piątek, 8 września 2023

„Inna Polska? 1918-2018. Alternatywne scenariusze naszej historii”. Autor: Witold M. Orłowski

 

W tym miesiącu będzie bardziej analitycznie i „przekrojowo” – skupimy się na większej liczbie zaistniałych wydarzeń dziejowych, z uwzględnieniem także ich alternatywnego przebiegu. Zaczniemy od książki znanego profesora, wypowiadającego się na tematy ekonomiczne na łamach prasy, także goszczącego w stacjach RTV.

Witold M. Orłowski „Inna Polska? 1918-2018. Alternatywne scenariusze naszej historii”

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2018

Ekspert w zakresie zagadnień społeczno-gospodarczych, profesor ekonomii, niegdysiejszy (niewykluczone, że także in spe) rządowy i prezydencki doradca ekonomiczny, puścił wodze wyobraźni i napisał kilka alternatywnych wersji stu lat historii Polski, kończąc każdą z nich na roku 2018 (nb. roku wydania książki). Wersje alternatywne wyraźnie odróżnił innym tłem druku. Postacie historyczne postępowały wg tych wersji inaczej, swoim zachowaniem (czynnym lub biernym) powodując przebieg wydarzeń zasadniczo różniący się od znanego nam z historii. Autor przy tym wyjaśnił, że wersję tzw. kontrfaktyczną każdorazowo uzasadnił dużym prawdopodobieństwem innego, możliwego rozwoju sytuacji w punkcie wyjścia, natomiast kolejne „piętra” dobudował w oparciu o analizę modelową (modeli logicznych, porównawczych, nawet ekonometrycznych). Szczegóły w tym zakresie zawarł w aneksie (str. 319-327), od przeczytania którego można rozpocząć lekturę. Historyczne sumy pieniężne urealnił do wartości i siły nabywczej dolara amerykańskiego z 2018 r. W zakończeniu rozwinięcia każdej wersji alternatywnej przedstawił podstawowe informacje dotyczące „Innej Polski” w roku 2018: jej ustroju, wielkości terytorium, liczby i struktury narodowościowej ludności, stanu gospodarki itp. Należy jednak podkreślić, iż zanim jeszcze pan profesor rozpoczął tworzenie tych swoich autorskich, tytułowych „scenariuszy alternatywnych”, każdorazowo napisał obszerne, interesujące wprowadzenie odnoszące się do rzeczywistego, historycznego punktu wyjścia. Zaproponowana przez niego pasjonująca rozrywka intelektualna objęła niżej wymienione tematy opracowane wg schematu: co by się stało, gdyby…, oraz co by się dalej chronologicznie działo – aż do roku 2018.

§  W 1920 r. przegrywamy wojnę z Rosją bolszewicką.

§  W 1939 r. Polska przyjmuje warunki Hitlera, ten na nas nie napada, ale Polska staje się politycznym oraz militarnym sojusznikiem Niemiec. Jest to wariant analizowany przy założeniu, że III Rzesza przegrywa wojnę z koalicją antyhitlerowską. O losie sojuszniczej Polski w razie wygrania wojny przez Hitlera autor tylko skrótowo napomyka, będąc tu jednak innego zdania niż np. śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz, p. Piotr Zychowicz i ja.

§  Pierwszy przeprowadzony przez niemieckich oficerów zamach na życie Hitlera udaje się – bomba umieszczona w pakunku oddanym do ładowni jego samolotu wybucha (zapalnik czasowy jednak zadziałał sprawnie) i Führer ginie w katastrofie lotniczej już w marcu 1943 r.

§  Polska społeczno-gospodarcza transformacja ustrojowa załamuje się jesienią 1990 r.

§  W kolejnym rozdziale autor sięga do lat pierwszej wojny światowej i prognozuje losy Polski, gdyby miały o nich głównie przesądzać zwycięskie (hipotetycznie) mocarstwa zaborcze. Czyli co by się dalej działo z naszą Ojczyzną, jeśliby choć częściowo spełniły się plany rodaków orientujących się na współpracę (alternatywnie) z Austro-Węgrami, Rosją lub Niemcami.

Szczegółów owych rozważań nie zdradzę – poza stwierdzeniem, że wszystkie te alternatywne wersje biegu historii przynoszą Polsce w 2018 r. stan i los gorszy niż faktyczny, znany nam wszystkim sprzed pięciu lat (choć w jednym z tych wariantów nasze państwo posiadałoby nieco większą powierzchnię niż obecnie). Czy tak by się stało? Osobiście miałbym parę wątpliwości, jak zapewne i inne osoby analizujące możliwy, alternatywny rozwój wydarzeń dziejowych, że wspomnę chociażby p. Piotra Zychowicza i jego bardzo interesujące eseje historyczne (opisane na blogu, proszę zerknąć do odpowiedniego katalogu czytelni). Reasumując, gorąco zachęcam Państwa do udziału w tej intelektualnej, wysublimowanej rozrywce. Sugerowane przez prof. Witolda Orłowskiego wydarzenia alternatywne, a przede wszystkim ich następstwa, wydają się nieraz dość zaskakujące, ale nie niemożliwe. Na zakończenie też wspomnę, iż autor niezwykle krytycznie (słusznie) odnosi się do istniejącego już od dawien dawna ideologiczno-politycznego podziału polskiego społeczeństwa i publicznych tego ekscesów. Gdyby książkę napisał w roku bieżącym, jego złość i rozgoryczenie – obserwując aktualne wydarzenia w okresie przedwyborczym – byłyby zapewne jeszcze większe.

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

„Imiennik Lenina. Życie Włodzimierza Ziomka w opracowaniu Witolda Pronobisa”. Autor: Witold Pronobis

 

Dziś o trzeciej z zapowiedzianych na ten miesiąc ciekawych książek biograficznych. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich nie dotyczy ona sławnej osoby z pierwszych stron gazet. Za to czyta się ją jak wakacyjny, pasjonujący kryminał.

Witold Pronobis „Imiennik Lenina. Życie Włodzimierza Ziomka w opracowaniu Witolda Pronobisa”

Wydawnictwo Naukowe FNCE, Poznań 2022

O książce dowiedziałem się z audycji programu Ex Libris w TVP Historia – polecił ją goszczący tam profesor Antoni Dudek. Z dużymi problemami nabyłem ją na początku kwietnia 2023 r. (mimo „świeżego” wydania z 2022 r. i dość wygórowanej ceny). Można ją określić jako zbeletryzowaną memuarystykę – w podtytule czytamy: Życie Włodzimierza Ziomka w opracowaniu Witolda Pronobisa. Autor nazwał ją „pół-powieścią”, mając na względzie dodane beletrystyczne ubarwienia, nieco wykraczające poza treść zwierzeń Włodzimierza, ale pozostające w zgodzie z ich ogólnym przesłaniem oraz osobowością bohatera. Poza tym p. Witold Pronobis wprowadził własne, dość obszerne komentarze historyczne, przybliżające realia opisywanych miejsc i czasów. Przedstawił też okoliczności poznania Włodzimierza oraz atmosferę i charakter odbywanych z nim długich rozmów przy winie. Już po kilkudziesięciu stronach (na łączną ich liczbę 411) czytelnik zostaje zorientowany w ogólnym zarysie przedwojennych i wojennych losów tytułowego bohatera z tzw. happy endem włącznie, co nie przeszkadza śledzić z zapartym tchem dalszej narracji. A zatem też te losy bardzo ogólnie nakreślę – tak gwoli zaciekawienia.

