poniedziałek, 19 września 2022

„Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa”. Autor: Kamil Janicki

 

Jak zapowiedziałem w poprzednim tu wpisie, we wrześniu dalej czytamy „na ludowo”.

Kamil Janicki „Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa”

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., Poznań 2021

I znów „chłopski” temat na warsztacie. Na wstępie pozwolę sobie powtórzyć fragment poprzedniego artykułu, w którym opisałem książkę pt. „Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich” Michała Rauszera:

(…) jeszcze u zarania odzyskania niepodległości w 1918 r. chłopi stanowili nie mniej niż 70% ludności naszego państwa. Warto, aby zdawało sobie z tego sprawę wielu współczesnych „nowobogackich” rodaków, usiłujących doczepić swoim przodkom herbowe lub przynajmniej mieszczańskie życiorysy. Żaden nie przyzna się do „chamskiego” pochodzenia! Tymczasem wg demograficznej oczywistości ich prapradziadkowie chadzali jeszcze za potrzebą za stodołę, a prapra…pradziadkowie analfabeci odrabiali tytułową pańszczyznę i całowali pana w rękę. Po cóż zresztą tak dalece sięgać w przeszłość?! Zdarzało się, że w powojennej, odbudowywanej Warszawie ich ojcowie lub dziadkowie - w pierwszym pokoleniu przedstawiciele nowej klasy robotniczej Polski Ludowej - uprawiali chów kur w wannach, a świń i kóz na dachach. A i oni sami (albo ich ojcowie) otrzymali w PRL możliwość zdobycia wyższego wykształcenia nieraz jedynie dzięki tzw. punktom za pochodzenie społeczne: chłopskie lub robotnicze.

Osobiście z tytułu pochodzenia żadnych kompleksów nie posiadam. Obaj moi dziadkowie, Włodzimierz Rygiel i Bazyli Kozakow, urodzeni jeszcze pod koniec wieku XIX, byli przedwojennymi inżynierami budownictwa (obaj do wygooglowania - w Internecie można natrafić na skany przedwojennych dokumentów z ich nazwiskami). „Niestety” obaj byli pochodzenia raczej „tylko” mieszczańskiego. Za to ożenili się ze szlachciankami: Eugenią Niewęgłowską (żona dziadka po mieczu) i Janiną Tymińską (żona dziadka po kądzieli). Ta druga w dodatku okazała się być owocem mezaliansu. Jej matka bowiem (moja prababcia), będąc z domu „aż” Koźmińska, samowolnie wyszła za mąż z wielkiej miłości za „szaraczka” Tymińskiego, czym na długie lata zraziła sobie rodziców i krewnych. I gwoli koniecznego uzupełnienia dodam, że owi dwaj inżynierowie budownictwa, koledzy jeszcze sprzed wojny, spotkali się po wojnie w Trójmieście i postanowili wzmocnić przyjaźń małżeństwem swoich dzieci, tj. moich rodziców, którzy zresztą po kilku latach, wkrótce po moim przyjściu na świat, się rozeszli. Rodzice pracowali w charakterze niższych raczej urzędników - z wykształceniem niepełnym średnim (matka) i niepełnym wyższym (ojciec). Matka: tajna edukacja ogólnokształcąca podczas okupacji, po wojnie nieuznana za pełną maturalną - zbyt późno matka zgłosiła wniosek w tej sprawie. Ojciec: studia politologiczne i politechniczne, czyli dwa całkowicie różne fakultety, jednakże żaden nieukończony napisaniem i obroną pracy dyplomowej. Karier więc nie porobili – ani matka w budownictwie, ani ojciec w kolejnictwie, gdzie pracowali aż do emerytur. Po co o tym wszystkim piszę, jakby odżegnując się od posądzenia o posiadanie chłopskiego rodowodu? Chyba tylko dlatego, że – w przeciwieństwie do panów Michała Rauszera i Kamila Janickiego – moje równie jak ich emocjonalne podejście do tytułowego tematu nie wynika z przeświadczenia o wielowiekowej krzywdzie własnych przodków. Sięgając natomiast pamięcią wstecz i ucząc się historii zawsze byłem i nadal jestem gorącym zwolennikiem absolutnej równości wszystkich ludzi, niezależnie od ich pochodzenia społecznego, narodowościowego, rasowego czy wyznawanej religii (lub jej braku).

Czas przejść do meritum. Książka p. Kamila Janickiego to wspaniałe, popularnonaukowe opracowanie, łatwe w odbiorze, napisane z dużym polotem redakcyjnym (jak zresztą wszystkie jego publikacje). Wprowadza nas w szczegóły chłopskiej niedoli na przestrzeni wieków. Dowiemy się i poznamy:

·       skąd się wzięła pańszczyzna, na czym polegała i jak jej wymiar systematycznie powiększano w miarę upływu stuleci,

·       inne formy przymusowego obciążenia chłopa na rzecz pana, niezależnie od formalnego obowiązku wykonywania pracy pańszczyźnianej,

·       przepaść społeczną dzielącą szlachtę i chłopów; chłopi nie byli obywatelami tzw. drugiej kategorii – ich w ogóle nie uznawano za obywateli przedrozbiorowej Rzeczypospolitej,

·       jak w praktyce funkcjonowało zwierzchnictwo pana nad chłopem, oraz na co pan względem chłopa mógł sobie całkowicie bezkarnie pozwolić,

·       inne formy, oprócz bata i dyb, utrzymywania chłopskiej niewoli, którymi m.in. było celowe rozpijanie chłopów oraz ich ciemnota, analfabetyzm,

·       stale pogarszające się warunki socjalne chłopskiego życia – przeczytamy jak chłopi mieszkali, ubierali się; poznamy także, pożal się Boże, ich jadłospis,

·       liczne pozytywne opinie wychwalające system pańszczyźniany i wydawane drukiem szlacheckie poradniki w tym zakresie (takie ówczesne podręczniki do ekonomiki rolnictwa),

·       pogarszanie się warunków chłopskiego życia także wskutek politycznych kłopotów Rzeczypospolitej, przede wszystkim tych w wieku XVII,

·       krytyczne opinie o polskim systemie pańszczyźnianym, pochodzące od naszej szlachty (niestety głosy bardzo nieliczne) oraz od goszczących na naszych ziemiach przybyszów z zachodniej Europy.

