czwartek, 12 marca 2026

„Cień Lucyfera”. Autor: Stefan Türschmid

 

Stefan Türschmid „Cień Lucyfera”

Wydawca ARCANA sp. z o.o., Kraków 2015

Miłośnicy literatury autobiograficznej i biograficznej będą tą książką zachwyceni. Najpierw Stefan Türschmid (1946-2020) snuje osobiste wspomnienia wg schematu życie i działalność, umieszczając je w tle zachodzących wydarzeń politycznych i społecznych, oraz uzupełniając o własne poglądy, opinie i refleksje. Następnie to samo czyni jego ojciec, Robert Türschmid (1914-1999). Stefan jest również autorem esejów biograficznych o Wilhelmie Türschmidzie (1887-1942) i Ryszardzie Kazimierskiej z d. Türschmid (1927-2016). W książce znajdujemy też poezję oraz osobiste wspomnienia Feliksa Türschmida (1846-1921), z uzupełnieniami autorstwa kolejno Roberta i Stefana. W zakończeniu mamy genealogię rodu (łącznie z narysowanym drzewem genealogicznym), opracowaną przez Roberta. Rodu, nadmieńmy, niemieckiego – przybyłego w drugiej połowie XVIII wieku do Galicji wschodniej, tam rozrośniętego na kilka gałęzi oraz spolonizowanego poprzez małżeństwa z Polkami tak, że niemieckie pozostało (w linii męskiej) jedynie nazwisko. Całość przygotował do druku Stefan Türschmid. Prześledźmy teraz wszystko w wielkim skrócie, po kolei przerzucając karty tej emocjonalnie napisanej przez Türschmidów książki.

Stefan Türschmid (1946-2020) to swego czasu znany opozycjonista wobec władz i ustroju PRL, za co w latach 1970 i 1971 spędził kilkanaście miesięcy w areszcie i więzieniu. Należał do nielegalnej organizacji „Ruch”, której współtwórcą był Stefan Niesiołowski. Dokładnie opisuje swoją w niej działalność i dotkliwe tego konsekwencje. Niezależnie otrzymujemy też szczegółową relację z jego życia w Polsce Ludowej w latach dzieciństwa i młodości, w wieku dojrzałym, aż dochodzimy do kresu istnienia PRL i dalszego curriculum vitae autora już w III RP. Jako opozycjonista polityczny został w PRL pozbawiony możliwości rozwoju zgodnego z humanistycznym wykształceniem. Magister polonistyki (absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, 1970), ograniczany do pracy bibliotekarstwie lub do nauczania w szkole specjalnej, z konieczności podejmował się innych zajęć zawodowych, głównie w charakterze trenera jeździectwa konnego (swojej wielkiej pasji) oraz do prowadzenia prywatnego, drobnego biznesu. To drugie, jak pamiętają starsi czytelnicy, w dwóch ostatnich dekadach PRL było dużo bardziej opłacalne niż praca na tzw. państwowej posadzie. W Polsce już nieludowej Stefan Türschmid kilka lat pracował w dziennikarstwie, z którym się rozstał wskutek głoszenia radykalnych poglądów politycznych, m.in. optował za przeprowadzeniem daleko idącej, personalnej dekomunizacji. Można rozumieć jego nieprzejednanie, wynikające z ciężkich przeżyć osobistych w młodości, ale przecież polska transformacja ustrojowa przebiegła bezkrwawo, zgodnie i pokojowo, więc nie było żadnych podstaw, aby (cyt., str. 199) partyjnych funkcjonariuszy po sekretarzy niższych szczebli pozbawić na wiele lat prawa sprawowania urzędów i biernego prawa wyborczego. Za błąd niesłusznie uznawał też (cyt., str. 198), iż komunistom nie urządzono ich Norymbergi. Odpowiedni czas na to przeminął. Tych, którym się ona rzeczywiście należała, najczęściej od dawna już nie było wśród żyjących, a wyjątki dożywały starczych lat, przeważnie za granicą (np. Helena Wolińska-Brus). Równie emocjonalnie rozedrgane było życie małżeńskie autora – dwa razy żenił się i rozwodził z tą samą kobietą, Barbarą, panią magister inżynier elektryk, z którą miał dwóch synów (dziś wysokiej klasy artystów muzyków). Zajął się też twórczością literacką, napisał kilka interesujących powieści, m.in. Mrok i mgła, tu omówioną (zob. katalog autorski alfabetyczny lub katalog tematyczny 6). Odczuwał poważne problemy zdrowotne wynikłe z niefortunnego, zlekceważonego następnie przez lekarza, upadku z konia. Przez pewien czas borykał się też z ogarniającym go alkoholizmem, którym próbował uśmierzać ból. Przystąpił wtedy do tzw. klubu AA. Podkreślmy w tym miejscu wielką szczerość Stefana Türschmida, naprawdę godną uznania.

Robert Türschmid (1914-1999), w wieku 3 lat osierocony przez ojca, wychowywany głównie przez babcię, miał dość trudne i ciekawe dzieciństwo. Matka, atrakcyjna kobieta (fotografia na str. 280) zajęła się nim bezpośrednio dopiero po powtórnym (i materialnie korzystnym) wyjściu za mąż za lekarza pochodzenia żydowskiego. Wrzesień 1939 zastał Roberta z prawie ukończonymi studiami na Wydziale Mechanicznym w Politechnice Lwowskiej (po wojnie uzupełnił je, uzyskując w 1946 r. dyplom w Politechnice Śląskiej w Gliwicach). Autor interesująco opisuje dwie okupacje (radziecką i niemiecką), na terenie których podczas wojny przebywał. Przed wywózką na Syberię uchroniła go okoliczność, iż jego żona Lidia, z domu Zielkowska, pochodziła z Poznańskiego, a zatem – w myśl ówczesnych porozumień radziecko-niemieckich – miała prawo do legalnego wyjazdu wraz z mężem do strefy okupacji niemieckiej. Po napaści Niemiec na ZSRR Robert powtórnie udał się do Lwowa i ściągnął stamtąd (nielegalnie) ojczyma, zagrożonego z racji pochodzenia żydowskiego. Załatwił mu tzw. aryjskie papiery i umożliwił przetrwanie wojny. Zamieszkali pod Warszawą. Utrzymanie licznej rodziny na dobrym poziomie zapewniał przede wszystkim wygnany z Poznańskiego teść Roberta, biznesmen umiejący sobie radzić w życiu i prowadzący w okupowanej Warszawie dochodowe przedsiębiorstwo. Po wojnie inżynierskie kwalifikacje Roberta Türschmida okazały się na wagę złota, wziął aktywny udział w rozwoju przemysłu. Mimo nieprzynależności do PZPR powierzano mu szereg samodzielnych i kierowniczych stanowisk (dość szczegółowo relacjonuje swoją pracę zawodową). W październiku 1947 r. został aresztowany przez UB, oskarżony o sabotaż gospodarczy i prawomocnie skazany, z więzienia wyszedł w grudniu 1948 r. Dalsze lata to już okres osobistej stabilizacji, szczęśliwego małżeństwa z Lidią oraz zawodowej i materialnej prosperity (jak na ówczesne warunki PRL). Sporo podróżował po Polsce i świecie. We wspomnieniach dużo miejsca poświęca dwojgu dzieciom, w tym synowi Stefanowi. Tak więc w książce nieraz napotykamy na opisy tych samych miejsc, osób oraz wydarzeń, odrębnie widzianych oczami ojca i syna.