Włodzimierz Ziomek, ur. 1923, przybył wraz z rodzicami i młodszym bratem do ZSRR w 1934 r. na życzenie ojca, aktywisty Komunistycznej Partii Polski. Ojciec właśnie odsiadywał w Polsce krótki wyrok i w ramach wymiany więźniów politycznych dołączono go do grupy komunistów przekazywanych do Związku Radzieckiego w zamian za więzionych tam Polaków. Początkowo wiodło mu się dość dobrze, choć nie tak, jak sobie pobyt w Kraju Rad wyobrażał. Za jego zasługi dla Kominternu rodzina otrzymała w Moskwie samodzielne dwupokojowe mieszkanie, co było wielkim luksusem, jako że ponad 80% moskwian gnieździło się w tamtych czasach w przeludnionych mieszkaniach komunalnych, zajmowanych nieraz po kilkanaście nie zawsze spokrewnionych ze sobą osób. Miłe złego początki. Nadchodziły straszne lata. Stopniowo nasilający się wiatr historii przeistoczył się w 1937 r. w istny huragan. Stalinowski tzw. Wielki Terror zmiótł m.in. niemal wszystkich zagranicznych komunistów, którzy w latach poprzednich – niczym ćmy do płomienia świecy – z własnej woli przybyli do upragnionego radzieckiego raju. Ojciec Włodzimierza został po budzącej grozę parodii śledztwa rozstrzelany jako nasłany polski dywersant i szpieg. Matkę skazano na pobyt w łagrze (wkrótce tam zmarła), młodszego brata zabrano do domu dziecka, gdzie zmieniono mu tożsamość - był wszak synem skazanych „wrogów ludu”. Czternastoletni Włodzimierz tylko przypadkiem zdołał uniknąć aresztowania. Pokumał się z bandą bezprizornych nastoletnich urków. Byli dobrze zorganizowani, potrafili załatwić mu wyrobienie nowego, autentycznego dokumentu tożsamości na „lewe”, już rosyjskie nazwisko Bragin, z zachowaniem imienia Władimir. Z dokumentem tym wpadł w lipcu 1939 r. podczas próby nielegalnego przedostania się do Polski. Był podejrzewany o dywersję, przesłuchiwany, bity. Prawdziwej tożsamości nie wyjawił, gdyż mogłoby to pogorszyć jego sprawę. Od wyroku śmierci wybawił go … wybuch wojny. Na skutek bałaganu administracyjnego, jaki zapanował w NKWD w związku z nowymi „zadaniami” po agresji na Polskę, pomylono go z innym aresztowanym Braginem i jako więźnia kryminalnego (nie politycznego) skazano na pięcioletni pobyt w dalekim syberyjskim łagrze na Kołymie. Do morderczej pracy w kopalni na szczęcie nie trafił. Początkowo utrzymywał się przy życiu dzięki odnowionym kontaktom z urkami, akceptując ich bardzo brutalny błatniacki, przestępczy sposób radzenia sobie w łagrowej rzeczywistości. Wkrótce administracja obozu odkryła jego zdolności radiotechniczne (tą techniką pasjonował się jeszcze na wolności) i zaczęła go wykorzystywać w pracy na rzecz wojska. Niebawem został wcielony do Armii Czerwonej, w której – cały czas jako Władimir Bragin – walczył i odnosił rany. W pierwszych tygodniach 1945 r. trafił ze swoim plutonem do wsi Marwice (b. niem. Marwitz) koło Gorzowa Wielkopolskiego (b. niem. Landsberg). Tam z radzieckiego wojska zdezerterował, przyjmując kolejną nową tożsamość – tym razem jako Zygmunt K. (pełne brzmienie nazwiska pomijam – w książce się ono znajduje, ale autor nie poinformował, czy jest fikcyjne). Pomógł mu tragiczny przypadek – napotkany w Marwicach jego rówieśnik, nawet z twarzy podobny, został zastrzelony przez patologicznego typa, czerwonoarmistę z plutonu Włodzimierza. Pochodzący z Bydgoszczy Polak Zygmunt K. przebywał w Niemczech na robotach przymusowych i akurat tak … doczekał uwolnienia. Włodzimierz, uciekając, zabrał jego dokumenty osobiste. Wcześniej zdążył zabić owego patologicznego krasnoarmiejca, z którym miał zresztą odrębne, osobiste, jeszcze przedwojenne porachunki. I odtąd już, aż do końca życia, to Włodzimierz był Zygmuntem K., także dla najbliższej rodziny, którą założył. Żona i syn, noszący nazwisko K., nie wiedzieli, iż nie jest ono jego rodowym. Stało się to możliwe w powojennym zamieszaniu wywołanym zmianą granic i ustroju, oraz związanym z tym wielkim przemieszczaniem się ludności. Nie funkcjonował przecież wtedy żaden PESEL. Nasz bohater zamieszkał z rodziną w Krakowie. Swojego młodszego brata nigdy, mimo podejmowanych prób, nie odnalazł. W drugiej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku wystąpił o odszkodowanie należne za pracę przymusową dla III Rzeszy, otrzymując z Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie kwotę ok. 10 tys. zł. Rzeczywisty, historyczny Zygmunt K. figurował bowiem w odpowiedniej niemieckiej ewidencji.

Tyle w telegraficznym skrócie. Na ponad 400 stronach poznacie Państwo ze szczegółami dzieje Włodzimierza i jego bliskich w latach 1934-1945, z wielką historią w tle. Okrutny los przypadł mu w okresie męskiego dojrzewania, dorastania, czego we wspomnieniach nie pomija, opowiadając o swoich dwóch wielkich młodzieńczych miłościach, a także o inicjacji seksualnej w gronie nastoletnich bezprizornych urków. W treści wspomnień da się zauważyć kilka niespójności dotyczących chronologii wydarzeń i stopni wojskowych Władimira, których autor już nie zdążył z nim wyjaśnić. Nadmieniam też, iż moim zdaniem autor zdecydowanie zbyt pochopnie przyjął „na wiarę” prawdziwość wszystkich opowieści Włodzimierza - Zygmunta. Wątpliwości powinny zwłaszcza wzbudzić przypadkowe zbiegi okoliczności ponownego spotykania się tytułowego bohatera (na ogromnych euroazjatyckich obszarach) z innymi, ważnymi dla jego dalszego losu, postaciami. Uważny czytelnik na pewno to dostrzeże. W tym kontekście nie jestem też w pełni przekonany, czy przeistoczenie się Władimira Bragina w Zygmunta K. nastąpiło akurat tak, jak on opowiedział. Może doszło do tego w innych, równie dramatycznych okolicznościach, wykluczających jednak szczerość opowieści nawet po kilkudziesięciu latach. W końcu tytułowy bohater miał także błatniacką przeszłość i doświadczenie. Włodzimierz Ziomek vel Władimir Bragin vel Zygmunt K. zmarł na początku stycznia 2014 r. w wieku 90 lat. Naprawdę polecam tę pasjonującą lekturę jego biografii, godnej dobrej powieści sensacyjnej, którą zresztą m.in. też jest. Osobom słabiej znającym historię stalinowskiego ZSRR pomogą przypisy oraz komentarze autora, przemiennie przyjmującego od rozmówcy rolę narratora. Ponadto na stronach 399-407 znajdują się objaśniające aneksy, od których można rozpocząć lekturę.

PS. A propos przypisów. Na str. 66 w dolnym przypisie (ostatni wiersz) błędnie podano nazwę miejscowości, w której znajdował się hitlerowski obóz zagłady. Napisano tam (cyt.): „w Chełmie/Nerem”, powinno zaś być: „w Chełmnie n/Nerem” (Chełmno, a nie Chełm). Wzmianka o tym obozie dotyczyła porównywania metodyki zadawania śmierci przez oprawców z NKWD i SS.

piątek, 18 sierpnia 2023

„Ta kobieta. Biografia Wallis Simpson”. Autorka: Anne Sebba

 

Zgodnie z zapowiedzią w tym miesiącu skupiamy się na lekturze książek biograficznych. Dziś będzie o kobiecie, której samo istnienie obiektywnie przyczyniło się do biegu wydarzeń znanego nam z historii. Jej bowiem niepojawienie się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie najprawdopodobniej uczyniłoby Wielką Brytanię co najmniej cichą sojuszniczką III Rzeszy (o tym w ostatniej części dzisiejszego artykułu).

