzydziestoletnia Niemka w dniach od 20 kwietnia do 22 czerwca 1945 r. na gorąco przelewa na papier własne obserwacje, refleksje, a przede wszystkim przeżycia, jakich ona i jej znajomi doznają w tym czasie w Berlinie. To kobieta wykształcona, do niedawna redaktorka w dużym wydawnictwie, przed wojną sporo podróżująca po Europie i znająca języki obce, w tym rosyjski na poziomie podstawowym. Panna, bezdzietna, narzeczony oczywiście na froncie. Dom, w którym wcześniej mieszkała, runął pod bombami, przeniosła się więc do małego lokalu na poddaszu w innej, ocalałej kamienicy, który użyczył jej kolega z pracy, zmobilizowany i również gdzieś teraz wojujący. Mieszkanko znajduje się na ostatnim, czwartym piętrze, zatem przebywanie w nim jest niebezpieczne ze względu na radziecki ostrzał artyleryjski. Autorka wpada do niego jedynie na krótko, głównie koczuje w piwnicy albo pomieszkuje na pierwszym piętrze u pewnej pięćdziesięcioletniej wdowy, z którą się nieco zaprzyjaźniła. 27 kwietnia tę dzielnicę Berlina zdobywa Armia Czerwona. Od tej chwili śmierć od kuli jest już mniej prawdopodobna, ale za to pojawia się nowe zagrożenie, trwające nawet kilka tygodni po kapitulacji, aż do czasu powołania cywilnej administracji miasta. Autorka, nie przedstawiając się, zmieniając też dane identyfikacyjne swoje oraz innych osób, nie owija w bawełnę i szczerze opisuje to co widzi i czuje. A zatem poznajemy:

§  Strach i ekstremalnie trudne warunki bytowania Berlińczyków, głównie kobiet, dzieci i starszych lub chorych mężczyzn (nienadających się do Volksturmu albo dezerterów z tej formacji), ukrywających się w piwnicach najpierw przed ostrzałem (skutecznie), a później przed rabunkami i gwałtami kobiet przez zwycięskich czerwonoarmistów (z reguły już nieskutecznie). Autorka charakteryzuje indywidualnie swoich sąsiadów, przedstawia ich mentalność oraz wymuszone sytuacyjnie zachowania egoistyczne. Wśród nich zdarzają się jeszcze nazistowscy doktrynerzy, którzy do samego końca wierzą w Führera – że ów w ostatniej chwili wykona jakiś efektywny manewr militarny, albo zawrze antyradziecki sojusz z aliantami zachodnimi. Bywało, że tacy najbardziej fanatyczni i prominentni hitlerowcy już wkrótce po kapitulacji Niemiec padali ofiarą sąsiedzkich donosów.

§  Rabunki i zgwałcenia niemieckich kobiet (często zbiorowe) dokonywane przez czerwonoarmistów. Różne reakcje tak potraktowanych niewiast – od wielkiej, długotrwałej, autentycznej traumy, po szybkie przejście nad tym do porządku dziennego, pogodzenie się z losem i utrzymywanie się tylko strachu przed chorobą weneryczną i niepożądaną ciążą. Cyniczne damskie żarty ze łzą w oku, że „już lepszy Rosjanin na brzuchu, niż Amerykanin czy Anglik nad głową” (to drugie nawiązywało do dywanowych nalotów bombowych). Spotykające się później panie pytały się nawzajem: „Ile razy” lub „Ilu ich było”, od razu wiedząc czego i kogo takie zapytanie dotyczy. Jedna z koleżanek autorki nawet pozycjonuje rosyjskich i niemieckich mężczyzn w hierarchii sprawnych kochanków, zdecydowane pierwszeństwo przyznając rodakom.