Książka posiada też walor podręcznika historii gospodarczej. Autor przedstawia sposób funkcjonowania gospodarki folwarcznej, źródła jej dochodów i przyczyny strat. Poznane ze starych dokumentów kwoty pieniężne szacunkowo denominuje na dzisiejsze złotówki, co – przyznaję – niezwykle wzbogaca realizm opisów. Czego mi tylko w tym opracowaniu zabrakło? Autor niezwykle pobieżnie przemknął się po opisie chłopskiego oporu społecznego, chłopskich powstań w szczególności. Czytelników tą tematyką zainteresowanych pozwolę sobie odesłać do lektury wspomnianej na wstępie książki p. Michała Rauszera. Zgodnie z jej tytułem dużo przeczytamy o chłopskich buntach. Ale jeszcze więcej dowiemy się o nich z opracowania pt. „Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania”, autorstwa dr. hab. Adama Leszczyńskiego, które opiszę tu już następnym razem. Pan Kamil Janicki natomiast skupił się, skądinąd słusznie, na przedstawieniu całokształtu chłopskiej krzywdy i jej zaakcentowaniu. Nic jednak nie wspomniał, że niekiedy dochodziło do uszlachcenia chłopów, głównie na skutek ich zasług na polu bitewnym (tu wspomnę epizod opisany w „Potopie” Henryka Sienkiewicza). Nobilitacja mieszczan zdarzała się częściej. Również bogatsi żydzi uzyskiwali szlachectwo za cenę konwersji na katolicyzm. A zatem stan szlachecki przedrozbiorowej Rzeczypospolitej nie był tak całkowicie hermetyczny, jak można by wywnioskować z kart tej interesującej książki.

Na zakończenie dwie drobne uwagi redakcyjne. Na str. 58 w wierszach 4 i 3 od dołu, znajduje się zdanie, cyt.: „Kmiecie żyli w rodzinach nuklearnych, składających się z rodziców i dzieci”. Sensu przymiotnika umieszczonego w tym zdaniu nie zrozumiałem, słownik wyrazów obcych też mi nie pomógł. Chyba autor miał na myśli „rodziny molekularne”? Z kolei na str. 271, mniej więcej w środku strony, mowa jest o cenie niewolnika w Stanach Zjednoczonych, cyt.: „u schyłku stulecia XIX”. Pragnę zauważyć, iż to okres już po wojnie secesyjnej i zniesieniu niewolnictwa w południowych stanach USA.

PS. Przypomniał mi się stary dowcip z epoki Rzeczypospolitej jeszcze przedrozbiorowej. Kiedyś wspaniale go przedstawił w TV w charakterze skeczu kabaretowego znany satyryk Janusz Rewiński. Dwóch popijających wódkę szlachciców jedzie powoli odkrytym powozem. Stangret trzyma lejce i pilnuje wolnego tempa jazdy, aby panom gorzałka się nie rozlewała. Z przeciwka wędruje jakiś miejscowy chłop, widząc pański powóz ściąga czapkę i kłania się uniżenie. Panowie każą stangretowi zatrzymać się.

¾    Stój! Czyj jesteś, chamie?

¾    Jaśnie pana Starowolskiego.

¾    Taaa… Znamy twojego pana, chamie. A skąd i dokąd idziesz, chamie?

¾    Wielmożni panowie, ja tylko idę ze wsi do karczmy.

Jeden z podpitych szlachciców chce jakoś chłopu dokuczyć, przynajmniej pożartować z niego.

¾    Mówisz chamie, że idziesz ze Starej Woli. A powiadają, że tam za wsią, na rozstaju dróg, rozkraczona goła baba stoi, gołą dupę wypina i całować się w nią każe. Całowałeś i ty? Mów chamie prawdę, a ino szybko, bo stangretowi batem oćwiczyć cię każę!

¾    Jaśnie panie, wszystko powiem, całą prawdę! Ta baba faktycznie tam jest, widziałem ją z bliska. Ale nie całowałem, bo mnie biedaka wygonili! Tylu herbowych, wielmożnych panów się tam naszło i najechało, wszyscy w długiej kolejce się ustawili. Jaśnie panowie, jedźcie tam prędko, to i wy zdążycie!

 

piątek, 9 września 2022

„Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich”. Autor: Michał Rauszer

 

We wrześniu będzie „na ludowo”. Trzy polecane w tym miesiącu książki dedykuję bardzo licznym rodakom, których antenaci nie tworzyli historii politycznej naszego państwa. Nie zasługiwali na to – byli bowiem potomkami Chama. Jako tacy pozostawali, zgodnie z przekazem biblijnym, pod butem i batem potomków Jafeta, tj. wszechwładnej szlachty. Musieli też usługiwać potomkom Sema, czyli duchowieństwu. Tak przez całe wieki naprawdę uważano – przypomnijmy choćby filozoficzne dywagacje skądinąd niezwykle sympatycznego Sienkiewiczowskiego pana Zagłoby, polskiego szlachcica XVII wieku o poglądach bardzo reprezentatywnych w tamtych czasach.

Michał Rauszer „Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich”

Wydawnictwo RM, Warszawa 2020

Doskonały esej historyczny, pozwalający dzieje naszego kraju ujrzeć z innej, mało znanej strony. Historia polityczna Polski od mniej więcej XVI wieku jest tu tylko tłem dla przedstawienia losów najniżej usytuowanej klasy społecznej: chłopstwa. Liczebnie jednakże dominującej – jeszcze u zarania odzyskania niepodległości w 1918 r. chłopi stanowili nie mniej niż 70% ludności naszego państwa. Warto, aby zdawało sobie z tego sprawę wielu współczesnych „nowobogackich” rodaków, usiłujących doczepić swoim przodkom herbowe lub przynajmniej mieszczańskie życiorysy. Żaden nie przyzna się do „chamskiego” pochodzenia! Tymczasem wg demograficznej oczywistości ich prapradziadkowie chadzali jeszcze za potrzebą za stodołę, a prapra…pradziadkowie analfabeci odrabiali tytułową pańszczyznę i całowali pana w rękę. Po cóż zresztą tak dalece sięgać w przeszłość?! Zdarzało się, że w powojennej, odbudowywanej Warszawie ich ojcowie lub dziadkowie - w pierwszym pokoleniu przedstawiciele nowej klasy robotniczej Polski Ludowej - uprawiali chów kur w wannach, a świń i kóz na dachach. A i oni sami (albo ich ojcowie) otrzymali w PRL możliwość zdobycia wyższego wykształcenia nieraz jedynie dzięki tzw. punktom za pochodzenie społeczne: chłopskie lub robotnicze.