Anne Sebba „Ta kobieta. Biografia Wallis Simpson”

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2022, wydanie drugie

W maju br. również i polskie media relacjonowały przebieg uroczystości koronacyjnej króla Karola III (ur. 1948), który kilka miesięcy wcześniej objął tron Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, równocześnie stając się koronowaną głową państw byłego imperium (m.in. Kanady, Australii, Nowej Zelandii). Długowieczność jego matki, królowej Elżbiety II (1926-2022), spowodowała, iż na tron mógł wstąpić dopiero w wieku 74 lat. Bardzo długo zatem czekał na ziszczenie się swego, zapewne największego marzenia życiowego. W tym kontekście olbrzymie zdumienie musi budzić zachowanie się jego stryjecznego dziadka, króla Edwarda VIII, który w 1936 r. abdykował na rzecz młodszego brata – późniejszego króla Jerzego VI, ojca Elżbiety II. W tamtych czasach, kiedy Brytyjskie Imperium uważano za największe i najsilniejsze mocarstwo, dobrowolna rezygnacja z jego korony wprawiła świat w osłupienie. Powód tego był tylko jeden. Panujący od dopiero kilku miesięcy i cieszący się dużym społecznym poparciem król Edward VIII Windsor ogłosił publicznie w 1936 r., że zamierza ożenić się z panią Wallis Simpson, gdy tylko ta uzyska rozwód, a czekającą go koronację pragnie odbyć mając żonę u swego boku. W kręgach rządowych i parlamentarnych brytyjskich oraz dominiów nie wyrażono akceptacji. Nie przystano nawet na „kompromis” w postaci małżeństwa jedynie morganatycznego (żona bez tytułu królowej, a ew. potomstwo bez praw sukcesji do tronu i dziedziczenia majątku ojca). Za to, podobnie jak cała rodzina królewska oraz brytyjskie duchowieństwo, koła parlamentarne i rządowe okazały wielkie oburzenie z powodu zamiaru króla poślubienia kobiety o niejasnej przeszłości i wątpliwej moralności. Król na to odpowiedział podpisaniem aktu abdykacji w grudniu 1936 r. i małżeństwem z Wallis w roku następnym. Niesłuszne są dywagacje niektórych publicystów, jakoby król po niespełna 11-tu miesiącach panowania miał już dosyć bycia monarchą i znalazł sobie dobry pretekst do „wyjścia z zawodu”. Edward pozostawał mężem Wallis aż do śmierci w 1972 r. w wieku 78 lat. Żona przeżyła go o 14 lat, zmarła w roku 1986 mając lat 90, będąc już fizycznie i psychicznie skrajnie niedołężną staruszką.

Współczesna brytyjska popularna dziennikarka i autorka książek Anne Sebba napisała pełną biografię Wallis Windsor (1896-1986). W tytule, zapewne gwoli reklamy, umieściła jej poprzednie nazwisko Simpson. Korzystała z wcześniejszych opracowań, w tym także z autobiografii Wallis, ponadto dotarła do dokumentacji urzędowej i spisanych wspomnień świadków epoki. Informacje tam zawarte starała się weryfikować, wskazując niektóre dane biograficzne uznane przez siebie za mało wiarygodne. Swoją bohaterkę przedstawiła kompleksowo – oprócz czynów i wydarzeń życiowych pokusiła się ukazać ją od strony także psychologicznej, anatomicznej i fizjologicznej (sfery Erosa nie wyłączając).

Przed poznaniem przyszłego króla Edwarda VIII, do czego doszło na początku lat 30-tych ub. wieku, Wallis posiadała już dość bogaty życiorys. Mając 20 lat Amerykanka panna Wallis Warfield wyszła w 1916 r. za mąż za zawodowego wojskowego Winfielda Spencera. Ich małżeństwo dość szybko okazało się nieudane, formalnie jednak rozeszli się dopiero w roku 1927. Wcześniej, pozostając przez kilka lat z mężem w faktycznej separacji, Wallis prowadziła dość swobodny tryb życia - autorka wskazuje mężczyzn, którzy byli jej kochankami. Dużo też w tamtym czasie podróżowała, m.in. do Chin, gdzie mogła zgłębić wschodnie tajniki ars amandi, tak przydatne jej później w dwóch następnych małżeństwach. W 1928 r. Wallis wyszła w Anglii za mąż za bogatego Ernesta Simpsona, rozbijając jego poprzednie małżeństwo. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, iż Ernest był wnukiem (po mieczu) polskiego Żyda z Warszawy, noszącego nazwisko Solomon. Małżeństwo z Ernestem okazało się bardzo udane. Mąż tolerował jej związek z następcą tronu, od 1934 r. już jawny, choć z zachowaniem pozorów tylko przyjaźni. Wallis najwyraźniej odznaczała się tu tzw. podzielnością uczucia. Będąc przy tym realistką nie liczyła na małżeństwo z wysoko utytułowanym kochankiem. Nie rozeszłaby się z Ernestem, gdyby nie wielka do niej miłość i odważne oświadczyny Edwarda (już będąc królem oświadczył się kobiecie zamężnej!). Ernest postanowił pójść im obojgu na rękę. W rozprawie rozwodowej zgodził się wystąpić jako ten wiarołomny, winny zdrady małżeńskiej mąż – co było fikcją m.in. ukierunkowaną na ochronę wizerunku narzeczonej króla. Wallis utrzymywała także i później przyjazne relacje z Ernestem. Już po rozwodzie z nim i po ślubie z Edwardem prowadzili niepozbawioną intymności korespondencję. Wallis, sama przecież będąc ponownie zamężną, bardzo przeżyła kolejny ożenek byłego męża, tym bardziej, że „skradła go” jej najlepsza, jeszcze szkolna, przyjaciółka.

Pani Anne Sebba wszystkie owe damsko-męskie perypetie z najwyższych sfer bardzo interesująco opisuje. Przedstawia wielką niechęć całej rodziny królewskiej do amerykańskiej podwójnej rozwódki. Ukazuje również fascynację małżonków Edwarda i Wallis Windsorów hitlerowskimi Niemcami. W książce znajdujemy ich fotografię z 1937 r. rozmawiających z samym Führerem. Większość czasu wojny spędzili odesłani przez rząd na dalekie Bahamy, aby m.in. uniemożliwić ich porwanie przez wywiad niemiecki. Edward piastował tam stanowisko brytyjskiego gubernatora wysp, a żona udzielała się w pracy społecznej. Mimo warunków wojennych Wallis nieprzerwanie przywiązywała wielką wagę do wystawnego trybu życia, licznej służby domowej, eleganckich i modnych strojów, efektownej i drogocennej biżuterii, kosmetyków etc. Stale miała pretensję, że formalnie nie otrzymała tytułu Jej Królewskiej Wysokości, należnego członkini rodziny królewskiej. Jednak używała go mając na względzie opinię prawną, iż należał się jej automatycznie z chwilą poślubienia brata króla.

„Smaczku” lekturze dodają fragmenty książki odnoszące się do przedmałżeńskich i małżeńskich relacji Edwarda i Wallis, a także te dotyczące cielesności Wallis. Wynika z nich, iż Edward był w tym związku zakochanym na zabój, całkowicie zdominowanym pantoflarzem i najprawdopodobniej masochistą. Autorka wprawdzie nie odkryła sekretów ich sypialni, ale dotarła do informacji, wg których Wallis pomiatała mężem także w obecności służby, a on to potulnie znosił. Wallis chyba nie była anatomicznie stuprocentową kobietą – autorka wskazuje na jej cechy hermafrodytyczne. Musiały być one jednak ukryte (wewnętrzne), skoro Wallis bynajmniej nie stroniła od fizycznych kontaktów z mężczyznami, a jej heteroseksualni partnerzy obiekcji nie wysuwali. Niezachodzenie w ciążę, mało kobiece rysy twarzy i szczupła sylwetka ale mocna budowa ciała (widoczne na fotografiach załączonych do książki) uwiarygodniają te ustalenia autorki i niektórych wcześniejszych biografów Wallis.

Reasumując, polecam Państwu tę niezwykle ciekawą lekturę, w sam raz na sezon urlopowo-wakacyjny. Lekturę także poznawczą – m.in. dowiemy się, jakie miały poglądy polityczne, czym się pasjonowały elity i społeczeństwa Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych w najlepszych latach życia bohaterki książki. Na ostatnich stronach autorka wysuwa śmiałą hipotezę, jakoby istnienie Wallis Simpson obiektywnie przyczyniło się do – znanego nam z historii – przebiegu dziejów świata. Wallis bezwiednie wywarła wielki wpływ na bieg historii. Gdyby bowiem nie doszło do olbrzymiego zauroczenia nią Edwarda VIII, ten nie podjąłby w grudniu 1936 r. decyzji o abdykacji i pozostałby królem. Wielka Brytania miałaby wtedy monarchę o sympatiach wyraźnie proniemieckich (znającego też dobrze język niemiecki, w którym rozmawiał m.in. z Hitlerem). A zatem p. Anne Sebba może mieć rację! Hitler już w latach trzydziestych umizgiwał się do Wielkiej Brytanii, a po pokonaniu Polski w 1939 r. i Francji w 1940 r. dwukrotnie występował wobec niej z propozycją zawarcia pokoju. Nie wszyscy członkowie rządu byli równie nieustępliwi i odważni jak Winston Churchill. W United Kingdom istniały również wpływowe ugrupowania pacyfistyczne i proniemieckie, które – mając silne wsparcie popularnego w społeczeństwie króla (lubianego do czasu wyjawienia jego planów matrymonialnych) – mogłyby wspólnie z nim przekonać brytyjski parlament do prowadzenia w newralgicznym okresie od marca do sierpnia 1939 r. polityki zagranicznej innej niż ją znamy z lekcji historii. Nb. licząc właśnie na te koła arystokracji Rudolf Hess wyprawił się samolotem myśliwskim w maju 1941 r., rzekomo bez wiedzy Hitlera, z samotną misją pokojową do Wielkiej Brytanii. Okazała się jednak bez szans – Wielka Brytania i III Rzesza w owym czasie tłukły się już bezpardonowo na lądzie (Europa Płd., Afryka Płn.), w powietrzu i na morzach. Państwem rządził i w pełni je kontrolował premier Winston Churchill mający poparcie elit oraz króla Jerzego VI, już nie proniemieckiego jak jego starszy brat. Wielką Brytanię bardzo wspomagały logistycznie Stany Zjednoczone, których nienawidzący nazizmu i Hitlera prezydent nie przestrzegał zasady neutralności.

