czwartek, 9 marca 2023

„Polacy w służbie Moskali”. Autor: Andrzej Chwalba

 

Andrzej Chwalba „Polacy w służbie Moskali”

Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2014

Tak wtedy Rosjan nazywano: Moskalami. Było to określenie oczywiście nieformalne, ale nie mające charakteru obraźliwego, w końcu nasz wieszcz też się zwrócił: „Do przyjaciół Moskali”. Polscy patrioci jeszcze w wieku XIX nie mogli się pogodzić z faktem, iż niegdysiejsze Księstwo Moskiewskie, niechby i „wielkie księstwo”, to już od dawna nie księstwo, lecz potężne Imperium Rosyjskie rządzone przez cesarza - cara. Termin „Moskale” nawet gdzieniegdzie i dziś jest u nas stosowany w publicystyce (czasem np. też tutaj, przeze mnie), a na współczesnej Ukrainie pozostaje w dość powszechnym użyciu, równolegle z wyraźnie pejoratywnymi „kacapami”.

Tytułowi Moskale to oczywiście zaborcy rosyjscy, prowadzący depolonizację terenów przyłączonych do Rosji w wyniku trzech rozbiorów Rzeczypospolitej (1772, 1793 i 1795) oraz Kongresu Wiedeńskiego (1815). Na obszarze Królestwa Polskiego (tzw. Królestwa Kongresowego) depolonizacja, rozumiana jako rusyfikacja życia publicznego, rozpoczęła się dopiero po upadku powstania styczniowego. Królestwo przemianowano wtedy na Kraj Przywiślański. Rusyfikacja tam trwała, z różnym natężeniem, aż do roku 1915, gdy wojska rosyjskie zostały odepchnięte na wschód przez armie państw centralnych. I o niej głównie traktuje bardzo interesująca książka prof. Andrzeja Chwalby, przeznaczona (oprócz amatorskich miłośników historii) głównie dla osób zawodowo i edukacyjnie drążących tematykę dziejów Królestwa Polskiego po upadku powstania styczniowego. Trudno sobie wyobrazić współczesną pracę dyplomową temu poświęconą, która by nie posiadała w spisie bibliografii opracowania prof. Andrzeja Chwalby.

Wielkorosyjscy nacjonaliści wykorzystali powstanie styczniowe (w ich rozumieniu: bunt) do przekonania cara Aleksandra II (a później też carów Aleksandra III i Mikołaja II), że przecież na ziemiach polskich to Rosjanie są „u siebie”, a zatem należy podjąć stanowcze kroki w celu unifikacji guberni Kraju Przywiślańskiego z resztą ziem Cesarstwa. Trzeba dokonać gruntownego „odpolszczenia” urzędów administracji rządowej i samorządowej, szkolnictwa (łącznie z elementarnym, jak wówczas określano szkolnictwo podstawowe), sądownictwa, a nawet kolejnictwa (mogącego mieć znaczenie strategiczne w razie wojny). Czyli należy dążyć, aby tamtejsze etaty były obsadzane przez Rosjan wyznania prawosławnego, gwarantujących stuprocentową wierność centrali w Petersburgu. I tak to w praktyce realizowano – albo metodą nagłych decyzji o dymisji Polaków, albo metodą ewolucyjną, czyli zastępując Rosjanami polskich urzędników, sędziów, nauczycieli, policjantów itp., zwalniających się na własną prośbę czy odchodzących na emeryturę. Diabeł oczywiście, jak zawsze i wszędzie, tkwił w szczegółach. Z różnym natężeniem to wszystko następowało w kolejnych popowstaniowych dziesięcioleciach, a krótki okres po rewolucji 1905 r. przyniósł nawet małe wytchnienie „repolonizacyjne”. Inaczej to się też przedstawiało w różnych sektorach działalności publicznej oraz w zależności od szczebla hierarchii służbowej. Przykładowo: polski czytelnik mający wyobrażenie o rusyfikacji szkolnictwa na podstawie lektury „Syzyfowych prac” Stefana Żeromskiego, zazwyczaj odnosi je do całego ówczesnego systemu edukacji. Tymczasem profesor Chwalba ukazuje, iż tak ekstremalnie rusyfikowano tylko gimnazja rządowe. Szkolnictwo ogólnokształcące prywatne oraz szkolnictwo zawodowe cieszyły się większym marginesem swobody. Język rosyjski bywał tam językiem wykładowym tylko w odniesieniu do dwóch lub trzech przedmiotów nauczania.