Wywodzący się z odrębnej gałęzi rodu Wilhelm Türschmid (1887-1942), w II RP dyrektor szpitala w Tarnowie (str. 429), nie dożył końca wojny, został zamordowany przez Niemców w Oświęcimiu. Pełniąc tam funkcję lekarza obozowego zaskarbił sobie wdzięczność i pamięć współwięźniów. Uwiecznił go m.in. radziecki pisarz Andriej Pogożew w autobiograficznej książce pt. Ucieczka z Auschwitz. Po 1956 r. dr. Wilhelma Türschmida pośmiertnie odznaczono orderem Virtuti Militari (str. 435).

Córka Wilhelma, Ryszarda Kazimierska z d. Türschmid (1927-2016), zaprzysiężony żołnierz AK, wzięła udział w powstaniu warszawskim. Po powojennej tułaczce w Niemczech, Włoszech (tam przeżyła niefortunną przygodę matrymonialną) i Anglii, powróciła do Polski, w Warszawie ukończyła anglistykę, gdzie też podjęła pracę tłumaczki i dziennikarki. Po 1956 r. wstąpiła do PZPR (str. 461), co Stefanowi z trudem przyszło zrozumieć. W pracy dziennikarskiej była bardzo ceniona, m.in. w 1986 r. powierzono jej przeprowadzenie wywiadu prasowego z Mieczysławem Rakowskim, ówczesnym marszałkiem sejmu PRL, zarazem czołowym partyjnym reformatorem.

Ojciec Wilhelma, Feliks Türschmid (1846-1921) chyba najbardziej odbiegał życiorysem i charakterem od swoich krewnych. Wrażliwy poeta, mający (dosłownie) głodne i chłodne dzieciństwo, we wczesnej młodości był nieszczęśliwie zakochany. Czytamy tylko część jego autobiografii. O tym, że się ożenił i został ojcem pięciorga dzieci, z których troje przeżyło dzieciństwo, dowiadujemy się już z uzupełnienia dopisanego przez Stefana.

A to bynajmniej nie wszyscy Türschmidowie! Każda z prezentowanych w książce głównych postaci miała przecież swoją dalszą i bliższą rodzinę, wstępnych i zstępnych, krewnych i powinowatych. Aby nie pogubić się w zawiłościach tych wszystkich relacji rodzinnych konieczne jest częste zaglądanie do ich drzewa genealogicznego na str. 508 i 509. Życzę pasjonującej lektury. Poznamy historyczne czasy widziane oczami wartościowych ludzi, skrupulatnie też prześledzimy ich indywidualne losy.

PS.1. Ktoś może zapytać, a gdzie ten tytułowy Lucyfer i jego cień. Wg rosyjskiego poety Aleksandra Błoka, jak zauważył Stefan Türschmid, chodzi o ów diabelski cień rzucony na cały wiek XX. W Europie spersonifikowany (już po śmierci Błoka) postaciami Stalina i Hitlera.

PS.2. Informacje o roku śmierci Stefana (2020) oraz Ryszardy (2016) uzyskałem z Internetu. Obydwoje zmarli już po wydaniu tej książki (2015).

czwartek, 5 marca 2026

„Dwa światy”. Autor: Witold Liliental

 

Witold Liliental „Dwa światy”

Wydawnictwo Austeria Klezmerhojs sp. z o.o., Kraków 2025

Witold Liliental (ur. 1939) bardzo trafnie określił swoją książkę jako (cyt., str. 443) przyczynek do historii Polaków lat 80. XX wieku. Opisał losy swoje, rodziny, znajomych – przede wszystkim w latach 1980-1983, niekiedy tylko sięgając wstecz do okresu dzieciństwa i młodości, czy też fragmentarycznie przybliżając się do roku 2024, gdy już zakończył narrację. Tytułowe zaś dwa światy to pierwszy po wschodniej, a drugi po zachodniej stronie Atlantyku. Rok 1980 zastał autora, doskonale znającego język angielski 41-letniego doktora nauk technicznych, na niższym stanowisku kierowniczym w branżowym instytucie naukowo-badawczym w Warszawie. Prywatnie: ożenionego z panią doktor biologii, również pracownicą naukową, ojca dwóch nastoletnich córek, posiadającego własne mieszkanie oraz samochód osobowy marki Syrena. Właśnie dobiegał końca gierkowski okres „Polski rosnącej w siłę i ludzi żyjących dostatnio”. Powstał i ciągle rósł rynkowy deficyt towarów i usług. W państwowych mediach ostro krytykowano zdarzające się już tu i ówdzie „nieuzasadnione przerwy w pracy” (używanie wyrazu „strajk” było jeszcze zabronione). Autor pozostawał biernym obserwatorem wydarzeń politycznych, w aktywną działalność po żadnej stronie konfliktu społecznego początkowo się nie angażował. Pracował na etacie, dorabiał zleceniami, latem uprawiał turystykę kajakową na Mazurach. Powstanie NSZZ Solidarność przyjął z entuzjazmem, został jednym z organizatorów tego związku zawodowego w macierzystym zakładzie pracy. Bardzo interesująco i bez zacietrzewienia ideologicznego przedstawia ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną w Polsce, zarówno w oglądzie makro, jak i w skali instytucji, w której był zatrudniony, relacji w niej międzyludzkich nie pomijając. W owym pamiętnym roku 1980 żona autora została skierowana na staż naukowy w USA i legalnie tam wyjechała (do stanu Arizona). W grudniu i styczniu, wziąwszy urlop i pozostawiwszy dzieci z babciami, pan Witold dołączył do niej na sześć tygodni. Oboje postanowili, że latem 1981 r., z nastaniem wakacji, mąż ponownie odwiedzi żonę, tym razem już z córkami. I tak się też stało. Miesiące przedwyjazdowe zostały w książce bardzo ciekawie opisane. Autor pracował zawodowo na etacie oraz dorywczo, robił niezbędne zakupy (w roku 1981 miewało to ekstremalnie trudny charakter 😟), wykonywał większość czynności domowych, miewał problemy techniczne ze wspomnianym polskim krążownikiem szos 😊, użerał się ze starszą córką (nie zdała do następnej klasy), załatwiał żmudne formalności związane z wyjazdem trzech osób do Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie trwał tzw. karnawał Solidarności, w którym pan Witold uczestniczył w charakterze szeregowego członka związku zawodowego. 26 sierpnia 1981 r. cała trójka wreszcie weszła na pokład samolotu i odleciała do USA. I tak tytułowy świat pierwszy skończył się. Nadmieńmy, iż autor jeszcze wtedy nie zamierzał wyemigrować z Polski na stałe, a jedynie dopuszczał możliwość przedłużenia pobytu rodziny w Ameryce, podjęcia tam pracy i powrotu do kraju z jak największą kwotą twardej waluty, nieformalnie mającej wówczas u nas olbrzymią siłę nabywczą. Decyzję o pozostaniu w USA pomógł im podjąć wprowadzony w PRL stan wojenny (13.12.1981), a przede wszystkim związana z tym niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji w państwie, którego różne scenariusze były przecież i prawdopodobne, i możliwe. W pamięci zwłaszcza miano Węgry 1956.