środa, 9 sierpnia 2023

„Nobliści skandaliści”. Autor: Sławomir Koper

 

W tym miesiącu już nie będę Państwa zachęcał do sięgnięcia po literaturę budzącą bolesne refleksje patriotyczno-martyrologiczne. W końcu mamy wakacje i czas na coś lżejszego. Dzisiejszy oraz kolejne dwa tu artykuliki poświęcę lekturze interesujących książek biograficznych, z historią tylko w tle.

Sławomir Koper „Nobliści skandaliści”

Wydawca TIME Spółka Akcyjna, Warszawa 2019

Autor, znany i uznany popularyzator historii, pozostawiając tym razem wielką historię tylko w tle, stworzył 6 krótkich esejów biograficznych dotyczących polskich noblistów. Świadomie pominął Lecha Wałęsę, nie chcąc wkraczać w meandry współczesnej polityki ani pisać o żyjącej postaci historycznej. Miał też na względzie już istniejące, kontrowersyjne opracowania innych biografów Pana Lecha, którym nie chciał robić konkurencji. O Oldze Tokarczuk również nie wspomniał – prawdopodobnie swą książkę przygotował do druku zanim jeszcze Pani Olga została noblistką. Bardzo polecam tę lekturę – w sam raz na letni wypoczynek, do czytania nawet na piaszczystej plaży czy w dłuższej podróży na urlop. Autor potrafi przykuć uwagę czytelnika, pisze też dowcipnie, nie stroniąc od humoru (własnego albo cytowanego). Każdorazowo przybliża czytelnikowi realia czasów i miejsc życia swoich (naszych!!!) bohaterów. Ich zarobki oraz nagrody w rublach i in. walutach, znane z archiwaliów, stara się waloryzować w dzisiejszych kwotach euro, abyśmy się mogli choć w przybliżeniu zorientować odnośnie ich ówczesnej siły nabywczej. Autor napisał zwięzłe życiorysy naszych noblistów, przy czym – nie pomijając dokonań życiowych – skupił się na ich życiu prywatnym, sfery intymnej nie pomijając. Przyznaję, iż większość „skandalicznych” informacji zawartych w tej książce była mi absolutnie nieznana – poza dwoma epizodami z życia Czesława Miłosza, o których dowiedziałem się poznając biografię Sergiusza Piaseckiego oraz czytając o seksualnych preferencjach Jarosława Iwaszkiewicza. Nie chcąc książki streszczać, za to chcąc nią Państwa maksymalnie zaciekawić, poniżej tylko wstępnie sygnalizuję, czego się możecie (konkretnie i z bliższymi szczegółami) dowiedzieć.

Maria Skłodowska-Curie (1867-1934) była utalentowaną uczoną, robiącą karierę naukową w czasach, gdy w sferę tę dopiero powoli i niechętnie wprowadzano również przedstawicielki płci pięknej. Od płci brzydkiej Maria nie stroniła, choć nie odnotowała tu wielkich kobiecych sukcesów. Pozytywnym wyjątkiem było tylko bardzo udane małżeństwo z Piotrem Curie. Wcześniej, gdy mieszkając jeszcze w Polsce pracowała jako korepetytorka, brak majątku stanął jej na przeszkodzie wyjścia za mąż z miłości. I bardzo dobrze się stało, gdyż w przeciwnym razie nie wyjechałaby do Francji i nie podjęła tam pracy naukowej w dziedzinie fizyki i chemii, uhonorowanej dwoma nagrodami Nobla (1903, 1911). Jakiś czas po śmierci Piotra wdała się w romans z żonatym naukowcem (współpracownikiem), co przysporzyło im obojgu mnóstwo kłopotów, szczegółowo przedstawionych w książce. Biografię Marii autor wzbogacił o opisanie losów oraz życiowych sukcesów jej dwóch córek i zięciów – karier również uwieńczonych nagrodami Nobla.

Henryk Sienkiewicz (1846-1916) zaznał wielkiej sławy już za życia i to jeszcze przed otrzymaniem literackiej nagrody Nobla (1905). Stał się bożyszczem tłumów, co prawda składających się głównie z przedstawicielek płci pięknej. Wcześniej, gdy się dopiero „dobrze zapowiadał”, ojciec jego ówczesnej narzeczonej zmarnował córce życie, nie wierząc w pomyślną przyszłość Henryka i każąc dziewczynie zerwać zaręczyny. Autor podkreśla, iż były to czasy, gdy o małżeństwach dzieci (zwłaszcza córek) decydowali rodzice. Pan Henryk był później trzykrotnie żonaty. Po przedwczesnej śmierci pierwszej żony jeszcze dwukrotnie wstępował w związek małżeński. Przepraszam – tylko raz. Jego drugiego małżeństwa bowiem nie rozwiązano rozwodem, lecz je kościelnie unieważniono. Czyli był to, posiłkując się terminologią sportową, matrymonialny falstart. Szukając ku temu powodów brano pod uwagę również fizyczne non consumatum związku, posuwając się aż do zbadania ginekologicznego panny młodej (niejednoznaczny wynik badania przedstawiony w książce). W poszukiwaniu pretekstu prym tu wiodła była/niedoszła teściowa pisarza, na której on zemścił się … w literaturze. Autor, pisząc o osobistych problemach Sienkiewicza, romansach etc., umiejscawia je w czasie tworzenia wybitnych dzieł literackich, wskazując na możliwe podobieństwo ich bohaterów (pozytywnych i negatywnych) do rzeczywistych postaci z otoczenia pisarza. Przy okazji p. Sławomir Koper prostuje pewną nieprawdziwą informację (ale powszechną w przekazie publicznym), za co jestem mu wdzięczny. Sam tego nie wiedziałem! Otóż Henrykowi Sienkiewiczowi bynajmniej nie przyznano nagrody Nobla za powieść „Quo vadis”, lecz za całokształt twórczości literackiej.

Władysław Stanisław Reymont (1867-1925) formalnie nie posiadał nawet podstawowego wykształcenia, natomiast okazał się samoukiem z wielkim talentem literackim. Za młodu chwytał się różnych zawodów: był uczniem i czeladnikiem krawieckim, aktorem, pracownikiem na kolei. Starając się poprawić swą sytuację materialną raz zdarzyło mu się postąpić bardzo nieuczciwie (ale za to bardzo skutecznie). Uwielbiał kobiety, zwłaszcza znudzone i rozczarowane mężatki. Jednej takiej pomógł rozbić małżeństwo, po czym się z nią ożenił. Odnośnie owych znudzonych mężatek – autor tego bliżej nie analizuje, natomiast ja uważam owo zjawisko za charakterystyczne dla tamtej epoki. Panie częściej niż dziś rozczarowywały się w małżeństwach – zawieranych nie z miłości lecz „z rozsądku” i nieraz z dużo starszymi mężczyznami. Po kilku, kilkunastu latach żonę w wieku 30+ łączyło z mężem 50+ już tylko wychowywanie dzieci, poza tym miewali odmienne zainteresowania, nie znajdowali wspólnego języka, przestawali też dzielić małżeńskie łoże. No i pani … zaczynała się okropnie nudzić. Wtedy obok pojawiał się jej rówieśnik, przystojny kawaler umiejący prawić komplementy sławiące jej kobiecość. Sytuacja finansowa Władysława Reymonta znacznie poprawiła się dopiero w ostatnim roku życia, gdy otrzymał literacką nagrodę Nobla (1924).