Osobiście nie posiadam chłopskich korzeni, ale tę książkę przeczytałem z wielkim współczuciem, chwilami nawet ze zgrozą. Oczywiście, na czym mniej więcej polegały poddaństwo chłopów i ich praca pańszczyźniana, jak ciężka była chłopska dola, jak krwawe bywały bunty społeczne, to już kiedyś nauczono mnie na lekcjach historii i języka polskiego (literatura piękna!). Pan Michał Rauszer to wszystko chronologicznie i tematycznie usystematyzował oraz szczegółowo opisał. Przedstawił instytucje poddaństwa osobistego i pańszczyzny chłopów, funkcjonujące od pierwszej połowy XVI wieku (występujące już wcześniej, jednakże poczynając od XVI wieku darmowa praca chłopów stała się podstawą folwarcznej gospodarki szlacheckiej). Instytucje te istniały aż do drugiej połowy XIX wieku, kiedy to pańszczyznę ostatecznie zniesiono, a chłopów uwłaszczono. Owo znoszenie poddaństwa osobistego chłopów, obowiązku pracy pańszczyźnianej oraz uwłaszczenie chłopów odmiennie wyglądało na ziemiach polskich pod zaborami – autor to odrębnie dla każdego z zaborów opisuje i przedstawia w jakich „bólach porodowych” następowało. W zaborze austriackim rolę „akuszerki” skutecznie spełniła tzw. rabacja galicyjska. Autor obala mit o jej wznieceniu z inspiracji administracji austriackiej, choć oczywiście wskazuje polityczną korzyść, jaką austriackiemu zaborcy przyniosła: stłumienie w zarodku powstania krakowskiego 1846 r.

Poddaństwo osobiste chłopów i pańszczyzna, obojętnie jak by tego nie skodyfikować, są już z samej natury rzeczy bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące. I za takie były też uważane przez chłopów, w swojej masie nigdy niemogących się pogodzić z narzuconą im podrzędną rolą w społeczeństwie. Znajdowało to wyraz w twórczości ludowej – opowieściach, bajkach, przyśpiewkach. W sprzyjających zaś okolicznościach chłopi brali na swoich panach (i ich pomocnikach) krwawy, okrutny odwet. Powyżej napisałem: „obojętnie jak by tego nie skodyfikować”. Polscy szlachcice nie przejmowali się unormowaniami prawnymi dot. traktowania chłopów, a takowe przecież zawsze jakieś istniały, formalnie nie pozwalając sprowadzać pańszczyźnianego chłopa do roli antycznego niewolnika. Panowie jednak w d… mieli owe przepisy i ze swoimi poddanymi postępowali, jak im się żywnie podobało, nieraz bardzo okrutnie. To oczywiście utwardzało przeświadczenie chłopów o głębokiej niesprawiedliwości systemu feudalnego, oraz wzmagało  – dojrzewającą latami – chęć odwetu. I odwet ten następował w formie cyklicznych buntów i powstań chłopskich (przez autora interesująco opisanych). Szlachta w ogóle nie uznawała chłopów za obywateli-Polaków (nawet, jeśli polski był ich językiem ojczystym), a więc i oni w polskości widzieli zagrożenie dla siebie. Czemu dawali wyraz, nierzadko współpracując z zaborcami podczas tłumienia powstań narodowych.

Na kartach książki autor nawiązuje do osoby Kazimierza Deczyńskiego, którego pamiętnik stał się kanwą powieści Leona Kruczkowskiego pt. „Kordian i cham”, zaliczanej w czasach PRL do szkolnej lektury obowiązkowej i zapamiętanej przeze mnie z nauki w liceum. Zapytałem teraz też o to moją córkę, absolwentkę klasy humanistycznej jednego z najlepszych liceów warszawskich (matura 2006). Nic o tej książce nie słyszała – „Kordian” kojarzy się jej wyłącznie z Juliuszem Słowackim. Cóż, na fali dekomunizacji relegowano ze szkolnych lektur całą twórczość Leona Kruczkowskiego. Usunięcie „Kordiana i chama” uważam jednak za przysłowiowe wylanie dziecka z kąpielą – powieść wiernie bowiem oddawała społeczne realia pierwszych dekad XIX wieku, w tym okresu powstania listopadowego. A zatem książkę p. Michała Rauszera polecam przede wszystkim młodszym czytelnikom – tym, którym postać Kazimierza Deczyńskiego pozostaje nieznana. Zainteresowani mogą też odszukać w bibliotekach „Kordiana i chama” Leona Kruczkowskiego.

PS.1. Mam parę drobnych uwag redakcyjnych, wskażę te najbardziej istotne. W środku str. 137 rok 1846 proszę poprawić na rok 1844. W 1846 r. ksiądz Piotr Ściegienny przebywał już na katordze. Jego osoby dotyczą również dwie konieczne poprawki na stronach 138 i 139, gdzie napisano o pozbawieniu, a następnie przez niego odzyskaniu święceń kapłańskich. W istocie chodziło nie o święcenia, lecz o godności kapłańskie, a to przecież różnica. Na str. 229 (w środku strony) rok 1801 proszę poprawić na rok 1815, dopiero bowiem wtedy powstała Rzeczpospolita Krakowska (1815-1846). No i na str. 257 w pierwszych trzech wierszach „Zakończenia” warto dopisać lata życia Kazimierza Deczyńskiego (1800-1838), a jego lata nauki w szkole bernardyńskiej umiejscowić nie w Warcie, lecz w Warszawie (zob. „Słownik biograficzny historii Polski”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2005, tom A-K, str. 306).

PS.2. Jakiś czas temu w audycji telewizyjnej (nie przypominam sobie kanału TV) powtórzono stary, przedwojenny skecz kabaretowy. W latach 20. i 30. ub. wieku żyli jeszcze powstańcy styczniowi – honorowano ich, przeprowadzano z nimi wywiady. Jeden z dziennikarzy, właśnie w celu przeprowadzenia wywiadu z kombatantem, udał się na wieś i odnalazł chłopskiego staruszka, o którym powiadano, iż brał udział w pamiętnych wydarzeniach roku 1863. Ów przedwojenny, gorzki skecz kabaretowy brzmiał mniej więcej tak:

- Dziadku, podobno bił się pan wtedy dzielnie. Proszę o tym opowiedzieć.

- A jakże, panie. Był mus, to i biłem. Mocno, chłopską ręką!

- Razem z powstańcami?

- A jakżeby inaczej! Gdzie tylko byli!