W tytułowym świecie drugim, można rzec, pan Witold początkowo wpadł z deszczu pod rynnę. Oczywiście odpadły mu ówczesne polskie kłopoty związane z chronicznym niedoborem, a nawet zupełnym brakiem towarów i usług na rynku (absurd z amerykańskiego punktu widzenia!), ale za to pojawiły się nieznane dotąd problemy materialne i formalno-administracyjne. Te drugie odnosiły się do nieuregulowanego statusu pobytu w USA, co ujemnie wpływało na poszukiwanie przez niego odpowiedniej pracy, zgodnej z wysokimi kwalifikacjami zawodowymi. Przez pewien czas pozostawał z wydanym mu nakazem deportacji, okresowo tylko odroczonym. Na domiar złego małżeństwo rozpadło się – żona wyjawiła, iż w jej życiu pojawił się inny mężczyzna. Ostatecznie, po dość ostrych dyskusjach rozstali się i formalnie wzięli rozwód. Jak wiadomo, natura nie znosi próżni. 😇 Pan Witold, wykształcony, zaradny i dość przystojny facet tuż po 40-tce (w książce znajdujemy m.in. jego amerykańskie fotografie) poznał w Arizonie pewną Polkę emigrantkę, posiadaczkę tzw. zielonej karty, czyli już z uregulowanym prawem stałego pobytu w USA. Pobrali się, urodziło im się dziecko (trzecia córka autora). Z biegiem czasu pan Witold opisane kłopoty administracyjne przezwyciężył, otrzymał też dobrze płatną pracę w swoim zawodzie.

Oprócz wymienionych perypetii osobistych autora poznajemy Amerykę z punktu widzenia ówczesnych emigrantów z Polski, ich poważne problemy z zatrudnieniem, mieszkaniowe, lecznicze, językowe itp. W tym miejscu podkreślam zastrzeżenie pana Witolda, iż swe wspomnienia nieco zbeletryzował. Niektóre opisane w książce drugorzędne wydarzenia i doświadczenia emigracyjne, jakkolwiek narracyjnie przedstawione w pierwszej osobie, nie były jego własnymi. Mogły również należeć do przeżyć i obserwacji innych polskich emigrantów. Tym niemniej wszystkie były rzeczywiste, przez co wiernie oddawały klimat i ducha tamtych miejsc oraz czasów. Nb. otrzymujemy obraz dwóch polskich emigracji w Stanach Zjednoczonych – tej starej, z czasów dość odległych, w kolejnym pokoleniu już kiepsko znającej nasz język, oraz tej nowej z lat 70. i 80. XX wieku, dopiero wrastającej w Amerykę. Trochę też czytamy o organizacjach polonijnych, imprezach przez nie organizowanych, a także o mentalności i oczekiwaniach świeżo przybyłych emigrantów (nieraz bardzo odbiegających od rzeczywistości). Autor porównuje również systemy szkolnictwa średniego amerykański i polski. Nasz uznaje za bardziej wszechstronny oraz dużo więcej od ucznia wymagający, egzekwujący też przyswojenie materiału dydaktycznego, przez co zapewniający absolwentowi opanowanie znacznie szerszego zakresu wiedzy ogólnej (interdyscyplinarnej). Nie zmienią już tego nawet późniejsze studia wyższe, siłą rzeczy ukierunkowane głównie na uzyskanie konkretnego profilu wykształcenia.

Na zakończenie kilka zdań o Szanownym Autorze, oczywiście zgodnie z autoprezentacją zamieszczoną w książce. Pan Witold Liliental to Polak, katolik, posiadający żydowskie korzenie rodzinne. Jego ojciec, oficer rezerwy Wojska Polskiego, zmobilizowany w 1939 r. (urodzony w styczniu autor miał wtedy kilka miesięcy) poszedł na wojnę i zaginął bez wieści. Odnalazł się dopiero na liście katyńskiej. Autor, kilkakrotnie nawiązując do polskiego antysemityzmu, zauważa, iż w kraju nigdy nie został nim osobiście dotknięty, nawet w historycznie parszywym roku 1968 (wydarzenia marcowe, „antysyjonistyczne” hece, „bratnia” interwencja wojskowa w Czechosłowacji). Natomiast zdarzyło się, że parę razy padł ofiarą drobnych szykan z tego tytułu już na kontynencie północnoamerykańskim – ze strony niektórych przedstawicielek i przedstawicieli tamtejszej Polonii. Odnośnie współczesnej sytuacji politycznej w Polsce, Europie i świecie, autor swych poglądów nie skrywa, a wręcz przeciwnie, w książce wyraża je explicite. Nie skomentuję ich tu jednak, ponieważ już we „Wprowadzeniu do blogu” (proszę kliknąć ową stronę) ogłosiłem, iż moje poglądy polityczno-społeczne od pewnego czasu są już uniwersalne. 😐Cytując ulubionego klasyka napiszę więc jedynie, iż poznawszy polityczne credo pana Witolda jestem „za, a nawet przeciw”. 😑Ucieszyłbym się, gdyby powyższe enigmatyczne sformułowanie dodatkowo zobligowało do sięgnięcia po tę wspaniałą książkę.

***

Teraz nieco własnych refleksji związanych z osobą autora i treścią publikacji. Wyrażę je w czterech punktach.

1.     Osoba pana Witolda Lilientala nie była mi wcześniej nieznana. Zapamiętałem go z jego felietonów w tygodniku Angora, które mi się bardzo podobały i skłoniły teraz do sięgnięcia po tę książkę.