Czesław Miłosz (1911-2004) w życiu prywatnym jawi się jako hedonista, egocentryk, a nawet egoista. Płcią piękną był przez całe dorosłe życie mocno zaabsorbowany, choć traktował ją raczej instrumentalnie, nie zważając na łzy niewieście. W młodości przeżył (zdaniem autora, dla kariery) romans także homoseksualny. Pod względem politycznym oceniany był niejednoznacznie. Za zdrajcę uważano go nie tylko w PRL, lecz również w niektórych, najbardziej nieprzejednanych kręgach polskiej, powojennej emigracji na Zachodzie. Tyle rewers. Zaś awers curriculum vitae Czesława Miłosza to przede wszystkim bycie utalentowanym literatem (nagroda Nobla w 1980 r.) oraz bardzo dobrym wykładowcą akademickim. I to się głównie powinno liczyć! Po owocach ich poznacie. W 1993 r. Czesław Miłosz powrócił do Polski i zamieszkał wraz z drugą żoną (Amerykanką młodszą o 33 lata) w Krakowie. Zmarł w 2004 r. Organizacji uroczystego pogrzebu towarzyszyły protesty osób wypominających mu przeszłość polityczną. Żona, mimo dużej różnicy wieku, nie przeżyła go (umarła dwa lata wcześniej).

Za Wisławą Szymborską (1923-2012) również przez wiele lat wlokła się pamięć o przeszłości, jako że już w czasach stalinizmu wstąpiła do PZPR, a śmierć Stalina (1953) publicznie opłakała wierszem. Poza tym jej mężem był wówczas ortodoksyjny komunista – literat niebrzydzący się politycznymi donosami na kolegów. Wszystko to jej wypomniano po wielu latach, gdy w 1996 r. otrzymała literacką nagrodę Nobla. W życiu prywatnym Szymborska jawiła się jako osoba sympatyczna, towarzyska i z dużym humorem podchodząca do większości bieżących problemów. Była związana z powieściopisarzem Kornelem Filipowiczem (1913-1990), z którym dzieliła m.in. raczej niekobiece zamiłowanie do wędkarstwa.

W Epilogu p. Sławomir Koper wymienia pochodzących z Polski noblistów, mających polsko-żydowskie (najczęściej) korzenie. Nagrody Nobla (z różnych dziedzin) otrzymali już jako obywatele innych państw. Autor skupia się na Józefie Rotblacie (1908-2005), laureacie Pokojowej Nagrody Nobla w 1995 r. Był to polski Żyd, który jeszcze w kraju rozpoczął pracę naukową fizyka (doktorat na Uniwersytecie Warszawskim), a w 1939 r. wyjechał służbowo do Anglii. Najprawdopodobniej uratowało mu to życie, natomiast pozostała w Polsce żona podzieliła los milionów ofiar Holokaustu. Na Zachodzie szybko doceniono zdolności Rotblata. Wysłano go do USA, okresowo dołączając do grona naukowców pracujących nad projektem Manhattan. Jeszcze wówczas legitymował się polskim paszportem. Józef Rotblat szybko zdał sobie sprawę z olbrzymiego zagrożenia dla ludzkości wynalezieniem nowej, straszliwej broni masowej zagłady. Zaangażował się w ruch pacyfistyczny. W roku 1957 został w Kanadzie współzałożycielem Konferencji Pugwash w Sprawie Nauki i Problemów Światowych – ruchu optującego na rzecz rozbrojenia i pokojowego współistnienia. W okresie zimnej wojny aktywistów tego ruchu na Zachodzie postrzegano jako „użytecznych idiotów” (wg określenia Lenina), których działalność przynosiła korzyści propagandowe ZSRR. W życiu prywatnym Rotblata autor m.in. wymienia jego współpracownicę młodszą o 22 lata, zawdzięczającą mu karierę naukową, ale zamężną z innym mężczyzną, z którym (?) miała dwoje dzieci. Józef Rotblat (cyt., str. 456) „(…) finansowo wspierał syna Patricii i powszechnie było wiadomo, że go uwielbiał.”.

Reasumując, polecam tę bardzo interesującą lekturę, przybliżającą nam ludzkie, niewyidealizowane oblicza postaci, o których uczyliśmy się w szkole średniej. Jednak nie o wszystkich. O Józefie Rotblacie zapewne do dziś mało kto wie. Przypomnienie zaś tych wielkich i znanych może zachęcić do sięgnięcia po ich książki dotychczas nieprzeczytane. Osobiście mam w planie „Rodzinę Połanieckich” Henryka Sienkiewicza oraz znaną doskonale, ale tylko z ekranu, „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta.

PS.1. Czytając o Henryku Sienkiewiczu i Władysławie Reymoncie trudno nie wziąć po uwagę, iż obaj byli autorami książkowych trylogii. Tę Sienkiewiczowską na pewno każdy czytał (a jak nie czytał, to niech się do tego nie przyznaje). Przy okazji polecam jej znakomite dokończenie autorstwa Andrzeja Stojowskiego pt. „W ręku Boga. Trylogii ciąg dalszy” (opis do odszukania na tym blogu). Zaś Władysław Reymont stworzył trzytomowe dzieło pt. „Rok 1794”, na które złożyły się: „Ostatni sejm Rzeczypospolitej”, „Nil desperandum” oraz „Insurekcja”. Są to powieści chwilami przechodzące w pasjonujący reportaż historyczny. Bazując na archiwaliach Władysław Reymont dokładnie odtworzył obrady Sejmu Rzeczypospolitej w 1793 r. w Grodnie, na którym „nasi kochani posłowie” zatwierdzili II rozbiór Rzeczypospolitej (przesądzający o rychłym upadku państwa), oraz szczegółowo opisał przebieg insurekcji warszawskiej w roku następnym. Gorąco polecam tym, którzy jeszcze nie przeczytali.

PS.2. Nieraz „czepiam się” drobnych edytorskich niedociągnięć. Takoż i tym razem. 1/. W środku str. 21 sformułowanie „dług zaciągnięty u starszej siostry” proszę zamienić na „dług zaciągnięty u młodszej siostry”, co logicznie wynika z kontekstu (najpierw to młodsza Maria wspomagała finansowo starszą Bronisławę). 2/. Na str. 221 w wierszu 6 od góry widzimy błąd w nazwisku – Sienkiewiczowski Azja Tuhajbejowicz (syn Tuhaj-beja) pisany był przez „h” a nie „ch”.

czwartek, 27 lipca 2023

„13 dni, które zmieniły Polskę. Gra o powstanie ’44”. Autorzy: Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki

 

Dziś również o lekturze „okolicznościowej” – proponowanej ze względu na przypadającą w tych dniach 79-tą rocznicę opisywanych wydarzeń. Tak się przedstawiał obraz zagmatwanej sytuacji politycznej i militarnej w ostatniej dekadzie lipca 1944 r., tuż przed wybuchem powstania warszawskiego.

Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki „13 dni, które zmieniły Polskę. Gra o powstanie ’44”

Wydawca Bellona, Warszawa 2021

Autorzy napisali interesujący, poczytny esej historyczny, odnoszący się do sytuacji polityczno-militarnej w krótkim przedziale czasowym trzynastu dni: od zamachu na Hitlera (20 lipca 1944 r.) do wybuchu powstania warszawskiego (1 sierpnia 1944 r.). Poza datę końcową wyszli tylko w rozdziale 11, omawiając przebieg i rezultaty (a raczej ich brak) wizyty premiera Mikołajczyka w Moskwie w pierwszej dekadzie sierpnia, oraz w Epilogu, gdzie naszkicowali powojenne losy postaci historycznych występujących w książce. Przedstawili rzeczywisty oraz alternatywnie możliwy, hipotetyczny wpływ wydarzeń 20 lipca na dalszy przebieg wojny na ziemiach polskich, w tym głównie na powstanie warszawskie. Udany zamach i powiązane z nim przejęcie władzy przez zorganizowanych wojskowych i cywilnych spiskowców spowodowałyby kapitulację Niemiec na froncie zachodnim i przerzucenie ich dużych jeszcze sił na front wschodni. W tym wariancie zapewne nie byłoby mowy o stłumieniu powstania warszawskiego, wywołanego przez Polskie Państwo Podziemne mające swój konstytucyjny rząd w Londynie. Niewykluczone zresztą, iż w ogóle nie doszłoby wtedy do powstania. Kapitulujące na zachodzie Niemcy posthitlerowskie od razu uwolniłyby nasz kraj od swojej okupacji (pytanie tylko, w jakich granicach). Tak się jednak nie stało – zamach na Hitlera nie powiódł się, a ocalały, wzmacniany pobudzającymi środkami farmakologicznymi Führer wpadł w szał wyładowany w formie krwawej zemsty nie tylko na środowisku spiskowców. Na wieść o wybuchu powstania warszawskiego postanowił zniszczyć miasto wraz z mieszkańcami, powierzając wykonanie zadania Wehrmachtowi i Waffen SS.