Tytułowi Polacy w służbie Moskali, jakkolwiek ich odsetek malał wraz z postępem rusyfikacji (równolegle zaś wzrastał odsetek Rosjan zatrudnionych w instytucjach publicznych), nieraz przetrwali „na etacie” aż do osiągnięcia wieku emerytalnego lub (ci młodsi) do historycznego roku 1915. Różne bywały tego przyczyny i motywacje, skrupulatnie przeanalizowane przez autora. Wiatr dymisji wiał najmocniej na szczytach hierarchii urzędniczej, a zatem czynownik średniej lub niższej rangi, niepowiązany z ruchem niepodległościowym, miał szansę ocalić swoje zatrudnienie. Zwłaszcza jeśli był trudnym do zastąpienia fachowcem, którego musiano by na jego miejsce ściągnąć spoza Królestwa. Motywacje zaś polskich urzędników, nauczycieli, pracowników wymiaru sprawiedliwości itp., bywały przeróżne. W praktyce najczęściej chodziło o zachowanie jedynego źródła utrzymania, zazwyczaj dla całej rodziny. Przy okazji uzasadniano to koniecznością „pracy organicznej” celem przetrwania polskości. Ale zdarzali się również odszczepieńcy w rodzaju pana Majewskiego ze wspomnianych „Syzyfowych prac”, którzy dla kariery wysługiwali się rosyjskim przełożonym w zakresie aktywnej rusyfikacji rodaków, a dla zamanifestowania swej wierności przechodzili na prawosławie. Lektura książki prof. Andrzeja Chwalby pozwala nam dość dokładnie poznać realia świata urzędniczego Kongresówki na przestrzeni kilkudziesięciu lat popowstaniowych. Dowiemy się, ile zarabiali, jak ciężko nieraz musieli pracować, czym się charakteryzowało ich życie towarzyskie, jakie były wzajemne relacje urzędników polskich i rosyjskich. O tym, że nie zawsze były one złe, m.in. świadczy zachowana do dziś nazwa Placu Starynkiewicza w Warszawie, upamiętniająca carskiego skądinąd prezydenta stolicy Kraju Przywiślańskiego. Poznamy też metody rekrutacji kadr urzędniczych z głębi Rosji do pracy w Królestwie oraz ich skuteczność.

W „Epilogu” (str. 241-245) autor m.in. wyjaśnia, dlaczego w wolnej Polsce nie doszło po roku 1918 do powszechnej lustracji kadr urzędniczych, nauczycielskich, wymiaru sprawiedliwości itp., a osobom będącym w przeszłości w służbie zaborców wypłacano do końca życia emerytury, niekiedy wysokie. Argumentacja ta jest, moim zdaniem, logiczna i przekonywująca.

sobota, 25 lutego 2023

„Wrota Europy. Zrozumieć Ukrainę”. Autor: Serhii Plokhy

 

Serhii Plokhy „Wrota Europy. Zrozumieć Ukrainę”

Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2022

Serhij Mykołajowycz Płochij (ur. 1957), ukraiński i amerykański historyk, wykładowca na Uniwersytecie Harvarda w Stanach Zjednoczonych, napisał tę książkę w formie eseju historycznego – historii ziem i ludów Ukrainy od czasów starożytnych aż po rok 2020. Tytuł angielskojęzycznego oryginału brzmi: The Gates of Europe. A History of Ukraine. Konsekwentnie imię i nazwisko autora też więc zostały w książce „zamerykanizowane”: Serhii Plokhy. U nas jest to jej pierwsze wydanie, ale w USA już drugie, zaktualizowane w 2021 roku (poprzednie było z roku 2015). Za niemal pewne uważam też przyszłe, trzecie wydanie, gdy zakończy się obecnie trwająca wojna. Ale jaka będzie treść kolejnej aktualizacji, tego nawet sam autor jeszcze nie wie. Książka na pewno zainteresuje polskiego czytelnika – roi się w niej bowiem od poloniców, gdyż długo mieliśmy wspólną historię. Albo jako państwa graniczące i rywalizujące ze sobą, albo jako jeden byt państwowy, albo jako narody uwikłane we wzajemny konflikt. Musieliśmy cierpieć również „wspólnych” zaborców – monarchie Romanowów i Habsburgów. O Polsce i Polakach autor pisze obiektywnie, żadnego banderowskiego antypolonizmu się nie obawiajmy. Nieliczne drobne nieścisłości historyczne wyjaśniają odredakcyjne przypisy, których radzę nie pomijać. Streszczać książki, będącej de facto historią Ukrainy, tu nie zamierzam. Pokrótce tylko o tym, co mnie zaabsorbowało, na co moim zdaniem warto zwrócić uwagę i wyciągnąć wnioski.