- I co pan z nimi robił, jak i gdzie walczyliście?

- A tu, w tej wiosce. I w sąsiedniej też. My ich naszą chłopską gromadą, jak się tylko pojawili, to ich od razu przez łeb, w postronki, na fury i do cyrkułu, do rządu!

 

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

„Ku Wrześniowi 1939. Zbrojne ramię sanacji”. Autor: Robert Michulec

 

Dnia 1 września br. przypada 83-cia rocznica wybuchu II wojny światowej.

Rober Michulec „Ku Wrześniowi 1939. Zbrojne ramię sanacji”

Wydawnictwo Armagedon, Gdynia 2009

Dnia 1 września 2016 r. zamieściłem tu wpis dotyczący pierwszego tomu książki autorstwa p. Roberta Michulca, zatytułowanej „Ku Wrześniowi 1939” (do odszukania w katalogu tematycznym 1). Drugi jej tom, o dodanym podtytule „Zbrojne ramię sanacji”, stał sobie grzecznie obok pierwszego na półce w bibliotece domowej i długo czekał na … którąś z kolejnych rocznic Września. No i doczekał się. Dziś, 29 sierpnia 2022 r., jestem świeżo po jego lekturze, już mniej skonsternowany niż 6 lat temu po przeczytaniu części pierwszej. W międzyczasie bowiem zapoznałem się również z książkami Jochena Böhlera, Roberta Forczyka, Radosława Golca, Grzegorza Górskiego, Marka Kamińskiego, Sławomira Kopra, Cezarego Łazarewicza, Tymoteusza Pawłowskiego, Krzysztofa Raka, Władysława Studnickiego, Lecha Wyszczelskiego, Piotra Zychowicza i Stanisława Żerko (wymienieni w porządku alfabetycznym, najszybciej do odszukania również w katalogu tematycznym 1). Drugi tom, ten dziś omawiany, rozpoczyna się od strony nr 749, co podkreśla jego ciągłość z częścią pierwszą.

Książka p. Roberta Michulca ma jakby podwójny charakter. Przede wszystkim stanowi opracowanie popularnonaukowe, co potwierdza bardzo duża wiedza historyczna i militarno-techniczna autora oraz drobiazgowe, źródłowe udokumentowanie przytaczanych przez niego faktów, często w naszej historiografii przemilczanych i przez to nieznanych (albo poznanych tylko jednostronnie). Jest to jednak zarazem emocjonalnie napisany esej historyczny - autor używa mocnych określeń, pisząc krytycznie nie stroni od ironii i sarkazmu. Wszystko to powoduje, iż lekturze towarzyszy niesłabnące zainteresowanie, jeśli tylko czytelnik nie został do niej z góry uprzedzony. Autor nie pozostawia suchej nitki na wojskowej ekipie sanacyjnej rządzącej Polską w latach 1926-1939. Krytyce poddaje w zasadzie wszystkie aspekty jej polityki, które - skumulowane - nałożyły się na klęskę wrześniową. Były nimi przede wszystkim:

§  niewłaściwe decyzje podjęte w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego; skąpymi środkami finansowymi i technicznymi należało gospodarować inaczej,

§  przestarzała doktryna przydatności i sposobu wykorzystania w nadchodzącej wojnie różnych rodzajów wojsk,

§  przyjęte błędne założenia operacyjno-taktyczne, brak koordynacji dowodzenia, rażące zaniedbanie systemu łączności, przesadne wymagania dotyczące zachowania tajemnicy wojskowej (także w sytuacjach tego niewymagających),

§  zły system szkolenia żołnierzy; nacisk kładziono na patriotyczną motywację i głoszenie niesprawdzonych teorii, natomiast zbyt mało sił i środków przeznaczano na praktyczne poznawanie wymogów współczesnego pola walki.

Winni temu byli przywódcy sanacyjni. Autor niezwykle krytycznie, często z użyciem dosadnych epitetów, ocenia większość członków rządzącej elity khaki (tak ich sarkastycznie nazywa). Ukazuje ich wady, podkreśla mierność intelektualną. Nie pisze gołosłownie, opinie dokumentuje przykładami. Odnosząc się do okresu poprzedzającego wybuch wojny pan Robert wyraża się krytycznie (słusznie) o polityce narodowościowej II RP, z uwypukleniem represji ekonomicznych i administracyjnych wobec mniejszości niemieckiej. Przebieg wojny wrześniowej opisuje zupełnie inaczej niż przywykła to czynić nasza dyżurna historiografia, mająca głównie na względzie aspekty martyrologiczny i patriotyczno-pedagogiczny. To nie przewaga techniczna i liczebna Wehrmachtu oraz Luftwaffe zadecydowały o szybkiej klęsce. Wg autora polski żołnierz był źle dowodzony i również gorzej (niż niemiecki) się bił, a wyjątki przedstawiane w naszej historiografii tylko potwierdzają tę regułę. Szaleńczo-samobójcze szarże naszej kawalerii na Panzerwaffe, mimo powojennych zaprzeczeń, jednak zdarzały się – autor wskazuje przypadki, podając daty i lokalizacje. Podczas owej krótkiej kampanii wrześniowej nie byliśmy też tacy honorowi i rycerscy, jak nam się to do dziś propagandowo i „pedagogicznie” wmawia (sam, kiedyś ucząc się w szkole historii, święcie w to uwierzyłem). Zbrodnie wojenne również i nas wtedy obciążały - autor podaje tego przykłady. Reasumując, gorąco polecam tę pasjonującą choć bardzo trudną (emocjonalnie!) lekturę, wg mnie konieczną dla każdego miłośnika historii pragnącego odkrywać jej białe karty i poznawać tzw. drugą stronę medalu. Muszę jednak zastrzec, że choć książka bardzo mi się podobała, to nie wszystkie opinie autora podzielam. M.in. przytoczę tu cytat, który mnie mocno zbulwersował. Pan Robert, wypominając Zofii Kossak, skądinąd słusznie, jej antysemityzm, wyraźnie przeszarżował. Cytuję, str. 1485, drugi akapit od góry: Gdyby porównać twórczość Z. Kossak i J. Goebbelsa, ten drugi spaliłby się ze wstydu, oszczędzając III Rzeszy kilkanaście litrów benzyny w oblężonym Berlinie. Chyba że autor miał na myśli porównanie twórczości literackiej obydwojga, co jednak z kontekstu absolutnie nie wynika. Osobiście nie jestem klerykałem, ostatnimi laty w kościele bywam w zasadzie tylko na pogrzebach i ślubach, ale powieści historyczne akurat tej katolickiej pisarki uwielbiam (głównie jej „Krzyżowców”). Przede wszystkim zaś orientuję się co do niezwykle bogatej, propagandowej, żydożerczej twórczości Goebbelsa, więc powyższe porównanie przyjąłem z niesmakiem. 