Autorzy książki starają się dowieść, że informacja o zamachu na Hitlera była jedną z kilku najważniejszych przyczyn podjęcia decyzji o dacie wybuchu powstania warszawskiego. W ostatniej dekadzie lipca w Warszawie jeszcze nie wiedziano, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń politycznych – czy i ewentualnie jak dalece dojdzie do destabilizacji sytuacji wewnętrznej III Rzeszy (ciągle możliwej mimo nieudanego zamachu na życie jej Führera). M.in. brano pod uwagę różne optymistyczne scenariusze, w tym nawet powtórkę jesieni 1918 r., kiedy to Niemcy utracili ochotę do walki i dawali się Polakom rozbrajać. Czas natomiast naglił! Armia Czerwona przekroczyła Bug i na wyzwolonym od Niemców obszarze zainstalowała PKWN oraz jego terenowe agendy. Oddziały Armii Krajowej rozbrajano, żołnierzy odmawiających wstąpienia do armii gen. Berlinga aresztowano i wywożono na Syberię. Podobnie postępowano z ujawniającymi się przedstawicielami polskiej administracji cywilnej. Tytułowe 13 dni to zatem również opis wydarzeń (dzień po dniu) zachodzących wówczas w Warszawie, Moskwie, Londynie i Wilczym Szańcu Hitlera, w ścisłym powiązaniu z przebiegiem kampanii na froncie wschodnim. Czyli obraz dyplomacji oraz działań militarnych. Autorzy przy tym objaśniają motywy postępowania polityków i dowódców wojskowych, decydujących o przebiegu wydarzeń znanym nam z historii. Odnośnie niektórych osób pokusili się też o przedstawienie ich charakterów i zarysów biografii. W opracowaniu powoływali się m.in. na wydane wspomnienia świadków epoki, w tym Witolda Babińskiego, Adama Ronikiera i Zbigniewa Siemaszko. Opisy interesujących książek ww. autorów znajdziecie Państwo na tym blogu, można je odszukać w katalogu autorskim alfabetycznym lub tematycznym 2.

PS. W tekście posiadanego egzemplarza dziś tu omawianej książki stwierdziłem trzy poważne nieścisłości merytoryczne.  1/. Na str. 33 jest mowa o rozkazie Stalina zamordowania w Katyniu (i in. miejscach kaźni), cyt. „(…) grubo ponad 420 tys. mundurowych – żołnierzy (w tym ponad 10 tys. oficerów), policjantów, a nawet polskich kolejarzy.”. Nie kwestionując ogromu stalinowskich zbrodni, liczba 420 tys. wydaje się – w kontekście przywołanych grup osób i wydarzeń 1940 r. – co najmniej dziesięciokrotnie zawyżona.  2/. Na str. 76 autorzy, odnosząc się do dalszej historii, określają bitwę pod Borodino w 1812 r. jako rosyjskie (cyt.) „spektakularne zwycięstwo, odwracające losy wojny”. W rzeczywistości była to bitwa krwawa lecz nierozstrzygnięta, bez decydującego zwycięstwa żadnej ze stron. Rosjanie wycofali się po niej dalej na wschód i nie przeszkodzili Napoleonowi w zajęciu Moskwy.  3/. Na str. 85 zauważyłem błędną informację, jakoby Konstantemu Rokossowskiemu, represjonowanemu w latach stalinowskiego Wielkiego Terroru, wybito podczas śledztwa oko. Z innych publikacji, w tym o charakterze bezspornie naukowym, dowiedziałem się o szczegółach ciężkich tortur fizycznych i psychicznych, jakim poddawano wówczas Rokossowskiego, ale o tym, że na wolność wyszedł już jako człowiek bez jednego oka, tam się nie doczytałem. M.in. nic o tym nie wspominają tacy uznani historycy, jak profesorowie śp. Paweł Wieczorkiewicz (znawca tematu represji stalinowskich wobec dowódców Armii Czerwonej w latach1937-1939) oraz Nikołaj Iwanow (ekspert w zakresie znajomości działań Kremla wobec Polski i „radzieckich” Polaków). O takim „okulistycznym” kalectwie Rokossowskiego milczą również historycy opisujący go jako marszałka Polski, ministra obrony narodowej i wicepremiera rządu PRL do przełomu październikowego w 1956 r.

wtorek, 18 lipca 2023

„ZSRR wobec ukraińsko-polskiego konfliktu narodowościowego na Ukrainie Zachodniej w latach 1939-1947”. Autor: Ihor Iliuszyn

 

Dziś proponuję kolejną lekturę okolicznościową, w związku z przypadającą w tym miesiącu 80-tą rocznicą apogeum zbrodni ludobójstwa Polaków na Wołyniu. Książkę jakże jednak inną niż omówiona tu poprzednim razem! Choć obydwie wyszły spod pióra (pardon: z klawiatury komputera) historyka narodowości ukraińskiej.

Ihor Iliuszyn „ZSRR wobec ukraińsko-polskiego konfliktu narodowościowego na Ukrainie Zachodniej w latach 1939-1947”

Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2017

Ukraiński historyk podjął kontrowersyjny temat wpływu polityki ZSRR na relacje polsko-ukraińskie podczas II wojny światowej i w latach tużpowojennych. Odrębnie przeanalizował trzy okresy: 1) od 17 września 1939 r. do napaści Niemiec na Związek Radziecki, 2) lata okupacji niemieckiej, 3) ostatnie kilkanaście miesięcy wojny plus dwa lata powojenne. Do kwestii polskich starał się odnosić ze zrozumieniem i pewnym współczuciem. W części pierwszej (wrzesień 1939 – czerwiec 1941) podkreślił tragedię, jaka spotkała naród i państwo polskie, dość dokładnie opisał nieudolne próby tworzenia konspiracji ZWZ na obszarze zajętym przez ZSRR, szybko spenetrowanej przez NKWD. Wskazał na ówczesną ukrainizację życia publicznego, rugowanie Polaków z pracy w administracji, sądownictwie i szkolnictwie. Pisząc o ich aresztowaniach oraz wywózkach na Syberię zaznaczył, że podobne represje objęły również tych Ukraińców, którzy zostali uznani przez władzę radziecką za element niepożądany. Generalnie, zdaniem autora, w tym pierwszym okresie radzieckich rządów doszło do zaognienia i tak już nienajlepszych relacji pomiędzy ludnością polską a ukraińską. Nadmienił, że społeczność polska została wtedy pozbawiona znacznej części elit, poddanych represjom ze strony NKWD. W części drugiej (czerwiec 1941 - wiosna/lato 1944) autor podkreślił znaczenie polityki międzynarodowej oraz roli partyzantki radzieckiej, jaką odgrywała na zachodnim Wołyniu i w Galicji Wschodniej (inaczej niż na Białorusi). Członkostwo Polski i ZSRR w koalicji antyhitlerowskiej, w tym formalny sojusz polsko-radziecki obowiązujący od lipca 1941 r. do kwietnia 1943 r., w oczach Ukraińców ustawiły Polaków na pozycji wroga, ponieważ zachodnioukraińscy nacjonaliści orientowali się w tamtym czasie na współpracę z Niemcami toczącymi z ZSRR bezpardonową wojnę na wyniszczenie. Zaś partyzanci radzieccy pomoc logistyczną uzyskiwali przede wszystkim we wsiach polskich, co – zdaniem autora – dodatkowo wzmogło wzrost nastrojów antypolskich wśród społeczności ukraińskiej. Odnosząc się do bolesnego zagadnienia mordowania polskiej ludności cywilnej, autor stwierdza (cyt., str. 134): „Jestem zdania, że odpowiedzialność za podjęcie decyzji o zamordowaniu kilkudziesięciu tysięcy cywilnych Polaków, w tym starców, kobiet i dzieci, w myśl zasady odpowiedzialności zbiorowej, w pierwszej kolejności ponosi kierownictwo banderowskie.”. Jak więc widać, Ihor Iliuszyn - po pierwsze zaniża liczbę polskich ofiar, po drugie zaś ich zaistnienie składa na karb „odpowiedzialności zbiorowej” za współpracę Polaków z partyzantami radzieckimi i (niezależnie) z okupacyjną administracją niemiecką. „Zapomina” o programowym, doktrynalnym charakterze działalności struktur zorganizowanego nacjonalizmu ukraińskiego, opartego na zbrodniczej ideologii (szczegółowo rozpracowanych przez dr. hab. Wiktora Poliszczuka, vide poprzedni tu mój wpis). Poza tym myli skutek z przyczyną – Polacy faktycznie uciekali się do współpracy z partyzantami radzieckimi, tworzyli oddziały polsko-radzieckie, zabiegali też o pomoc niemiecką – właśnie z powodu mordów popełnianych przez banderowców! Ratując życie nie mieli innego wyjścia, na naszą Armię Krajową nie mogli bowiem niestety liczyć. Odnosząc się natomiast do spekulacji niektórych historyków, autor zaprzecza, jakoby strona radziecka świadomie inicjowała w tamtym czasie konflikt ukraińsko-polski. W części trzeciej (jesień 1944 - 1947) Ihor Iliuszyn podnosi kwestię wymiany ludności pomiędzy Polską a USRR, opisuje napotykane z tym problemy, akcentuje też sprawę polskiej zemsty – m.in. początkowo liczne członkostwo Polaków w tzw. istriebitielnych batalionach (utworzonych przez NKWD), zwalczających nacjonalistów ukraińskich. Równoległe opisuje rozprawienie się ZSRR ze strukturami Armii Krajowej i delegatury polskiego rządu emigracyjnego. Natomiast odnosząc się do sytuacji na powojennych ziemiach polskich autor stwierdza, iż podjęcie w 1947 r. akcji „Wisła” było decyzją suwerenną, nienarzuconą, na którą jednak kierownictwo Polski musiało uzyskać zgodę Związku Radzieckiego. Operację „Wisła” ocenia krytycznie, uznając ją za główną przyczynę postępującej później denacjonalizacji mniejszości ukraińskiej w Polsce.