2.     Wprawdzie jestem od autora o 12 lat młodszy, ale w latach 1980 i 1981 też przecież mieszkałem i pracowałem w Warszawie, doskonale zatem pamiętam ówczesne ekonomiczne i polityczne, ogólnopolskie i stołeczne, realia. Pan Witold wiernie je we wspomnieniach odwzorował, co przyznaję, mimo że byliśmy wtedy po przeciwnych stronach politycznej barykady. Natomiast równie co autora, a może nawet bardziej - jako magistra ekonomii, zatrudnionego w budownictwie inwestycyjnym - irytowała mnie niewydolność ówczesnego systemu ekonomicznego oraz mierziło doktrynerstwo partyjnych przywódców. W kwestiach ustrojowo-gospodarczych wyznawałem wówczas poglądy reformistyczne, na szczytach władzy potępiane jako „rewizjonizm”, więc się z nimi nie obnosiłem, marząc, że towarzysz Mieczysław Franciszek Rakowski, którego byłem wielkim fanem, z czasem dojdzie do realnej władzy, pogoni precz beton partyjny i radykalnie zreformuje gospodarkę. [Ostatecznie partyjnych doktrynerów przegonił jeszcze Wojciech Jaruzelski, a za reformę gospodarki skutecznie w 1988 r. wzięli się premier Mieczysław Rakowski i minister Mieczysław Wilczek, tworząc zaczyn bardzo ułatwiający podjęcie w 1990 r. realizacji tzw. planu Balcerowicza.]

3.     W roku 1981 obaj jeździliśmy samochodami tej samej marki – również byłem posiadaczem słynnej Syreny, kupionej na tzw. przedpłaty. Autor nie napisał, jakiej wersji był jego pojazd. Moja Syrena to najnowszy model 105 L z rozkładanymi przednimi siedzeniami oraz z dźwignią zmiany biegów w podłodze (wcześniejsze wersje takich „luksusów” jeszcze nie posiadały). Z wesołą łezką w oku, pamiętając swe pierwsze doświadczenia motoryzacyjne, czytałem o problemach autora, jakie miał z „naszym” pojazdem.

4.     No i refleksja najważniejsza. Autor „wyfrunął” z Polski dnia 26 sierpnia 1981 r. Dość dokładnie w tamtym czasie (na pewno było to na przełomie sierpnia i września) żegnałem dobrego kolegę - Alego, który wkrótce udawał się do Kanady, a którego bliżej wspominam w drugiej części artykułu poświęconego omówieniu książki p. Doroty Malesy pt. „Opowieści o Polakach w USA. Ameryka.pl” (opis można tu odnaleźć poprzez katalog autorski alfabetyczny albo katalog tematyczny 9). Przypomniałem sobie teraz, jak kilka dni przed wyjazdem Ali zaprosił mnie na kumplowskie pożegnanie. Siedzieliśmy obaj w jego mieszkaniu na Żoliborzu, popijaliśmy kartkowy alkohol zastanawiając się, co nam los przyniesie. Co jemu później przyniósł, można się dowiedzieć ze wspomnianego artykuliku odnoszącego się (tylko w pierwszej części) do książki p. Doroty Malesy.

czwartek, 26 lutego 2026

"Planista". Autor: Jerzy Gwiaździński

 

Jerzy Gwiaździński „Planista”

Ośrodek KARTA, Warszawa 2024

Książka zapewne zainteresuje tylko wąski krąg czytelników. Badacze historii gospodarczej PRL znajdą w niej ciekawy przyczynek do swoich dociekań naukowych. Także ekonomiści i inżynierowie, w tamtych „słusznie minionych” latach zatrudnieni w przedsiębiorstwach państwowych i administracji państwowej, będą mieli co wspominać podczas lektury, przy okazji poznając kulisy podejmowanych wtedy odgórnie decyzji gospodarczych. Oczywiście nie wykluczam również innego czytelnika, np. pasjonata literatury autobiograficznej wydawanej przez KARTĘ. Ów też się nie rozczaruje – książka jest napisana przystępnie, a ponadto zawiera - oprócz ekonomicznych - sporo ciekawostek stricte politycznych, a także personalnych odnoszących się do wybranych peerelowskich notabli z pierwszych stron Trybuny Ludu. Takim notablem z pewnością był również Jerzy Gwiaździński (1930-2021). Bywał dopuszczany przed oblicza pierwszych sekretarzy KC PZPR. Doszedł do bardzo wysokiego stanowiska w aparacie władzy – w latach 1981-1987 pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, w hierarchii nomenklaturowej odpowiednika ministra (jego szef, przewodniczący KPpRM, był równorzędny wicepremierowi). We wspomnieniach, które czytamy, głównie koncentruje się na zagadnieniach zawodowych i politycznych. Sprawom prywatnym poświęca strony opisujące dzieciństwo i wczesną młodość, w tym okres okupacji oraz pierwsze lata powojenne.

Autor pochodził z przedwojennej rodziny inteligenckiej (ojciec był lekarzem, oficerem rezerwy WP), niezwiązanej z żadną partią polityczną. Jak większość młodych ludzi w tamtym czasie, Jerzy Gwiaździński uznał powojenną sytuację geopolityczną Polski za nieodwracalną i aktywnie włączył się w odbudowę oraz rozwój kraju, realizowane już w nowych warunkach ustrojowych. Na pewno uległ też indoktrynacji ideologicznej i propagandzie, przez jakiś czas pozostawał bowiem aktywistą ZMP. Ostatecznie jednak postanowił poświęcić się pracy zawodowej. Już podczas studiów w SGPiS (dawniej i obecnie SGH) uzyskał możliwość zatrudnienia w Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego, poprzedniczki KPpRM. Studia magisterskie ukończył pracując w PKPG. Zajmował w niej (później w KPpRM) szereg odpowiedzialnych i kierowniczych stanowisk, przede wszystkim w zakresie planowania inwestycji przemysłu ciężkiego, bilansowania i rezerw najważniejszych surowców, materiałów oraz niektórych wyrobów gotowych. Okresowo powierzano mu też zagadnienia komunikacji i gospodarki morskiej. Swoje ówczesne czynności zawodowe w tych (oraz innych) zakresach zadań dość szczegółowo w książce opisuje. Stosunkowo szybko zdał sobie sprawę z nieefektywności gospodarowania w systemie nakazowo-rozdzielczym, zwłaszcza gdy w epoce gierkowskiej rozluźniono reguły wewnętrznego bilansowania się gałęzi gospodarki i w praktyce stosowano tzw. plan otwarty. Duży wpływ na podejmowanie decyzji ekonomicznych uzyskały wtedy regionalne grupy nacisku, kierujące się już tylko własnymi partykularnymi interesami. Krytykującego to Gwiaździńskiego zaczęto w tamtym czasie odsuwać od funkcji decyzyjnych, kierowano do prac analitycznych i prognostycznych, w wąskich kręgach przezywano go Kasandrą. W latach 80-tych powrócił do grona decydentów i przez 7 lat pełnił wspomnianą na wstępie wysoką funkcję zastępcy przewodniczącego KPpRM. Ciekawie również i ten swój okres pracy zawodowej opisuje, nie szczędząc dygresji ogólnopolitycznych (m.in. związanych z wprowadzeniem stanu wojennego) oraz personalnych. Ostatnie cztery lata pracy spędził na stanowisku radcy ekonomicznego w ambasadzie PRL/III RP w Pradze. Na emeryturę odszedł w 1991 r. w wieku 61 lat. I na tym swoje wspomnienia zamyka. Dołączył do nich również fragmenty ważnych dokumentów urzędowych oraz trochę służbowych i prywatnych fotografii (są rozmieszczone w tekście książki).