§  Autorka, gdy ją zgwałciło paru przypadkowych żołnierzy radzieckich, postanowiła przejąć inicjatywę, wybierając tzw. ucieczkę do przodu. Poderwała porucznika Armii Czerwonej, zapewniając sobie jego wyłączność i w ten sposób ochronę przed innymi. Gdy ów porucznik otrzymał rozkaz wyjazdu, zainteresowała sobą radzieckiego majora, który okazał się wobec niej niezwykle uprzejmy i delikatny, zaczął się nawet w niej podkochiwać. Równolegle autorka ogólnie przedstawia sylwetki czerwonoarmistów kwaterujących w Berlinie, z reguły niecywilizowanych prymitywów, choć wymienia również paru żołnierzy wykształconych, znających języki obce (z jednym radzieckim oficerem konwersuje po francusku). Przeważnie jednak w kontaktach z nimi posługuje się swoim słabym rosyjskim, który w międzyczasie znacznie podszkala, łącząc w ten sposób nieprzyjemne z pożytecznym. W razie potrzeby służy też sąsiadom za tłumaczkę.

§  Dokuczliwy brak wody, żywności, oświetlenia elektrycznego, opału, szyb w oknach. Autorka nie głoduje tylko podczas swoich romansów kolejno z porucznikiem, którego owinęła sobie wokół palca, i majorem, nad którym dominuje (tak się przechwala). Ci przynoszą jej dużo jedzenia oraz alkoholi. W tym czasie, jak pisze, wręcz się obżera, dzieląc się wiktuałami z wdową, u której wygodnie mieszka. Gdy również major otrzymuje rozkaz wyjazdu, zaopatrzenie w żywność się kończy, a wdowa odsyła autorkę do jej zrujnowanego i okradzionego lokalu na poddaszu. Nb. owa pięćdziesięcioletnia, wyglądająca młodziej wdowa też nie jest święta. Dobrowolnie kolejno ulega dwóm molestującym ją bardzo młodym żołnierzom: szesnastoletniemu Rosjaninowi Wani oraz przystojnemu Polakowi ze Lwowa. Z wojny powraca narzeczony autorki (uciekł z obozu jenieckiego), ale zaszokowany i zniesmaczony zastaną w Berlinie sytuacją niemieckich kobiet, także tej do niedawna mu najbliższej, bardzo się denerwuje i niebawem odchodzi.

§  Początki normalizacji miejskiego życia. Stopniowe uruchamianie elektrowni, gazowni i sieci wodociągowo-kanalizacyjnych. W prasie i radiu sukcesywne informowanie Niemców o ujawnianych ich zbrodniach w obozach koncentracyjnych. Rejestracja Berlińczyków w urzędach, wydawanie im kartek na żywność, wprowadzenie obowiązku pracy przy sprzątaniu i odgruzowywaniu miasta, co wobec deficytu mężczyzn dotyczy głównie kobiet. Także przymusowe zatrudnienie przy demontażu urządzeń technicznych wywożonych do ZSRR, oraz (również niedobrowolne) usługi pralnicze kobiet w koszarach radzieckich. Wynagrodzeniem jest dodatkowy, pozakartkowy posiłek. Próba powrotu autorki do pracy zawodowej w nowotworzonym wydawnictwie – tu pamiętnik się kończy, nie wiemy zatem, czy udana.

Dziennik autorki, po odpowiednim uzupełnieniu i przeredagowaniu, został anonimowo opublikowany kilka lat później. Autorkę przekonał do tego Kurt Wilhelm Marek, znany na całym świecie niemiecki pisarz, tworzący pod pseudonimem C.W. Ceram (Bogowie, groby i uczeni. Powieść o archeologii - to jego dzieło). Owe autobiograficzne wspomnienia pani Marty Hillers (imię i nazwisko wg Wikipedii, przed którą nic się nie ukryje) nabyłem dość przypadkowo w antykwariacie. Nowszych polskich wydań niż to z 2009 r. w Internecie nie zauważyłem. Powstała też niemiecka ekranizacja książki (pod niezmienionym tytułem), w 2009 r. dostępna również i u nas, owego czasu hit w polskich kinach. Nie oglądałem, jakoś mi ten film umknął.