§  Zmienny był kształt terytorialny i granice, kolejno: Rusi Kijowskiej, późniejszych księstw ruskich, południowo-wschodnich terenów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tzw. Hetmanatu (tereny województw bracławskiego, czernihowskiego i kijowskiego), Ukraińskiej Republiki Ludowej, Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, wreszcie niepodległej Ukrainy po rozpadzie ZSRR. Zauważymy przy tym, iż okrutny wiek XX przyniósł z jednej strony multum cierpień ludności Ukrainy (z dwukrotnym ludobójstwem włącznie), z drugiej jednak znacznie wzbogacił ją terytorialnie – nie tylko na zachodzie, ale również na wschodzie i południu (Ukraina Słobodzka z Charkowem i m.in. obwodami donieckim oraz ługańskim, także wybrzeże czarnomorskie z Odessą, Krym). W orientacji pomogą mapki zamieszczone na początku książki.

§  Nazwa „Ukraina” narodziła się w czasach, gdy tereny tak określane wchodziły w skład Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Leżały po obu stronach środkowego i dolnego Dniepru, przy czym lewobrzeże z Kijowem odpadło od Rzeczypospolitej już w drugiej połowie XVII wieku (rozejm w Andruszowie w 1667 r.). Dalej na wschód i południe były już Rosja i (do czasu) nadmorskie lenna Turcji. Ustalone w końcu 1922 r. (formalne powstanie ZSRR) granice Ukrainy radzieckiej objęły na tym kierunku ziemie byłego cesarstwa rosyjskiego, w tym również te położone na wschód i południe od niegdysiejszych granic Rzeczypospolitej sprzed rozejmu andruszowskiego. Decyzją Lenina zostały przekazane Ukraińskiej SRR. W 1991 r. znalazły się w składzie niepodległego państwa ukraińskiego. Chęć odzyskania ich (oraz Krymu) przez Rosję stanowi jeden z powodów toczącej się aktualnie wojny. Faktycznie jest to jednak tylko pretekst agresji rosyjskiej.

§  Zanim nastała era europejskich nacjonalizmów (druga połowa XIX wieku), elity rządzące ziemiami ukraińskimi orientowały się na współpracę i sojusze z Rzecząpospolitą, Moskwą, Turcją, Mołdawią, nawet ze Szwecją. Autor krytykuje tu brak zdecydowania hetmanów kozackich i jednorodnej, konsekwentnej ich polityki. W okresie późniejszym narodowy ruch ukraiński odrębnie się budził (ale i wzajemnie przenikał) w rosyjskim Kijowie i w austriackim Lwowie. Napotykał przy tym na silnego wroga wewnętrznego – tzw. moskalofilów uznających własny naród ukraiński tylko za gałąź jednego, wielkiego narodu rosyjskiego.

§  Jedno ze stwierdzeń autora wzbudziło moje poważne wątpliwości. Analizując przebieg i skutki wspólnej niemiecko-radzieckiej agresji na Polskę w 1939 r., na str. 329 (dolny akapit) pisze on, iż Adolf Hitler już w „Mein Kampf” przewidział pakt z Rosją mający na celu zniszczenie Polski. Osobiście nie czytałem owego Hitlerowskiego „wyznania wiary”, ale żaden ze znanych mi naukowych komentarzy nie potwierdza istnienia tam takiego zapisu. Pakt Ribbentrop-Mołotow został przecież wynegocjowany ad hoc latem 1939 r., gdy stało się już jasne, że Polska nie zgodziła się na przyjęcie roli satelity Niemiec, natomiast przystąpiła do koalicji antyniemieckiej, montowanej gorączkowo przez Wielką Brytanię po złamaniu przez Hitlera układu monachijskiego z września 1938 r.