I jeszcze jedna refleksja, ot taka sobie - wspomnieniowa. W roku bodajże 1976 miałem okazję porozmawiać z pewnym charyzmatycznym starszym panem, był wtedy mniej więcej w moim dzisiejszym wieku (71). Rozmowa (w szerszym gronie) toczyła się przy zastawionym stole, owego pana naszła „przykieliszkowa” szczerość. Dyskutowaliśmy m.in. o wojnie obronnej 1939 r., w której on uczestniczył w stopniu zmobilizowanego oficera rezerwy. Wspomniał ze smutkiem o kilkunastu osobach, które jego pododdział pozbawił życia. Zdziwiłem się tą traumą, zwłaszcza po tylu latach. Powiedziałem, że niemieckich żołnierzy padłych w boju nie ma co żałować, bo to przecież byli najeźdźcy. Popatrzył na mnie przeciągle i wyznał, iż w 1939 r. nie zabił ani jednego Niemca, gdyż … po prostu nie miał takiej okazji, nie zdążył, nie zdarzyło się. Był natomiast oficerem polskiej żandarmerii wojskowej. Wyłapywali naszych dezerterów i maruderów-kryminalistów nękających ludność cywilną, wielu z nich rozstrzelali. I dlatego miewa czasem wyrzuty sumienia, gdyż zapewne nie wszyscy na to zasłużyli.

Na str. 1596 i 1597 autor podaje przybliżoną wysokość strat żołnierskich niemieckich i polskich w wojnie 1939 r. Niemcy: 16343 żołnierzy zabitych i zmarłych z ran, 320 zaginionych i 27640 rannych. Razem 44303 żołnierzy (dodany skrót „tys.” jest błędem edytorskim, straty by wtedy szły w miliony). Polacy: 90 tys. zabitych; wraz z rannymi straty WP wyniosły ok. 260-280 tys. żołnierzy. Cyt.: Stosunek strat w ludziach kształtował się zatem co najmniej 5:1 na korzyść Niemców. Drobny błąd edytorski wkradł się też na str. 1144 (środek strony). Ładunek bombowy „Łosia” to nie 2000 ton, lecz 2000 kg. Zastrzegam, iż powyższe dwie oczywiste pomyłki edytorskie, jak również przytoczony cytat dotyczący Zofii Kossak, dostrzegłem w moim egzemplarzu książki pochodzącym z wydania w 2009 r. Być może w późniejszych zostały one usunięte. 

Na końcu książki autor dołączył dokumentację fotograficzną, zawierającą wiele zdjęć z lat 1934-1938, tj. z czasów, gdy relacje polsko-niemieckie układały się w zasadzie przyjaźnie. Spostrzegamy niemieckie delegacje wojskowe w Polsce i polskie w Niemczech. Aż łza się w oku kręci z powodu tej zmarnowanej, niewykorzystanej, odrzuconej historycznej szansy. Mielibyśmy dziś zupełnie inną sytuację za naszą granicą wschodnią (inaczej też przebiegającą). Czytelnik, który teraz się żachnął, niechże się dobrze zastanowi. Polska obecnie bardzo wspomaga logistycznie wysiłek militarny Ukrainy, co na pewno rosyjską soldateskę doprowadza do wściekłości. Przez nasz kraj przetacza się tranzyt sprzętu, bez którego opór Ukrainy zapewne dawno zostałby złamany. Sytuacja polityczno-militarna wydaje się być więc rozwojowa, na dzień dzisiejszy nic nie wskazuje na możliwość rychłego zakończenia wojny. A polityka Rosji Putina bywa nieprzewidywalna.

PS. Miłośników historii pragnę poinformować, że w punktach sprzedaży czasopism aktualnie jest do nabycia „Pomocnik Historyczny” Nr 6/2022 tygodnika „Polityka”, zatytułowany „Blizny po rozbiorach. O przyczynach i skutkach upadku Rzeczpospolitej”. Inspiracją do jego wydania stała się okrągła, 250. rocznica I rozbioru Polski (1772). Polecam z zastrzeżeniem, aby osoby niemające idealnego wzroku zaopatrzyły się w lupę. Kierownictwo „Polityki” z uporem godnym lepszej sprawy od lat używa maluteńkiego druku (przez inne redakcje stosowanego co najwyżej w przypisach), nie dostrzegając, iż wzrok pokolenia starszego (a i młodszego komputerowego również) systematycznie się pogarsza. Rozumiem – względy ekonomiczne. To po co w takim razie przesadnie dobry papier i piękne, kolorowe ilustracje? Proszę rozłożyć dowolne numery tygodników „Polityka” i np. „Angory” lub „Przeglądu”, a następnie porównać ich optyczną „czytelność”. A potem się dziwią, że im nie wzrasta sprzedaż „Polityki”.

 

piątek, 19 sierpnia 2022

„Niewygodny Polak”. Autor: Maciej Bernatt-Reszczyński

 

Poprzedni mój tu artykuł stanowił omówienie publikacji IPN-u o okupacyjnej Polnische Polizei jako formacji. Dzisiejszy jest o jednym z jej komendantów. Zanim jednak zaczniecie go Państwo czytać, proponuję zerknąć do tamtego poprzedniego (jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił). Razem z chwilką zadumy zajmie to najwyżej 10 minut. Już? No to zaczynamy.