PS.1. Pod nw. linkiem odnajdziemy życiorys autorki (tekst po angielsku, z opcją przetłumaczenia na polski, choć trochę niegramatycznie), a nawet jej fotografię:

https://en.wikipedia.org/wiki/Marta_Hillers

PS.2. Ot, takie wspomnienie mnie naszło z przełomu lat 60. i 70. ub. wieku. Ruch turystyczny pomiędzy Polską a Niemiecką Republiką Demokratyczną odbywał się wówczas na podstawie posiadania odpowiednich pieczęci w dowodach osobistych, z czego dość powszechnie korzystała młodzież obu państw, przy okazji nawiązując więzi koleżeńskie. Moi znajomi z Radomia zaprzyjaźnili się z młodym Niemcem (świeżo upieczonym absolwentem enerdowskiego uniwersytetu), którego dzięki nim też miałem okazję trochę poznać. Był on bardzo „niemiecki”, tzn. praworządny, zdyscyplinowany, dokładny i pedantyczny. W Polsce denerwowały go liczne, włóczące się po ulicach i „wróżące” Cyganki (widok dość powszechny w miastach), strasznie też go irytował fatalny stan sanitarny toalet publicznych, zwłaszcza na dworcach PKP i PKS (przypominam sobie, że trzeba było nie lada odwagi i samozaparcia, aby do nich wejść, nie mówiąc już o skorzystaniu). Posturę ów Niemiec (imienia nie pamiętam) posiadał też jak najbardziej nordycką – był wysoki, dobrze zbudowany, z lekką nadwagą (taki „miśkowaty”). Ale już aparycję miał zupełnie nieeuropejską – rysy twarzy wyraźnie azjatyckie (mongolskie, tatarskie itp.). Zażartowałem (rozmawialiśmy po rosyjsku, którego w NRD też powszechnie uczono), że być może miał jakichś odległych, wschodnich przodków, którzy po wielu pokoleniach znienacka odezwali się w jego genach. Tematu nie podjął, a ja się wtedy nie zorientowałem. Był pięć lat ode mnie starszy, a konkretnie – wywodził się z rocznika 1946.

czwartek, 21 maja 2026

„Wielka ucieczka”. Autor: Jürgen Thorwald

 

Jürgen Thorwald „Wielka ucieczka”

Wydawnictwo PORT, Warszawa 2025

W skład tytułowego opracowania wchodzą dwie książki: pt. Zaczęło się nad Wisłą oraz pt. Koniec nad Łabą. Zostały napisane już dość dawno, bo w latach 1947-1950. Rodzajowo obie stanowią mix reportażu i eseju historycznego. Jürgen Thorwald (1915-2006) stworzył je na podstawie zgromadzonych niedługo po wojnie materiałów źródłowych, co bliżej wyjaśnia w zakończeniu (Od autora; str. 511-513). Tytuł całości niezupełnie oddaje wiernie treść opracowania. Wprawdzie sformułowanie „wielka ucieczka” rzeczywiście odnosi się do exodusu niemieckiej ludności cywilnej, ale dużo też przeczytamy o zażartym oporze Wehrmachtu, wymuszonym odwrocie, kalkulacjach strategicznych i taktycznych Hitlera oraz jego przybocznych polityków i dowódców wojskowych.