Reasumując, polecam tę interesującą książkę, dającą przykład podejścia historiografii ukraińskiej do trudnej przeszłości stosunków pomiędzy dwoma sąsiednimi narodami, obarczonych podczas II wojny światowej wpływem polityki ZSRR i Niemiec hitlerowskich.

PS.1. Wiktor Poliszczuk, autor książki poprzednio tu omówionej, kilkakrotnie odniósł się w niej krytycznie wobec poglądów już wcześniej wyrażanych przez Ihora Iliuszyna. Nazwał go (cyt.) „ukraińskim nacjonalistycznym historykiem” twierdzącym (cyt. za W. Poliszczukiem), że „…obecnie celem historiografii ukraińskiej, jak i polskiej, nie powinno być udowadnianie przestępczości ideologii i praktyki OUN-UPA, a takie właśnie zadanie od samego początku postawił przed sobą Wiktor Poliszczuk…”.

PS.2. Tematyka relacji polsko-ukraińskich już kilka razy gościła na moim blogu (i zapewne w przyszłości też się jeszcze pojawi). Z wcześniej proponowanych tu publikacji proponuję odszukać w odpowiednim katalogu recenzję pasjonującej, a dziś pasującej okolicznościowo, książki Piotra Zychowicza pt. „Wołyń zdradzony czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”.

sobota, 8 lipca 2023

„Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”. Autor: Wiktor Poliszczuk

 

Dziś proponuję lekturę okolicznościową. Za trzy dni przypada 80-ta rocznica apogeum masowych, zorganizowanych mordów na ludności polskiej Wołynia.

Wiktor Poliszczuk „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”

Wiktor Poliszczuk, Ph.D.,1490 Prince John Circle, Oakville, ON., L6J 687, Canada, Toronto 2004

Ani na kartach książki, ani na żółtej okładce nie znalazłem informacji o przedsiębiorcy zajmującym się dystrybucją tej książki w Polsce. W innym formacie (różniący się wygląd okładki, 50 stron więcej) wydało ją w 2006 r. w naszym kraju Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski (do odszukania w Internecie). Natomiast ten mój kanadyjski (?) egzemplarz nabyłem jakiś czas temu w polskiej księgarni internetowej i …odłożyłem na półkę. Teraz po niego sięgnąłem w związku z przypadającą w lipcu br. 80-tą rocznicą apogeum zorganizowanych, masowych mordów ludności polskiej na Wołyniu.

Najpierw jednak o autorze. Wiktor Poliszczuk (1925-2008) to pół-Ukrainiec (po ojcu), pół-Polak (po matce), sam określający się jako Ukrainiec. Urodzony w Dubnie na Wołyniu. W 1940 r. ojca zamordowało mu NKWD, a jego wraz z matką i dwiema siostrami zesłano do Kazachstanu. W 1946 r., powołując się na polskie pochodzenie matki, repatriowali się do Polski i zamieszkali na Dolnym Śląsku. Wiktor Poliszczuk ukończył w Legnicy liceum pedagogiczne, potem studia prawnicze na Uniwersytecie Wrocławskim. Krótko był zatrudniony w prokuraturze (skierowany tam celem wywiązania się z ówczesnego 3-letniego nakazu pracy po studiach), a następnie pracował w charakterze radcy prawnego i adwokata. W 1981 r., mając już 56 lat, wyemigrował wraz z żoną i dziećmi do Kanady, gdzie – stykając się z liczną diasporą ukraińską – podjął badania naukowe nad istotą (genezą, ideologią, działalnością) zorganizowanego nacjonalizmu ukraińskiego. Związki z Polską cały czas utrzymywał, polskie obywatelstwo zachował. W 1994 r., mając 69 lat, na Uniwersytecie Wrocławskim obronił pracę doktorską pt. „Ideologia nacjonalizmu ukraińskiego wg Dmytra Doncowa”. W 2002 r., w wieku 77 lat, na Uniwersytecie Śląskim uzyskał stopień doktora habilitowanego na podstawie ogólnego dorobku naukowego oraz rozprawy habilitacyjnej pt. „Dowody zbrodni OUN i UPA”. W książce znajduje się jedna z ówczesnych recenzji profesorskich w tym przewodzie habilitacyjnym, zawierająca omówienie treści rozprawy habilitacyjnej Wiktora Poliszczuka i jego wcześniejszych opracowań naukowych. Dnia 3 lipca 2003 r. dr hab. Wiktor Poliszczuk wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim długi, prowokacyjny (jak sam go określił) referat pt. „Rocznica mordów wołyńskich: stan nauki polskiej” (pełna treść w książce). Pod tekstem zamieścił uwagę (cyt.): „Na ten referat nauka polska nie zareagowała. Wnioski z tego niech wyprowadza sam Czytelnik: polscy historycy nie potrafią obalać moich twierdzeń, czy też boją się podjąć ze mną polemikę naukową?”.

Do 2004 r. Wiktor Poliszczuk (wg informacji na okładce) był już autorem ponad 20-tu publikacji książkowych oraz ponad 250-ciu artykułów prasowych, głównie nt. ideologii i działalności struktur zorganizowanego nacjonalizmu ukraińskiego. Dziś tu omawianej publikacji nie należy mylić z inną jego książką, też mającą w tytule „Gorzką prawdę”, wydaną w 1995 r. i również poświęconą owej tematyce. Inspiracją do napisania nowej książki stały się dla autora obchody w 2003 r. 60-tej rocznicy mordów ludności polskiej na Wołyniu. Bardzo krytycznie odniósł się do okolicznościowych publikacji oraz wypowiedzi ukraińskich i polskich historyków, politologów, dziennikarzy i polityków. Polemizując z nimi starał się dowieść niżej wymienionych tez.

·       Nie ma i nigdy nie było konfliktu narodowościowego polsko-ukraińskiego. W wiekach wcześniejszych konflikty między mieszkańcami ziem ukrainnych miewały charakter klasowy i religijny, ale nie narodowościowy. Bywało, iż Polacy i Ukraińcy opowiadali się w nich po tej samej stronie. Natomiast dwudziestowieczny zorganizowany, integralny nacjonalizm ukraiński nie reprezentował całego narodu, lecz jego zdecydowaną mniejszość. Był samozwańczym ruchem politycznym, dążącym do utworzenia państwa typu faszystowskiego. Oprócz mordów na ludności polskiej spowodował zgładzenie w latach 1941-1950 co najmniej 80 tys. cywilnej ludności ukraińskiej!