Maciej Bernatt-Reszczyński „Niewygodny Polak”

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., Poznań 2017

Postać tytułowa książki to Aleksander Reszczyński (1892-1943), przedwojenny, wyższy oficer Policji Państwowej, zarazem … stryjeczny dziadek autora. Podczas okupacji komendant powołanej przez Niemców tzw. policji polskiej (potocznie zwanej policją granatową) w Warszawie. Zastrzelony w marcu 1943 r. przez żołnierzy Gwardii Ludowej – formalnie za kolaborację z okupantem, a faktycznie z powodu porachunków politycznych, jakie mieli z nim już od lat polscy komuniści. Ponadto podziemie komunistyczne, likwidując warszawskiego komendanta Polnische Polizei, liczyło na pozytywny, propagandowy tego wydźwięk w zmaltretowanym okupacją społeczeństwie. W polskiej historiografii, poczynając od lat 70. ub. wieku, „wina” Aleksandra Reszczyńskiego bynajmniej nie została dowiedziona. Od potępienia go odcięli się byli wysoko postawieni dowódcy Armii Krajowej, przyznając iż Reszczyński – aczkolwiek nie był zaprzysiężonym żołnierzem konspiracji – to jednak z kontrwywiadem AK współpracował. O pełną rehabilitację Reszczyńskiego bezskutecznie zabiegała jego córka, ciotka autora książki, który właśnie od niej uzyskał dużo potrzebnych informacji. Korzystał również z wielu innych źródeł – przeprowadzał wywiady, dokonywał kwerendy archiwaliów, konsultował się z uznanymi profesorami historii. Prowadził korespondencję (także elektroniczną) z osobami mogącymi mieć wiedzę o działalności Aleksandra Reszczyńskiego, okolicznościach jego śmierci, a także o zabójcach i ich mocodawcach. W rezultacie napisał interesującą książkę w dość nietypowej formie – bardzo zbeletryzowanego reportażu historycznego, przeplatanego relacją o swojej pracy nad tą książką. Szczegóły wyjaśnił w „Posłowiu” (str. 579-581), od którego proponuję rozpocząć lekturę.

Maciej Bernatt-Reszczyński w sposób niezwykle obiektywny postarał się przedstawić postacie bohaterów książki, głównych i drugorzędnych, z obu stron ówczesnej barykady politycznej. Część I zatytułowana „Aleksander, Franciszek” odnosi się do zastrzelonego komendanta policji granatowej w Warszawie (Aleksandra Reszczyńskiego) oraz dowódcy ekipy likwidacyjnej, niewykluczone iż samego zabójcy (Franciszka Bartoszka). Część II pt. „Hanna i Hedda” to dalsze, wojenne i powojenne losy córki Aleksandra Reszczyńskiego (Hanny) oraz żony Franciszka Bartoszka (Heddy), wkrótce wdowy po nim. Przez obie części książki przewijają się ciekawe postacie historyczne i fikcyjne. M.in. trzeba tu wymienić Joachima Weissa, niemieckiego szefa Policji Kryminalnej (Kripo) w Warszawie. Autor wykreował go jako postać niezwykle sympatyczną, a jego małżeńskie perypetie wprowadziły do treści książki nieco pikanterii. Być może nie są to sytuacje zmyślone, niewykluczone iż opisane relacje faktycznie zachodziły pomiędzy tym sympatycznym Austriakiem (urodzonym we Lwowie) a jego niewierną żoną. Beletrystyczna forma i lekkie pióro autora na pewno przyciągną każdego czytelnika zainteresowanego realiami epoki, a w zasadzie dwóch różnych epok – czasach okupacji i następujących po nich latach wdrażania i utrwalania władzy ludowej. Na przykładzie losów konkretnych osób poznajemy zagmatwaną sytuację polityczną tamtych lat. M.in. czytamy o funkcjonowaniu policji granatowej podczas okupacji, o powojennym triumfie czołówki krajowych, konspiracyjnych kadr GL/AL – po kilku latach przemienionym w ciężkie represje ze strony tych ich ideologicznych współtowarzyszy, którzy do Polski przybyli pod osłoną czołgów Armii Czerwonej.

Na zakończenie parę grymasów z mojej strony. W posiadanym przeze mnie egzemplarzu książki stwierdziłem kilka błędów edytorskich, z których trzy irytujące pozwolę sobie wytknąć. I tak: 1) na str. 409 w wierszu 5 od góry pomylono Jacka Kurskiego z Jarosławem Kurskim, 2) na str. 545 w wierszu 9 od góry widnieje błąd w pisowni nazwiska Józefa Piłsudskiego, 3) na str. 568 w wierszu 10 od góry takiż błąd występuje w nazwisku Marcina Zaremby, autora publikacji tam przywołanej (przy okazji wyjaśniam, iż chodzi o jego „Wielką trwogę”, już omówioną na tym blogu).

 

wtorek, 9 sierpnia 2022

„Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939-1945”. Opracowanie redakcyjne: Tomasz Domański i Edyta Majcher-Ociesa

 

Z przyjemnym zaskoczeniem zauważyłem zapis w kalendarzu na biurku, że dzień dzisiejszy (9 sierpnia) to „Dzień Miłośników Książek”. Takimż osobiście jestem od ósmego roku życia. Przypominam sobie, jak podczas wakacji pomiędzy pierwszą a drugą klasą szkoły podstawowej (w czasach, gdy klasy tzw. zerowej jeszcze nie wymyślono) odkryłem u siebie zdolność tzw. płynnego czytania. Akurat sylabizowałem tekst w jakimś ilustrowanym tygodniku prenumerowanym przez babcię i nagle … eureka, stało się! Potem już książka była stałym elementem wypełniającym mój wolny czas. Oprócz lektur szkolnych, tych obowiązkowych, i tych uzupełniających, sięgałem w zasadzie po wszystko, co tylko było w zasięgu ręki i wzroku. Gust i konkretne preferencje przyszły dopiero później, już na etapie nauki w liceum. 

A zatem, z okazji naszego święta życzę dziś osobom podobnie jak ja „zakręconym”: wszystkiego najlepszego i jak najwięcej ciekawych lektur! Teraz, po lipcowym, wakacyjnym i nieco frywolnym przerywniku, powracamy do poważnych książek traktujących o historii. A nawet bardzo poważnych, jako że ta dziś proponowana to naukowa publikacja IPN-u.

Tomasz Domański  [red.], Edyta Majcher-Ociesa [red.] „Policja granatowa w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939-1945” 

Instytut Pamięci Narodowej, Kielce-Warszawa 2019

W książce znajdujemy 9 referatów wygłoszonych podczas konferencji naukowej IPN dnia 6 grudnia 2016 r. w Kielcach, poświęconej roli Polnische Polizei i postawie polskich policjantów będących jej funkcjonariuszami. Jest to publikacja niezwykle ciekawa, a zarazem rzadka – dotychczas w polskiej historiografii (zwłaszcza popularnonaukowej, kierowanej do szerszego kręgu czytelników) niewiele było pozycji dotyczących głównie tej tytułowej tematyki. Autorzy często przywołują wydaną w 1990 r. książkę Adama Hempla pt. „Pogrobowcy klęski. Rzecz o policji granatowej w Generalnym Gubernatorstwie 1939-1945”, której niestety, jak dotąd, nie miałem okazji przeczytać.