Oprócz opisów pracy na kolejnych stanowiskach, oraz ciekawostkach politycznych i kadrowych, interesujące są relacje Jerzego Gwiaździńskiego z pobytów w zagranicznych delegacjach służbowych podczas pracy w KPpRM, w których - jak obliczył - łącznie spędził prawie rok. Czytamy o częstych, mocno zakrapianych pobytach w Związku Radzieckim, o wyjazdach na Kubę oraz do prymitywnej Mongolii. Podczas tych pierwszych towarzysz Jerzy podobno deklarował się jako alkoholowy abstynent. Nie mając dowodów a contrario musimy mu (z trudem) uwierzyć. Do czasu wypowiedzenia przez Gorbaczowa wojny alkoholizmowi byłby jednak w ZSRR bardzo podejrzanym wyjątkiem! Parę stron autor poświęca również płci pięknej, ale odnośnie swoich intymnych relacji z wymienionymi w książce kobietami zachowuje już dżentelmeńskie milczenie. Tylko dość ogólnie daje do zrozumienia, że swojego małżeństwa z Romą (panią lekarz stomatolog) nie zaliczał do idealnych. Cóż, samo życie.😉 Reasumując, polecam tę lekturę, z zastrzeżeniem jak na wstępie. Osobiście czasu na nią przeznaczonego absolutnie nie żałuję.

czwartek, 19 lutego 2026

"Rasputin". Autor: Jacek Wilamowski

 

Jacek Wilamowski „Rasputin”

Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2021

Pan Jacek Wilamowski, znany śledczy historii, stworzył bardzo interesujące opracowanie popularnonaukowe. Licznych odniesień do źródeł informacji, wymaganych w tego rodzaju publikacjach, nie wyodrębnił w przypisach i bibliografii, ale skrupulatnie poumieszczał je bezpośrednio w tekście. Tytuł niezupełnie wiernie oddaje treść książki, bardziej do niej adekwatny mógłby brzmieć: „Rasputin i Romanowowie”. Oprócz bowiem dokładnie opisanych wyglądu, charakteru i upodobań, oraz przedstawienia całego życiorysu Grigorija Jefimowicza Rasputina (prawdop. 1869–16.12.1916), autor zaprezentował także sylwetki wszystkich przedstawicieli dynastii Romanowów na carskim tronie. Przegląd rozpoczął od Michała I Romanowa (panującego w latach 1613-1645), zakończył zaś na Michale II Romanowie, formalnie panującym jeden dzień w marcu 1917 r., zaraz po abdykacji cara Mikołaja II Romanowa (władcy Rosji w latach 1894-1917). Oprócz carów autor niejednokrotnie odnosił się też do ich licznych krewnych oraz małżonek, ze szczególnym uwzględnieniem Aleksandry, żony Mikołaja II, zarazem przyjaciółki i mecenaski Rasputina, a wg złośliwych plotek także jego kochanki. Czytelnik otrzymuje szkic ponad 300 lat historii Rosji, bardzo ciekawie ukazanej przez pryzmat życia i działalności jej władców. Odnośnie zaś tytułowego Rasputina poznajemy jego:

¾    chłopskie, syberyjskie pochodzenie, półanalfabetyzm, religijny mistycyzm,

¾    okoliczności uzyskania dostępu do carskiego dworu,

¾    zdolności hipnotyzerskie oraz cudowne „uzdrowicielskie”; te ostatnie stosowane z powodzeniem wobec carewicza Aleksego chorego na hemofilię,

¾    niepohamowany seksoholizm oraz alkoholizm, w jednym i drugim posiadał ponadprzeciętne możliwości fizyczne (liczne tego przykłady znajdziemy w książce); na str. 20 mamy też podany domniemany parametr długości przyrodzenia Rasputina, cytuję: 33 cm w zwisie,😤

¾    wykorzystywanie przyjaźni z żoną cara we własnej „polityce kadrowej”, duży wpływ na dymisje i awanse ministerialne,

¾    sympatyków i licznych wrogów na carskim dworze oraz w kołach rządzących Petersburga (Piotrogrodu),

¾    okoliczności śmierci w zamachu, którego organizację i przebieg autor opisał bardzo dokładnie; nb. jeden z zamachowców był Polakiem.

Ostatnie partie książki to już porewolucyjne dzieje przedstawicieli rodu Romanowów, z wyeksponowaniem historii morderstwa cara Mikołaja II, jego żony i pięciorga dzieci przez bolszewików. To także pojawiający się po latach liczni hochsztaplerzy, rzekomo cudem ocalali członkowie dalszej i bliższej rodziny cara. Wśród tych ostatnich był nawet nasz rodak Michał Goleniewski, podający się za carewicza Aleksego. Reasumując, polecam tę bardzo poznawczą lekturę – przybliżającą zarówno politykę wewnętrzną i zagraniczną władców Rosji (nieraz z uwzględnieniem ich podejścia do sprawy polskiej), jak też zawierającą szereg sensacyjnych wątków, m.in. tajemniczej śmierci, wg pogłosek tylko sfingowanej, cara Aleksandra I Romanowa. Oczywiście ciekawość czytelnika najbardziej wzmagają liczne opisy ekscentrycznych poczynań tytułowego Griszki. Książkę uzupełnia kilkanaście fotografii, głównie rodziny carskiej i Rasputina.