·       Masowe i okrutne mordy na ludności polskiej Wołynia i Galicji w latach 1943 i 1944 miały charakter doktrynalny, metodyczny i planowy. Struktury OUN Bandery dokonywały ich w sposób skoordynowany, z wyprzedzeniem ustalając daty i miejscowości. Niektórzy historycy ukraińscy (wymienieni w książce) usiłują zafałszować ten obraz twierdzeniem, iż mordów spontanicznie i żywiołowo dopuszczało się ukraińskie ciemne chłopstwo, mszczące się za krzywdy doznane od Polaków.

·       Nacjonaliści ukraińscy wymordowali na Wołyniu i w Galicji ogółem nie mniej niż 120 tys. cywilnej ludności polskiej. Natomiast liczba „odwetowych” tam ofiar padłych z rąk polskich wynosi tylko ok. 2 tys. cywilnej ludności ukraińskiej. Podawane przez ukraińskich i polskich (!) historyków liczby wyższe są nieprawdziwe, odnoszą się bowiem do uzbrojonych banderowców zabitych w walce (w obronie lub podczas akcji pacyfikacyjnej), a takich przecież nie można określić mianem niewinnych, cywilnych ofiar.

·       Nonsensem jest przypisywanie wywiadowi niemieckiemu lub radzieckiemu inspirowania banderowców do mordowania ludności polskiej. Niemcy w przełomowym dla nich 1943 r. pragnęli zachować spokój na terenach okupowanych i bez przeszkód pobierać kontyngenty żywnościowe z wsi ukraińskich i polskich. Partyzanci radzieccy zaś wykorzystywali polskie wioski w celach zaopatrzenia, a po rozpoczęciu przez banderowców akcji ludobójczej udzielali Polakom ochrony. Poza tym na Wołyniu działały „mieszane” oddziały partyzanckie polsko-radzieckie (podporządkowane ZSRR), również starające się ochraniać polską ludność cywilną. Oddziały naszej Armii Krajowej pojawiły się tam dopiero w końcu 1943 r., gdy banderowcy zdążyli już zrobić „co swoje”.

·       Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) w znaczeniu formalnoprawnym nie była formacją ani ukraińską, ani powstańczą, ani w ogóle armią. Stanowiły ją bowiem oddziały zbrojne Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, której poparcia i występowania w imieniu Ukrainy odmawiała zdecydowana większość narodu ukraińskiego. Poza kadrą dowódczą (wywodzącą się głównie z Galicji) służyli w nich nie powstańcy-ochotnicy, lecz przymusowo wcieleni wołyńscy i galicyjscy chłopi, którym w razie odmowy lub dezercji (a także ich rodzinom) grożono śmiercią, i bynajmniej nie były to czcze groźby. Armią zaś UPA też nie można nazwać, gdyż armia jest siłą zbrojną państwa, a OUN państwem przecież nie była.

·       Polska akcja „Wisła” została w 1947 r. podjęta w stanie wyższej konieczności i musiałby ją przeprowadzić także inny niż komunistyczny rząd polski. Ukraińscy nacjonaliści zamierzali bowiem oderwać południowo-wschodnie tereny od naszego państwa. Autor krytycznie odniósł się do uchwały polskiego Senatu, potępiającej akcję „Wisła”.

·       Powstałe po rozpadzie ZSRR niepodległe państwo ukraińskie niepotrzebnie kreuje zbrodniarzy banderowskich na swoich bohaterów narodowych. Podobną politykę prowadzi działający w naszym kraju Związek Ukraińców w Polsce.

To tylko główne tezy autora, w książce znajduje się ich więcej. Dowodząc ich Wiktor Poliszczuk bazuje na bogatym zbiorze zgromadzonych materiałów źródłowych. Spowodowało to, że ukraińscy i polscy (!) polemiści unikali z nim dyskusji merytorycznej, uciekając się do niskich pomówień o bycie peerelowskim prokuratorem lub nawet rosyjskim (a wcześniej radzieckim) agentem. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, iż Wiktor Poliszczuk nie pozostawał im dłużny – w książce też pozwala sobie względem nich na tzw. wycieczki osobiste, co przydaje lekturze swoistego smaczku i wzmaga ciekawość czytelniczą. Nie oszczędza naukowców-historyków, publicystów i polityków cieszących się w tamtym czasie (dziś zresztą też) największym nawet autorytetem. Podsumowując muszę jednak koniecznie stwierdzić, iż autor – w niektórych swoich dygresjach i komentarzach – bardzo pomylił się co do ogólnej oceny strategii i głównych kierunków polityki zagranicznej niepodległego państwa ukraińskiego. Książkę kończy kilkustronicowy suplement – dwa krótkie teksty dopisane w styczniu i lutym 2005 r., zawierające m.in. krytykę „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Wiktor Poliszczuk nie przewidział następujących później agresywnych poczynań Rosji, w tym aneksji Krymu, zainicjowania separatyzmu wschodnich obwodów Ukrainy (donieckiego i ługańskiego), a przede wszystkim wojny rozpoczętej dn. 24 lutego 2022 r. Zatem owe parę końcowych stron proponuję potraktować jako wąziutki i zbędny margines tej publikacji, mając na względzie jej datę. Główny, tytułowy temat książki został w niej bowiem przeanalizowany ciekawie, wszechstronnie i z odniesieniem do bogatego materiału źródłowego, zgromadzonego własnym staraniem autora. W głównym nurcie dyskusyjnym historiografii prace dr. hab. Wiktora Poliszczuka są jednak obecnie pomijane, skazywane na przemilczenie – zapewne z powodu jego argumentów ad personam wobec współczesnych historyków polskich i ukraińskich, jak też ze względu na ww. chybione komentarze dotyczące zmian w polityce (wewnętrznej i międzynarodowej) państwa ukraińskiego po 2004 r. Stanowi to klasyczny przykład znienawidzonej przeze mnie cenzury tzw. podmiotowej, polegającej na „oszołomskim” rugowaniu utworów z przestrzeni publicznej nie z powodu ich treści, lecz nazwiska twórcy i jego przekonań politycznych czy światopoglądowych. Na szczęście owo rugowanie ze względu na Internet nigdy nie okazuje się w pełni skuteczne.

Reasumując, niełatwo mi dziś tę bardzo interesującą publikację Państwu polecać, mając na względzie, iż obecnie jest trudnodostępna – chociaż może warto spróbować jej poszukać na stronie internetowej polskiego wydawnictwa wymienionego na wstępie. Ale pan dr hab. Wiktor Poliszczuk napisał przecież więcej książek nt. zorganizowanego nacjonalizmu ukraińskiego, w tym zbrodni na ludności polskiej. Informacje o jego publikacjach, wraz z ofertami sprzedaży, można uzyskać surfując w Internecie. Wystarczy tylko wpisać w okienko przeglądarki jego imię i nazwisko. Przy okazji znajdziecie Państwo też sporo informacji o autorze, nawet na filmach You Tube (a propos tychże filmików – zauważycie Państwo szerokie spectrum ich wytwórców: od ultrakatolickiego Radia Maryja po wyraźnie lewicowy tygodnik Przegląd). Mnie ucieszyła wiadomość, że prywatne archiwum Wiktora Poliszczuka, na które wielokrotnie powołuje się w książce, w 2013 r. ostatecznie trafiło z kanadyjskiego Toronto do polskiego Archiwum Akt Nowych w Warszawie. 

PS. Pisząc o polskich oddziałach partyzanckich (podległych jednak dowództwu radzieckiemu), walczących z banderowcami na Wołyniu, autor nie wspomniał o dwóch komendantach takich oddziałów. A są to niezwykle barwne postacie, niesłusznie w III RP skazane na przemilczenie. Pokrótce więc o nich (szczegóły można znaleźć w encyklopediach, Wikipedii nie wyłączając). Jeden z tych dowódców to gen. Józef Sobiesiak (1914-1971), który już w latach 60-tych ub. wieku był autorem książek bardzo realistycznie opisujących zbrodnie OUN-UPA i walkę z banderowcami (bzdurą są więc współczesne twierdzenia, jakoby peerelowska cenzura zabraniała o tym wspominać). „Burzany”, „Przebraże”, „Ziemia płonie” – do odszukania w dobrych bibliotekach. W 1982 r. Józef Sobiesiak został pośmiertnie odznaczony izraelskim medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Drugim komendantem był natomiast płk Robert Satanowski (1918-1997), który już w 1949 r. opuścił (na własne życzenie) wojsko, by poświęcić się karierze artystycznej. Osiągnął w niej wiele sukcesów, stał się sławnym w skali międzynarodowej dyrygentem, był dyrektorem artystycznym polskich i niemieckich teatrów muzycznych, a w latach 1982-1990 dyrektorem Teatru Wielkiego w Warszawie.