Stworzona przez okupanta już jesienią 1939 r. Polnische Polizei bynajmniej policją polską – w znaczeniu państwowym – nie była. Realizowała interesy III Rzeszy, z którą Rzeczpospolita Polska pozostawała nieprzerwanie w stanie wojny. Armia polska jako całość przecież nigdy nie skapitulowała, a żaden formalny, polityczny rozejm (jak np. w przypadku Francji) nie został z Niemcami zawarty. Generalnego Gubernatorstwa nie można było nazwać nawet krajem posiadającym polską autonomię. Rządził niepodzielnie okupant prowadzący politykę eksploatacyjno-eksterminacyjną. Potrzeba powołania dla potrzeb ludności miejscowej jakiejś formacji policyjnej wynikała z przyczyn pragmatycznych, zarówno tych obiektywnych, jak i subiektywnych, ale głównie z punktu widzenia władz niemieckich.

Obiektywnie: należało zapewnić na podbitym terytorium bezpieczeństwo i porządek publiczny. Nadawali się do tego tylko policjanci polscy, znający język i krajowe realia, mający również przedwojenne doświadczenie. A w kraju, w warunkach wojny i okupacji, znacznie wzrosło zagrożenie przestępczością tzw. pospolitą (chuligaństwem, oszustwami, kradzieżami, rabunkami itp.) oraz bandytyzmem. Implikowały je nowe, niezwykle trudne warunki życia i przeżycia, jak też okoliczność wypuszczenia i ucieczki z więzień we wrześniu 1939 r. w zasadzie wszystkich osadzonych tam kryminalistów. Należało więc chronić ludność oraz zabezpieczać funkcjonowanie przestrzeni publicznej. Polscy policjanci starali się te zadania wypełniać, płacąc za to nieraz najwyższą cenę. Ich życie w warunkach okupacyjnych bardzo „staniało”, uzbrojeni bandyci nie mieli skrupułów z posługiwaniem się bronią palną, w czasach wojny dość łatwo dostępną.

Subiektywnie: funkcjonariusze tzw. policji granatowej musieli również wypełniać obowiązki nałożone na nich przez władze okupacyjne, bardzo często sprzeczne z podstawowymi interesami ludności. Zwalczali nielegalny handel artykułami spożywczymi (nieraz dający jedyną szansę przeżycia), uczestniczyli w procederze wywózki Polaków na roboty przymusowe do Niemiec. Odbierali ludności chłopskiej przeznaczony dla okupanta tzw. kontyngent rolny (roślinny i zwierzęcy). W miastach pilnowali zamkniętych gett ludności żydowskiej (dopóki te istniały), nie dopuszczając do kontaktów z Polakami i ucieczek Żydów. Bywało, iż tropili Żydów ukrywających się po tzw. aryjskiej stronie, czyli poza murami gett. W samym Holokauście też pomocniczo maczali palce, zabezpieczając niemieckie akcje wywózek ludności żydowskiej do obozów zagłady.

Autorzy wszystkie ww. obowiązki policji granatowej dość szczegółowo omówili, przedstawili także struktury Polnische Polizei (funkcjonującej w ramach szczątkowego polskiego samorządu terytorialnego) oraz odrębnej od PP polskiej policji kryminalnej, wchodzącej w skład niemieckiej Kriminalpolizei (Kripo) działającej również na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Potocznie obydwie te quasi polskie formacje policyjne nieraz utożsamiano. Autorzy referatów pochylili się nad postawami funkcjonariuszy, oscylującymi od podjęcia patriotycznej współpracy z podziemiem i sabotowania zadań służbowych sprzecznych z polskim interesem narodowym, poprzez zachowania biernie oportunistyczne, aż po wykazywanie się nadgorliwością i służalczością wobec okupanta. Za to ostatnie bywali karani śmiercią przez polskie organizacje konspiracyjne, a i po wojnie niektórych osądzono. Autorzy również, oprócz zaprezentowania ogólnych informacji o strukturze i zadaniach policji granatowej, omówili konkretną jej działalność na wybranych obszarach GG (Kielce, Opoczno, Lublin) oraz na przykładzie wielu imiennie wskazanych granatowych policjantów (zarówno tych zasługujących na uznanie, jak i nadgorliwych kolaborantów). Przedstawili też ich powojenne losy. Radzę przy tym zwracać uwagę na przypisy, w których zamieszczono wiele danych biograficznych. Reasumując, bardzo polecam Państwu te 9 naukowych referatów IPN, przybliżających także szerszemu gronu czytelników wiedzę o niuansach funkcjonowania okupacji hitlerowskiej. A czego mi w książce zabrakło? Otóż choćby śladowej informacji o Aleksandrze Reszczyńskim – bohaterze książki, która zostanie tu omówiona następnym razem („Niewygodny Polak”, autor Maciej Bernatt-Reszczyński). Albowiem przyznaję, iż to właśnie jej lektura nakłoniła mnie do rozejrzenia się za publikacją traktującą o Polnische Polizei.

 

piątek, 29 lipca 2022

„Lesbijki seryjne morderczynie”. Autorka: Katarzyna Paluch

 

To już ostatnia w tym roku lektura mogąca towarzyszyć letnio-wakacyjnemu relaksowi, także takiemu z kuflem piwa w dłoni. Podobnie jak poprzednio tu omówiona, poświęcona jest płci niewątpliwie pięknej, ale czasem okrutnej (i też jest to książka dla osób dorosłych). Obiecuję, że w sierpniu powrócimy do poważnej tematyki historycznej.

Katarzyna Paluch „Lesbijki seryjne morderczynie”

Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego, Warszawa 2015

Miałem pewne wątpliwości, czy ww. publikację powinienem zaliczyć do książek o tematyce historycznej. Jest ona bowiem głównie poświęcona tytułowym pięciu paniom uprawiającym zbrodniczy proceder w latach 1963-1989, czyli w czasach nie tak znowu historycznych. Kobiety te, niewątpliwie o orientacji homoseksualnej, działały w trzech parach – jednej „mieszanej” (lesbijka z gejem) i dwóch lesbijskich. Okoliczności i (cyt.) „punkty zapalne” ich czynów autorka określiła odpowiednio jako okultyzm (wampiryzm), seks sadomasochistyczny i prostytucję. Nie chcąc potęgować niezdrowej sensacji nie napiszę tu jednak nic o ich ofiarach ani o modus operandi dokonywanych seryjnych morderstw. Informacje te, dość szczegółowe, odnajdziecie Państwo w książce.