PS. W moim egzemplarzu książki zauważyłem edytorski „przeskok” – tekst na str. 104 od drugiego akapitu aż do końca rozdziału powinien chyba się znaleźć jako kontynuacja treści str. 70.

czwartek, 12 lutego 2026

„Hoxha. Żelazna pięść Albanii”. Autor: Blendi Fevziu

 

Blendi Fevziu „Hoxha. Żelazna pięść Albanii”

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2022

Postać tytułowa to oczywiście Enver Hoxha (1908-1985), komunistyczny dyktator Albanii w latach 1944-1985. W publicystyce polskiej znany jako Enver Hodża (akurat tego brzmienia jego nazwiska program Word nie podkreśla czerwonym wężykiem), ale trzymajmy się wersji z książki. Czytamy bardzo interesującą opowieść biograficzną, a chociaż napisaną beznamiętnie i trochę w stylu reportażu historycznego, to chwilami ze zgrozy aż włos się jeży na głowie. Na początek jednak drobna uwaga pod adresem wydawcy. Szkoda, że książki nie uzupełniono o skrót historii Albanii, niechby tylko XX wieku. Albański autor bowiem jakby a priori przyjął, iż jest ona czytelnikowi dobrze znana. Pisząc o swym głównym bohaterze nawiązuje do wybranych wydarzeń z okresu, gdy jego ojczyzna była republiką, potem królestwem, następnie odnosi się do sytuacji z lat okupacji kolejno włoskiej i niemieckiej. A przecież nie każdy czytelnik musi się orientować w dziejach tego małego i tak peryferyjnie położonego państwa, że nawet zostało pominięte podczas obrad konferencji w Jałcie w lutym 1945 r., gdzie (cyt., str. 169) pozostawiono Albańczykom samodzielną decyzję o kształcie przyszłego ustroju. Proponuję zatem przed rozpoczęciem lektury kliknąć:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Albania .

Następnie, już podczas czytania, proszę mieć założone zakładki na str. 338-340 (Chronologia) i na str. 341-362 (Słownik najważniejszych postaci), co pomoże nie pogubić się w gąszczu wydarzeń i losów (na ogół tragicznych) polityków albańskich oraz członków ich rodzin. Zwłaszcza że albańskie imiona i nazwiska są dość trudne do zapamiętania. Autor przedstawił curriculum vitae Envera Hoxhy przez pryzmat jego indywidualnej osobowości oraz działalności w polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Mniej więcej tak:

§  Albański dyktator pochodził z muzułmańskiej rodziny kupieckiej, nauki podstawowe pobierał w muzułmańskiej szkole religijnej. Następnie otrzymał bardzo dobre wykształcenie średnie - ukończył elitarne, najlepsze liceum w kraju. Później przez kilka lat studiował i pracował we Francji i Belgii, dyplomu żadnej uczelni jednak nie uzyskując. Przystojny, wysoki, elegancki, inteligentny i elokwentny egocentryk. Bardzo dużo czytał, sam też był autorem 68 książek. Znajomość języków obcych: francuski biegle, włoski słabo, rosyjski i turecki co nieco. Typ patologiczny (zob. rozdział 18 pt. Rozdwojona osobowość). Żonaty, ojciec dwóch synów i córki. Żona była jego bliską współpracownicą polityczną.

§  Z Komunistyczną Partią Albanii (później przemianowaną na Albańską Partię Pracy) Enver Hoxha związał się w 1941 r., będąc jednym z jej założycieli. W 1943 r. został jej przywódcą (sekretarzem generalnym). W 1944 r. partia przejęła władzę w Albanii. Rządząc partią i państwem Hoxha rozprawiał się z przeciwnikami ustroju, jak również stopniowo eliminował rzeczywistych i potencjalnych opozycjonistów wewnątrz KPA/APP. Kadrowe czystki przybierały charakter kampanijny i masowy, ofiary były mordowane nieraz w sposób sadystyczny. Bywało, że ich zwłoki bezczeszczono. Nie oszczędzono nawet znanej lewicowej działaczki będącej w ciąży, co dyktatorowi osobiście wypomniał Chruszczow (str. 200). Wiele innych osób więziono i kierowano do ciężkiej pracy fizycznej. Hoxa wykończył też niektórych osobistych i żony bliskich znajomych i przyjaciół jeszcze z lat szkolnych oraz z okresu dochodzenia do władzy. Wspólnie z żoną oglądali sfilmowane specjalnie dla nich przebiegi przesłuchań połączonych z torturami.

§  W polityce zagranicznej Enver Hoxha orientował się kolejno na Jugosławię (do marca 1948 r.), potem na Związek Radziecki (1948-1961), następnie na Chińską Republikę Ludową (1961-1978). Z dwoma pierwszymi państwami relacje Albanii stały się później wrogie. Sympatię przywódców państw demokratycznych Hoxha ostatecznie utracił, gdy nie zgodził się na spotkanie Matki Teresy, słynnej katolickiej zakonnicy z Kalkuty (późniejszej laureatki Pokojowej Nagrody Nobla) z jej starą, dożywającą swych dni matką mieszkającą w Albanii – znanej zakonnicy odmówił wizy wjazdowej, a staruszce nie pozwolił wyjechać z kraju.

§  W polityce wewnętrznej Albanii stosowano skrajny terror realizowany przez policję polityczną Sigurimi. Gospodarka komunistyczna doprowadziła naród albański do nędzy, niedożywienia, a państwo do technicznego zacofania. Prześladowani byli duchowni wszystkich wyznań. W listopadzie 1967 r. formalnie zadekretowano zakaz praktykowania jakichkolwiek wyznań religijnych, a uchwalona w 1976 r. konstytucja ogłosiła Albanię państwem ateistycznym (str. 244). Religię „zastąpiono” olbrzymim, wdrożonym na skalę masową kultem osoby Envera Hoxhy.

Śmierć dyktatora w 1985 r. nie spowodowała upadku reżimu. Ogłoszono tydzień żałoby narodowej, w tym czasie (cyt., str. 334) odbywały się publiczne pokazy żalu i histerii. Zbrodniczy system padł dopiero na przełomie lat 1990 i 1991. W ramach rozliczeń osób winnych m.in. żona dyktatora spędziła 6 lat w więzieniu (1991-1997). Reasumując, polecam Państwu to opracowanie przedstawiające osobowość Kieszonkowego Stalina (wg trafnego określenia go przez p. Piotra Zychowicza), sposób sprawowania przezeń rządów w państwie i partii, w tym metodykę likwidowania najbliższych współpracowników, indywidualnie w książce wymienionych. Odnośnie tych ostatnich wyrazy współczucia nie zawsze są wskazane, jako że wśród nich byli również wspólnicy Hoxhy, współodpowiedzialni za wcześniejsze zbrodnie.

Na zakończenie przypominam historyczną ciekawostkę dotyczącą PRL, w książce pominiętą. W latach 1966-1977 przebywał w Albanii polski stalinowiec, polityczny emigrant Kazimierz Mijal (1910-2010), „odtwórca” w 1965 r. Komunistycznej Partii Polski. Jej audycje stamtąd nadawało Radio Tirana, którego nikt normalny w naszym kraju nie traktował poważnie. Przy okazji cytuję za tygodnikiem „Wprost” ze stycznia 2012 r.: W środy pojawiał się na antenie głos Kazimierza Mijala, polskiego komunisty, który zbiegł do Albanii w 1966 roku, gdyż uważał, że Polska nie jest wystarczająco komunistyczna. Swoje wystąpienia towarzysz Mijal zaczynał najczęściej od słów „Rewizjonistyczna klika rządząca PRL z imperialistycznym pachołkiem Edwardem Gierkiem na czele…" i dalej jechał równo w tej tonacji.  Jakie to już dziś „urocze”, nieprawdaż?