A zatem: rozpoczyna się rok 1945. Front wschodni nieubłaganie przybliża się do granic Trzeciej Rzeszy. Pierwsze jego macki objęły Prusy Wschodnie już jesienią 1944 r., ale Wehrmachtowi udało się wtedy zatrzymać Armię Czerwoną. Kilka miesięcy później jest to już niemożliwe. Marszałkowie i generałowie toczą z Hitlerem spory o sposób prowadzenia działań odwrotowych, przy czym Führer z reguły nie uznaje ich racjonalnych (z punktu widzenia taktyki wojennej) argumentów. Otoczonym zgrupowaniom nakazuje trwanie w miejscu i walkę aż do czasu nadejścia odsieczy. W rezultacie np. Grupa Armii Kurlandia (teren Łotwy) skapitulowała dopiero wraz z całością sił zbrojnych Trzeciej Rzeszy dnia 8 maja 1945 r. Podobnie dzieje się na całej długości frontu. Prąca na zachód Armia Czerwona pozostawia za sobą oblężone duże miasta, których garnizony otrzymały rozkaz wytrwania w obronie. Niemieckiej ludności cywilnej długo odmawiano prawa do ewakuacji na zachód, nieraz dosłownie do ostatniej chwili, czyli do wjazdu pierwszych radzieckich czołgów. Mieszkańców mamiono iluzją powstrzymania przeciwnika, a nawet odparcia go daleko na wschód. Ostatecznie jednak całe masy cywilnych Niemców, za zgodą i pomocą władz lub bez niej, rozpoczęły ucieczkę na zachód – w bardzo ciężkich warunkach zimowych, ograniczonymi środkami lokomocji, często na piechotę. Na uciekinierów polowały radzieckie samoloty i okręty podwodne (część ewakuacji odbywano przez Bałtyk). Doganiały i rozjeżdżały ich radzieckie czołgi. Ludność ogarniętą w drodze, jak też tę, która nie zdążyła lub nie chciała się ewakuować, czekał tragiczny los. Czerwonoarmiści pierwszej linii frontu dokonywali rozbojów, masowych gwałtów kobiet, także zabójstw. Postępujące za nimi oddziały NKWD uspokajały sytuację o tyle, że ukrócały anarchię. Za to grabież i wypędzenia uzyskiwały formę zorganizowaną, oraz na wschód wywożono osoby zdolne do ciężkiej pracy fizycznej (najczęściej okazywały się nimi już tylko kobiety). Marzeniem coraz to powiększającej się liczby uchodźców stawało się dotarcie do tych obszarów Rzeszy, które - jak mniemali - nie dostaną się w ręce wroga. A gdy i to okazywało się nierealne, pozostawała ucieczka za Łabę, gdzie - jak się już domyślano - Armia Czerwona miała nie dotrzeć.

Tyle o cywilach. Równolegle czytamy o sytuacji w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy. Na ich szczytach najpierw głosi się mrzonki o Wunderwaffe, potem następuje złudna nadzieja na rozdźwięk pomiędzy aliantami zachodnimi i Związkiem Radzieckim. Rozważane są nierealistyczne plany zawarcia separatystycznego rozejmu na zachodzie, a następnie skierowania całości potencjału WehrmachtuWaffen SS na front wschodni. Przez cały ten czas trwa zażarta obrona na wschodzie, kruszona przez artylerię, czołgi i lotnictwo radzieckie. W podberlińskim bunkrze miota się Hitler, wykłóca się z podległymi dowódcami o dywizje często już istniejące jedynie na papierze. Na zewnątrz szaleje żandarmeria polowa Wehrmachtu oraz oddziały SS, polując na faktycznych i domniemanych dezerterów oraz na osoby uznane za defetystów. Tacy są zazwyczaj natychmiast wieszani, z przyczepioną do zwłok tabliczką z hańbiącym napisem ku przestrodze i odstraszeniu innych. Widok z czasem staje się dość powszedni, duża liczba podobnych wisielców przestaje budzić zdziwienie. Aż nareszcie to wszystko się kończy. Adolf Hitler przed samobójczą śmiercią 30 kwietnia wydaje jeszcze groteskowe rozkazy dymisji Göringa i Himmlera ze wszystkich zajmowanych stanowisk (oraz usunięcia z partii narodowosocjalistycznej), zarzucając im nieuprawnione negocjacje z aliantami zachodnimi.