§  Bardzo ciekawie i z pozycji ukrainocentrycznej opowiedziana jest historia polityczna – od czasów księcia Olega (początek X wieku) do pierwszych lat prezydentury Wołodymyra Zełenskiego (2019 i 2020). Czytając kolejne rozdziały porównujemy ich treść z naszą znajomością historii powszechnej i historii Polski. W tym kontekście jest to uczta intelektualna, ale też lektura dla zaawansowanych – po książkę nie powinien sięgać czytelnik niemający przynajmniej czwórki z historii na maturze (chyba że gorszy stopień nadrobił późniejszym samouctwem).

Reasumując, bardzo Państwu polecam tę lekturę będącą „na czasie” w związku z trwającą już ponad rok wojną rosyjsko-ukraińską. Może i dobrze, że końcową cezurą opisanych wydarzeń jest rok 2020. Dowiadujemy się, w jakim stanie polityczno-społeczno-ekonomicznym Ukraina została w tę wojnę w lutym 2022 r. uwikłana. Natomiast dalszy bieg wydarzeń śledziliśmy i nadal śledzimy już na bieżąco.

PS. Książki z zakresu dziejów Ukrainy (omawianych kompleksowo lub dotyczących tylko konkretnych czasów) już gościły na tym blogu. W ostatnim roku: „Historia Ukrainy” (autor: Władysław A. Serczyk) oraz „Czerwony głód” (autorka: Anne Applebaum). Opisy do odszukania w katalogach.

sobota, 18 lutego 2023

„Spowiedź ambasadora”. Autor: Romuald Spasowski

 

Romuald Spasowski „Spowiedź ambasadora” 

(Opracowanie i redakcja: Mariusz M. Brymora) 

Wydawca: Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2022 

Osoby znające historię pierwszych dni stanu wojennego wiedzą, o kogo chodzi. Ambasadorzy PRL w USA (Romuald Spasowski) i w Japonii (Zdzisław Rurarz) na znak protestu opuścili swe placówki w państwach, w których sprawowali funkcje dyplomatyczne, i poprosili o azyl polityczny. Romuald Spasowski (1920-1995) już nigdy potem do Polski nie powrócił. W latach 80-tych napisał w Stanach Zjednoczonych obszerne wspomnienia, które doczekały się tam dwóch angielskojęzycznych wydań: w 1986 r. i w 2021 r. Swego czasu jego książkę przeczytał i pochwalił prezydent Ronald Reagan, wyznając osobiście autorowi, iż na tę lekturę poświęcił trzy nieprzespane noce. Natomiast w kraju była wcześniej nieznana. Obecną polską publikację zawdzięczamy naszemu dyplomacie Mariuszowi M. Brymorze, który napisał też do niej bardzo interesujące wprowadzenie (str. 11-21). Tytułowa spowiedź jest trafnym sformułowaniem. Romuald Spasowski bowiem, oprócz szczegółowego życiorysu osobistego i zawodowego, ujawnił również swe najbardziej skryte myśli. Przedstawił własne poglądy, refleksje, wrażenia, przemyślenia – ewoluujące w miarę upływu lat. Miał tzw. lekkie pióro, co w połączeniu z udaną redakcją p. M.M. Brymory powoduje, iż książkę czyta się jednym tchem.