PS. Fotografia Envera Hoxy na okładce oraz kilka czarnobiałych zdjęć wewnątrz książki potwierdzają jego przyjemną aparycję, a wyraz twarzy sugeruje dobrotliwy charakter dyktatora. Cóż, pozory mylą!😞

Pozory mylą, jak powiedział jeż, schodząc ze szczotki ryżowej.😛

 

czwartek, 5 lutego 2026

„Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupowanej Warszawie”. Autor: Michał Wójcik

 

Michał Wójcik „Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupowanej Warszawie”

Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2025

Autor (zbieżność imienia i nazwiska ze znanym współczesnym politykiem przypadkowa) podjął tematykę ponurej nocy okupacyjnej w Warszawie, wcześniej opisywaną m.in. w interesujących książkach Jacka Wilamowskiego i Dariusza Baliszewskiego. Tytułowymi zaś wywiadami są odpowiednie jednostki organizacyjne Abwehry, Gestapo i agend Polski Podziemnej, przy czym tę ostatnią należy rozumieć nie tylko jako ZWZ/AK wraz z Delegaturą Rządu, ale jako zbiór wszystkich organizacji niepodległościowych, także tych niepodporządkowanych rządowi emigracyjnemu. Równolegle funkcjonują też struktury łże-niepodległościowe, czyli kontrolowane (przejęte lub utworzone) przez okupanta. Jednostki wywiadowcze toczą walkę na tajnym froncie, starają się obezwładnić i wyeliminować przeciwnika, ale również prowadzą własne wysublimowane gry operacyjne. Ich przykładem jest pomoc Abwehry w komunikacji oraz dyslokacji osób i środków pomiędzy ZWZ/AK a polskim rządem na wychodźstwie funkcjonującym we Francji do czerwca 1940 r., a później w Anglii. To także współpraca Gestapo (od 1943 r.) z niektórymi polskimi organizacjami konspiracyjnymi na odcinku zwalczania podziemia komunistycznego. Pośrednikami okazują się tu często polscy oficerowie – zarówno ci będący już przed wojną niemieckimi agentami, jak i pojedynczy jeńcy wzięci do niewoli w 1939 r., którzy z różnych powodów zdecydowali się współpracować z okupantem. Dołączyli do nich późniejsi konspiratorzy pojmani i przewerbowani. Autor skupia się nad ich działalnością, motywacjami, charakteryzuje ich patologiczne, tym niemniej inteligentne osobowości. Niektórzy tak się wczuli w role podwójnych agentów, że sami mieliby problemy z samookreśleniem, komu w pierwszej kolejności służą.😃 Będąc rzeczywistymi albo fałszywymi emisariuszami ZWZ/AK lub polskiego rządu emigracyjnego podróżują po Europie i wykonują zadania wywiadu niemieckiego, któremu nie przeszkadza nawet żydowskie pochodzenie niektórych z nich. Nie wszystkim udaje się przeżyć wojnę.

Część książki autor poświęca opiece ZWZ/AK nad alianckimi zbiegami z niemieckich obozów jenieckich (głównie zestrzelonymi lotnikami) i próbom ich dyslokacji do Anglii poprzez państwa neutralne. Zajmuje się również postaciami białych Rosjan, współpracujących zarówno z Abwehrą, jak i naszą konspiracją, nieraz za obopólną zgodą jednej i drugiej. Odrębnie porusza problem działalności polskiej policji tzw. granatowej oraz żydowskiej w getcie warszawskim. Kolejnymi wątkami tematycznymi książki są tzw. szmalcownictwo oraz działalność grup dywersyjnych tylko „afiliowanych” przy ZWZ/AK, tzn. wykonujących zlecenia otrzymane od organizacji Polski Podziemnej, ale nierekrutujących się z zaprzysiężonych żołnierzy konspiracji. Grupy te, oprócz realizacji zadań dywersyjnych, parają się zwykłym bandytyzmem (napadami rabunkowymi), prywatnymi porachunkami, także właśnie szmalcownictwem. To zaś dzieli się na koncesjonowane i dzikie. „Koncesjonowane” jest prowadzone pod dyskretną opieką i nadzorem Niemców, z którymi należy dzielić się łupami. Natomiast za szmalcownictwo „dzikie” można trafić na Pawiak pod zarzutem działania na szkodę państwa niemieckiego. Autor podaje przykłady jednego i drugiego, opisuje wielką tragedię zaszczutych, szantażowanych, obrabowywanych i mordowanych Żydów, oraz okrucieństwo i cynizm warszawskich bandytów. Ci drudzy działają również na szkodę Polaków. Mając pewne kontakty z Niemcami podczas wyszukiwania ukrywających się Żydów, eksponują swe znajomości z okupantem. Oferują pośrednictwo w zwolnieniu osób uwięzionych w zamian za okup. Wyłudzają od zrozpaczonych polskich rodzin z trudem zgromadzone na ów cel pieniądze. I na tym się kończy, gdyż ich możliwości akurat w tej dziedzinie, wymagającej znajomości i współdziałania z wyższymi funkcjonariuszami SS i Gestapo, są przecież żadne.

W tle mamy cały czas okupacyjną Warszawę, jej ulice, kamienice, podejrzane knajpy tętniące szemranym życiem (m.in. słynne „Piekiełko”), Warszawiaków usiłujących związać koniec z końcem. Niektórzy wybrali drogę na skróty – przewidując ostateczne zwycięstwo Trzeciej Rzeszy podjęli współpracę z okupantem, podpisali volkslistę, weszli na ścieżkę zdrady. Ale potem bywało, że wzięli udział w powstaniu warszawskim po polskiej stronie. Zdrajcami, kolaborantami i szmalcownikami zajmowały się podczas okupacji sądy podziemne, nie zawsze nieomylne. W pierwszych latach po wojnie wzięło ich na celownik (niestety nie w pierwszej kolejności) Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Natomiast łajdactwa paru z nich wyszły na jaw dopiero w XXI wieku, gdy już nie było ich wśród żyjących, ale za to wcześniej zdążyli się nacieszyć opinią zasłużonych kombatantów, po wojnie niesłusznie represjonowanych.