A zatem dlaczego piszę o owej książce na blogu historycznym? Ano głównie dlatego, iż autorka zamieściła w niej także interesujący (choć z konieczności zwięzły) rys historyczny postrzegania kobiecości jako takiej, jak również kobiecej seksualności, w tym kobiecej homoseksualności. Od czasów antycznych przedbiblijnych począwszy (tzn. jeszcze przed powstaniem Biblii), poprzez „późniejszą” starożytność, następnie średniowiecze, renesans, epokę oświecenia, itd., aż do przełomowych dla środowiska LGBT lat 90. ub. wieku. Przedstawiła odbiór „nietypowej” kobiecości w oczach opinii publicznej na przestrzeni wieków, rolę instytucji kościelnych i świeckich w kształtowaniu tej opinii, a także sankcje nakładane na „zboczone” niewiasty – od tylko społecznego ostracyzmu po utożsamienie z czarownicą i śmierć na stosie. Autorka opisała podejście do kobiecego homoseksualizmu (też na przestrzeni wieków) wybranych filozofów, twórców i in. ludzi nauki. Rozdziały temu poświęcone skłoniły mnie do uznania książki, w jakimś sensie, za również historyczną i napisania tu o niej. Opracowanie Pani Katarzyny można określić jako aspirujące do publikacji popularnonaukowej. Oprócz bowiem ww. rysu historycznego autorka dokonała także krótkiego usystematyzowania i objaśnienia procederu seryjnych morderców w oparciu o wiedzę z zakresu kryminologii, kryminalistyki, psychologii i psychiatrii. Przedstawiła to zarówno w odniesieniu do ogólnej problematyki zachowania osób będących sprawcami seryjnych zbrodni, jak też wobec tych konkretnych pięciu niewiast - lesbijek seryjnych morderczyń, których charaktery, czyny i losy szczegółowo opisała. Na końcu książki zamieściła wykorzystaną bibliografię, w znacznej części anglojęzyczną.

 

wtorek, 19 lipca 2022

„Seryjne zabójczynie. Najsławniejsze morderczynie w dziejach”. Autorka: Tori Telfer

 

Nadchodzi kolejna fala upałów. Kontynuujemy więc lekturę wakacyjną, tj. przyswajalną także po trzecim piwie. Z zastrzeżeniem, że ta dziś proponowana przeznaczona jest dla osób pełnoletnich.

Tori Telfer „Seryjne zabójczynie. Najsławniejsze morderczynie w dziejach”

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o., Warszawa 2017

Tytuł książki pozostaje adekwatny do nazwy wydawnictwa, nieprawdaż? Cenię poczucie humoru. Jednakowoż moim Czytelniczkom raczej odradzałbym wizytę w takiej poradni K. Każdy z 14-tu rozdziałów poświęcony jest co najmniej jednej okrutnej i wielokrotnej morderczyni. Amerykańska autorka wybrała owe panie z różnych epok i kontynentów, opisała ich zbrodniczą działalność, sprawiedliwy koniec, jaki każdą z nich spotkał, wreszcie pokusiła się o zwięzłe, psychologiczno-socjologiczne wytłumaczenie motywacji czynów każdej z nich.

Można śmiało rzec, iż psychopaci - seryjni mordercy pojawiają się na naszym ziemskim padole niezależnie od gender, a więc i płeć piękna nie bywa od nich wolna. Kulturowo przypisywane kobietom takie szlachetne atrybuty jak macierzyństwo, opiekuńczość, dbałość o ognisko domowe, są oczywiście prawdziwe i stanowią regułę, ale każdą regułę - jak wiemy - potwierdzają wyjątki. Pani Tori Telfer takie właśnie wyjątki, ba – wyjątki szczególnie rażące, z archiwów Internetu wydobyła i po wielu latach, często wręcz po wiekach, jakie upłynęły od tragicznych wydarzeń, ponownie tą książką upubliczniła. Ponownie – gdyż w swoim czasie każda z opisanych morderczyń bardzo bulwersowała opinię publiczną.

Były to kobiety ze wszystkich sfer, od gminu poczynając, a na błękitnokrwistej arystokracji kończąc. Ich patologiczne, zbrodnicze motywacje przedstawiały się bardzo różnie. Najczęściej owe panie poprawiały sobie, drogą morderstw, własny los. Usuwały z tego świata niewygodne im osoby (mężów, kochanków, dzieci, rodziców, rodzeństwo, etc.), inkasowały ubezpieczenia pieniężne, realizowały korzystne dla siebie testamenty. Pozbywały się osób stanowiących obciążenie ekonomiczne lub stojących im na drodze do poprawy sytuacji życiowej. Np. zabijały współmałżonka, aby ponownie (lepiej i bogaciej) wyjść za mąż, przy czym – po okresie kolejnego rozczarowania – popadały w recydywę i znów sięgały po truciznę (najczęstszy ich „oręż”). Zdarzały się też jednak i inne motywacje, np. już czysto rabunkowe. Jedna z pań prowadziła iście krwawy biznes – tzw. czerwoną oberżę. W nocy osobiście podrzynała gościom gardła. Natomiast dwie wielkie damy z arystokracji (węgierskiej i rosyjskiej) absolutnie nie kierowały się żadnymi przesłankami ekonomicznymi. One mordowały po prostu dla własnej chorobliwej satysfakcji. Węgierka czyniła to najprawdopodobniej na tle seksualnym, sadystyczno-lesbijskim – jej ofiarami były bowiem wyłącznie młode kobiety, które wymyślnymi torturami osobiście pozbawiała życia. Jej zbrodniczą działalność szerzej opisała p. Elwira Watała w książce pt. „Najsłynniejsze lesbijki świata”, również tu omówionej. Od siebie dodam (amerykańska autorka o tym nie napomyka), iż owa węgierska hrabina była krewną polskiego króla, który akurat dobrze zapisał się w naszych dziejach. Natomiast kres zbrodniczej działalności arystokratki rosyjskiej położyła dopiero caryca Katarzyna II, co do której nasza historiografia nie ma powodów, aby ją dobrze wspominać.

A kim były owe tytułowe seryjne zabójczynie, jak przez długie lata realizowały zbrodniczy proceder, co sprawiało, że w końcu zajmował się nimi wymiar sprawiedliwości, jakie otrzymywały wyroki oraz jak te wyroki wykonywano, to już proszę przeczytać w książce.