Autor przez długie lata pozostawał pod dużym wpływem ojca, Władysława Spasowskiego (1877-1941), przedwojennego znanego filozofa-marksisty, który ukształtował go ideologicznie. Ojciec był związany z Komunistyczną Partią Polski. Długo wierzył w słuszność polityki Stalina, nawet już po Wielkim Terrorze, rozwiązaniu KPP i pakcie Ribbentrop-Mołotow. Syn podzielał poglądy ojca. Obserwowane represje stalinowskie obaj starali się relatywizować, tłumacząc to wyższą koniecznością przeciwstawienia się przez ZSRR polityce Hitlera, którego (skądinąd słusznie) nienawidzili. Miłość do ZSRR, także w pamiętnych latach 1939-1941, pozostawała jednak – mimo ich bardzo energicznych starań i wyznań tego uczucia – nieodwzajemniona. Z dużym rozbawieniem czytałem, jak obaj bez powodzenia starali się, najpierw nielegalnie, potem legalnie, przenieść się do radzieckiego „raju”, by podjąć tam działalność polityczną. Dobre czasy dla polskich komunistów miały dopiero nadejść. Póki co jednak w ZSRR głoszona była teoria o prowokacyjnym, agenturalnym charakterze rozwiązanej KPP. Aż do dnia 22.06.1941 r. obowiązywał niemiecko-radziecki pakt o przyjaźni i granicy. Za bardzo interesujące należy uznać m.in. te fragmenty książki, które traktują o zawierusze wojennej 1939 r., oraz o pierwszych latach (1939-1941) dwóch okupacji – radzieckiej i niemieckiej, jak też o nielegalnym ruchu granicznym pomiędzy nimi. Ojciec w lipcu 1941 r. popełnił w Warszawie samobójstwo. Syn przetrwał wojnę w podstołecznym Milanówku, do żadnej zbrojnej organizacji konspiracyjnej nie wstąpił.

Po wojnie Romuald Spasowski poświęcił się pracy dla utrwalenia i rozwoju nowego ustroju Polski. Pełnił służbę w wojsku, następnie w dyplomacji. Wysoko awansował, w czym zapewne – oprócz nazwiska i oddania komunizmowi – pomogła mu też duża inteligencja oraz znajomość języków obcych. Wykształcenie miał formalnie tylko średnie (ale była to matura przedwojenna). O sprawy materialne rodziny dbał mało. Pozostawało to nawet w sporym kontraście do zapobiegliwości, „zaradności życiowej” innych działaczy partyjno-państwowych, zwłaszcza w epoce Edwarda Gierka. Wraz z żoną (gorliwą katoliczką) utrzymywali prywatne, towarzyskie kontakty również z osobami niepopierającymi ustroju PRL. W 1970 r. podczas pobytu na placówce w Indiach przeżyli wielką rodzinną tragedię – ich inteligentny, nadwrażliwy 19-letni syn popełnił samobójstwo (z przyczyn w książce w zasadzie niewyjaśnionych). Osobiście zadumałem się nad tym epizodem. Syn Spasowskiego był moim rówieśnikiem - ten sam rok i miesiąc urodzenia. Samobójstwo popełnił akurat w czasie, gdy ja przystępowałem do egzaminu wstępnego na Uniwersytecie Warszawskim. Opisując działalność zawodową Romuald Spasowski dużo miejsca poświęcił polityce wewnętrznej i zagranicznej PRL. Z racji wysokiego stanowiska miał dostęp do najważniejszych osób w państwie, na kartach książki zamieścił ich ciekawe, subiektywne charakterystyki. Trudno powiedzieć, czy są one do końca słuszne i zgodne z dzisiejszą oceną, także oceną naukową, dokonywaną przez historyków i politologów. Przyznaję, że z pewnym zdziwieniem przeczytałem o utajonym konflikcie i rywalizacji o władzę pomiędzy Edwardem Gierkiem a Piotrem Jaroszewiczem. Wg autora to przede wszystkim temu drugiemu, inspirowanemu przez Moskwę, Polska „zawdzięczała” krach gospodarczy lat 70-tych. Nb. epoka Gierkowska jest w książce obszernie i ciekawie opisana. Czytelnicy pamiętający tamte lata być może dopiero teraz poznają „kuchnię” powstawania problemów, z którymi się wówczas borykali. Dowiedzą się też, jak na forum międzynarodowym działała peerelowska dyplomacja, m.in. jak gorączkowo zabiegano o kolejne kredyty zagraniczne, które następnie w kraju „przejadano” lub marnotrawiono na źle realizowane inwestycje. Poznają również, jak na co dzień funkcjonowały ambasady PRL i kto w nich faktycznie rządził.