Na zakończenie wypada podkreślić, iż ów okupacyjny quasi pitawal warszawski autor oparł na będącej obecnie w posiadaniu IPN dokumentacji sądowej i dochodzeniowo-śledczej MBP, którą starannie weryfikował, mając na względzie metodykę śledczych UB. Za punkt wyjścia zarówno owym śledczym UB, jak i po latach autorowi, posłużyły zeznania sławnego Kazimierza Leskiego, o czym informuje we Wstępie (str. 7-13), pisząc o nim (cyt. str. 13): I to on, poniekąd, jest współautorem tej książki. Po wstępie mamy kolejne wprowadzenie pt. Udział wezmą (str. 19-26), przy którym proponuję założyć zakładkę do książki, aby podczas dalszej lektury nie pogubić się w galerii typów spod ciemnej (głównie) i jasnej gwiazdy. Każdemu z nich przypisana jest tam zwięzła notka biograficzna. Bardzo interesujące są również załączone do książki fotografie – zdjęcia jej bohaterów i antybohaterów, widoki warszawskiej okupacyjnej ulicy, kopie korespondencji oraz dokumentacji dochodzeniowo-śledczej MBP (głównie), ale też agend Polskiego Państwa Podziemnego i władz emigracyjnych.

PS. Przyznaję, iż dopiero z lektury tej książki dowiedziałem się o istnieniu niezależnych grup dywersyjnych, wykonujących zadania zlecane im przez organizacje Polski Podziemnej. Dotychczas byłem przekonany, że jedynymi dywersantami realizującymi polecenia konspiracyjnych władz PP (np. wykonywanie wyroków śmierci na zdrajcach) byli zaprzysiężeni żołnierze ZWZ/AK i Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa Delegatury Rządu.

czwartek, 29 stycznia 2026

„Silva rerum IV”. Autorka: Kristina Sabaliauskaite

 

Kristina Sabaliauskaite „Silva rerum IV”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2022

Bohaterem ostatniej części tetralogii jest ksiądz profesor Franciszek Ksawery Narwojsz (1742-1819), ulubiony bratanek Piotra Antoniego Narwojsza, wiodącej postaci powieści poprzedniej. Bieżąca akcja książki (przeplatana licznymi wspomnieniami) rozpoczyna się w roku 1770 pogrzebem Piotra Antoniego. Na uroczystości funeralne stawił się cały ród, także z nieprawego łoża - przybyła bowiem z nieślubną córką Piotra Antoniego owa Barbara Sentimani, która tak strasznie zawróciła mu w głowie w tomie trzecim. Ich córkę, Antoninę Sentimani, czeka z czasem kariera sławnej wokalistki, o czym m.in. też będziemy czytać. Na razie jednak tylko dzięki księdzu Franciszkowi Ksaweremu pozwolono jej oraz matce uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych, po których także wspomógł te kobiety materialnie na miarę swych możliwości. Antonina mu się w przyszłości odwdzięczy, i to znacznie, w chwili gdy najbardziej będzie wsparcia potrzebował. Poznajemy również dzieje gałęzi rodu wywodzącej się od Tadeusza Narwojsza (syna Piotra Antoniego), ożenionego z prostą dziewczyną z ludu, Marcjanną Matajtis. Ów gorszący mezalians wywołał furię wśród większości szlachetnie urodzonych Narwojszów (uczynili też afront nie pojawiając się na ślubie oraz nie wpuszczając państwa młodych do domu), ale nie u księdza Franciszka Ksawerego, który od początku nowożeńcom sprzyjał i w ogóle bardzo pozytywnie zapisał się w życiorysie Marcjanny.

Dzieje głównego bohatera to pasmo trosk, niepowodzeń i sukcesów (przemiennie), na tzw. życiową prostą wyszedł dopiero w połowie lat 80. osiemnastego wieku. Objął wtedy stanowisko profesora matematyki wyższej na Uniwersytecie Wileńskim, które z powodzeniem pełnił aż do emerytury. Natomiast wcześniej Franciszek Ksawery Narwojsz:

¾    w wieku kilku lat został oddany do szkoły zakonnej jezuitów, gdzie nauce początkowo towarzyszyły cierpienia ze strony starszych kolegów oraz jednego z wychowawców (pederasty pedofila); z opresji wyciągnął go interweniujący stryj Piotr Antoni,

¾    pozostał w zakonie jezuitów (aż do jego kasaty w 1773 r.), przyjął święcenia kapłańskie, ukończył studia uniwersyteckie w Wilnie,

¾    odbył dwie długie, naukowo-szkoleniowe podróże zagraniczne, rozdzielone okresami pracy w charakterze prowincjonalnego nauczyciela oraz organizatora robót hydrotechnicznych,

¾    szczególnie druga z tych podróży (1777-1783) obfitowała w wiele przygód; podczas pobytu w Niderlandach dość przypadkowo odkrył tajemnicę ostatnich lat życia i śmierci swego pradziadka, Kazimierza Narwojsza, bohatera części pierwszej tetralogii; natomiast będąc w Anglii z zupełnej nędzy został wyciągnięty tylko dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu, odpłacającemu mu za jego dobry uczynek z roku 1770,

¾    angielskie losy księdza profesora Franciszka Ksawerego Narwojsza są niezmiernie interesujące – oprócz stałego doskonalenia wiedzy (nauczył się języka angielskiego, pogłębił znajomość matematyki i astronomii) przystąpił tam do wolnomularstwa oraz przeżył płomienny romans z żoną lorda, swego pracodawcy,

¾    po powrocie do kraju nasz bohater uzyskał list polecający od króla Stanisława Augusta Poniatowskiego do rektora Uniwersytetu Wileńskiego, skutkujący przyznaniem mu katedry profesora matematyki; Marcjanna Narwojsz natomiast zapobiegła pozbawienia go intratnej posady kościelnej w latach przebywania za granicą.

Reasumując, lektura niezwykle pasjonująca. Czytelnika dodatkowo do niej przykuwa urokliwy sposób narracji. A w tle cały czas wielka historia – trzy rozbiory Rzeczypospolitej i epoka napoleońska. Profesor Franciszek Ksawery Narwojsz doznał nawet wątpliwego zaszczytu uczestnictwa w zbiorowych audiencjach u cara Aleksandra I i cesarza Napoleona, gdy ci kolejno pojawiali się w Wilnie. Co pewien czas, aby nie pogubić się w zawiłościach biograficznych, proszę zerkać na „Drzewo genealogiczne bohaterów Silva rerum” zamieszczone na ostatnich kartach książki. Dowiemy się też z niego m.in., że Tadeusz Narwojsz poległ w ostatnim okresie insurekcji kościuszkowskiej, a jego dwóch synów bliźniaków, których przyjście na świat zdołał uratować ksiądz Franciszek Ksawery Narwojsz, zginęło w 1812 r. podczas napoleońskiej wyprawy na Moskwę.