Powyższą narrację wydarzeń autor dokumentuje wywiadami z ich niedawnymi uczestnikami, sięga do spisanych przez nich wspomnień. Tragiczne ludzkie losy przedstawia na podstawie relacji naocznych świadków i ocalałych ofiar. Koncentrując się na wielkich cierpieniach cywilnej ludności niemieckiej kilkakrotnie jednak przyznaje, iż to Trzecia Rzesza rozpętała wojnę oraz nadała jej na wschodzie ludobójczy charakter, obejmujący mieszkańców podbitych terenów ZSRR i Polski. Tego wytłumaczenia i „usprawiedliwienia” nie odnosi jednak do tragedii Niemców zamieszkujących Protektorat Czech i Moraw, utworzony przez Hitlera w marcu 1939 r. Losy ludności czeskiej pod niemiecką okupacją były przecież łagodne w porównaniu z horrorem panującym na zagarniętych ziemiach Polski i ZSRR. Zbrodniczą zagładę wsi Lidice wraz z jej kilkuset mieszkańcami (odwet za zamach czeskiego podziemia na Reinharda Heydricha) można by uznać za wyjątek potwierdzający tę regułę. A mimo to Czesi w pierwszych dniach maja 1945 r. rozpętali wobec Niemców (w tym kobiet i dzieci) straszliwy terror, opisany dość szczegółowo w rozdziale pt. Burza nad Pragą (str. 445-496). Reasumując, polecam lekturę książki Jürgena Thorwalda. Czytając ją przemierzymy szlaki uchodźcze, odwiedzimy większe i mniejsze ośrodki dowódcze Wehrmachtu. Wraz z tymże Wehrmachtem będziemy posuwać się coraz to dalej na zachód, cały czas w ogniu zaciętych walk. Aż wreszcie zauważymy, że ostatnim marzeniem żołnierzy niemieckich stało się dotarcie za Łabę i poddanie się Amerykanom lub Anglikom. Marzenie to okazywało się jednak zazwyczaj płonne wobec międzyalianckich porozumień w tej kwestii.

PS.1. Na str. 303 autor, odnosząc się do Hitlera i daty 20 kwietnia 1945 r., pisze (cyt.): Był to dzień jego pięćdziesiątych siódmych urodzin. Pragnę zauważyć, iż niemiecki Führer urodził się w roku 1989, a zatem owego dnia ukończył lat 56. Owo sformułowanie powinno zatem chyba brzmieć: Był to dzień, w którym rozpoczął pięćdziesiąty siódmy rok życia. Z którego, jak wiemy, zdołał uszczknąć już tylko 10 dni.

PS.2. Podczas lektury niezwykle raziło mnie używanie przez autora niemieckiej (hitlerowskiej) terminologii w odniesieniu do nazewnictwa obszarów inkorporowanych w skład Trzeciej Rzeszy. M.in. nasze Poznańskie to w jego publikacji niemiecki Kraj Warty. Można to usprawiedliwić jedynie okolicznością, iż niedawne wydarzenia relacjonował w drugiej połowie lat czterdziestych – pisząc niemalże „na gorąco” o ucieczce stamtąd cywilnej ludności niemieckiej, oraz o zażartej obronie tych terenów przez WehrmachtWaffen SS.

PS.3. Osobom zainteresowanym tematyką omówionej powyżej publikacji Jürgena Thorwalda proponuję również książkę Niclasa Sennertega pt. „Zemsta Stalina 1944-1945”- vide katalog alfabetyczny autorski albo katalog tematyczny 7.

PS.4. W przyszłym tygodniu będzie tu o książce przedstawiającej tragiczną sytuację kobiet w Berlinie w roku 1945, na podstawie relacji jednej z nich (autorki książki), także z możliwością zobaczenia jej fotografii. A w zakończeniu artykułu napiszę o ciekawym wspomnieniu, które mi się nasunęło podczas lektury.