„Akuszer” zaistnienia niniejszych wspomnień na polskim rynku wydawniczym, tj. p. M.M. Brymora, we wstępie do książki nie przedstawia własnej, jednoznacznej oceny R. Spasowskiego. Pozostawia to czytelnikom, którzy – w zależności od prezentowanej opcji politycznej – mogą oceniać go skrajnie: od wiarołomnego zdrajcy do wielkiego patrioty. Osobiście dla żadnej z tych skrajności nie znajduję podstaw. Szczegółowa i szczera tytułowa spowiedź zawiera mnóstwo wątków, także osobistych, które jej autora raz przedstawiają sympatycznie i pozytywnie, innym razem zaś antypatycznie i wyraźnie negatywnie. Owa ambiwalencja bierze w zasadzie początek już z wyraźnej sprzeczności pomiędzy pochodzeniem Romualda Spasowskiego i jego długo wyznawanym światopoglądem. Z jednej strony – na wskroś polski patriotyczny rodowód, ziemiański i kresowy, z drugiej zaś – ateizm i od młodzieńczych lat (już przed wojną!) oczarowanie ideologią komunistyczną oraz stalinowskim Krajem Rad. Zalecam zatem dokonanie własnej oceny – niechaj każdy czytelnik „Spowiedzi ambasadora” wczuje się w rolę … jego spowiednika. I udzieli mu, bądź nie udzieli, rozgrzeszenia. Mając na względzie całokształt życiorysu, a nie tylko ostatni, spektakularny wyczyn dyplomaty PRL. Ja po głębokim namyśle takiego „rozgrzeszenia” udzieliłem. Powtarzam przy tym, iż „wysłuchanie spowiedzi” okaże się fascynujące – wspomnienia Romualda Spasowskiego są zredagowane niezwykle ciekawie, od książki trudno się będzie Państwu oderwać. Jeżeli Państwo nie wierzycie mnie, to zaufajcie Ronaldowi Reaganowi. Książkę wzbogaca dokumentacja fotograficzna.

Na zakończenie pragnę zauważyć, że ww. spektakularność czynu dyplomaty PRL nieco traci swój heroiczny blask, gdy Romuald Spasowski przyznaje, iż niedługo przed stanem wojennym został poinformowany o zapadłej decyzji odwołania go wkrótce z funkcji ambasadora w USA. W zasadzie więc już kończył tam misję dyplomatyczną i przygotowywał się do powrotu do Polski. Po wprowadzeniu stanu wojennego i ew. powrocie do kraju mógł mieć jednak uzasadnione obawy o swój los – gen. Wojciech Jaruzelski nie oszczędzał wszak również byłych wysokich dygnitarzy partyjno-państwowych. Pozbawiał ich stanowisk, usuwał z urzędów, niektórych też z partii, kilkadziesiąt takich „kozłów ofiarnych” nawet internował. A poza tym sytuacja w tamtych dniach w Polsce była, bądź co bądź, „dynamiczna” i niekoniecznie musiała się tak względnie łagodnie rozwinąć, jak ją dzisiejsza młodzież poznaje na lekcjach historii. Niewykluczone pozostawały też o wiele bardziej ekstremalne warianty, z krwawą wojną domową i obcą interwencją wojskową włącznie. Na wszelki wypadek bezpieczniej było więc pozostać na Zachodzie, jak zresztą uczyniło wówczas wielu naszych rodaków. M.in. mój bardzo dobry kolega Marian Alojzy B., o którego kanadyjskich perypetiach życiowych wspomniałem, pisząc tu o książce autorstwa p. Doroty Malesy pt. „Opowieści o Polakach w USA. Ameryka.pl” (do odszukania w katalogach bloga).

PS.1. Romuald Spasowski urodził się w 1920 roku, a nie w 1921, jak błędnie podają niektóre publikacje. Już w pierwszych zdaniach rozdziału I (na str. 29) pisze o swoich narodzinach w sierpniu 1920 r. Jego matka – oczekując w warszawskim szpitalu rozwiązania – słyszała kanonadę artyleryjską. Cyt. „Po drugiej stronie Wisły toczył się bój o Warszawę, który miał zadecydować o przyszłości Polski. Był sierpień 1920 roku.”.

PS.2. Autora w jednym przypadku zawiodła pamięć, a Pan Mariusz nie sprostował. Wymieniony na str. 464 dyrektor departamentu kadr w MSW w latach 60-tych ub. wieku nosił nazwisko nie Misiaszek, jak tam błędnie napisano, lecz Mikuś (Teodor Mikuś – proszę „wygooglować” i sprawdzić np. w Wikipedii).

 

środa, 8 lutego 2023

„Pamiętniki”. Autor: Stefan Kieniewicz

 

Stefan Kieniewicz „Pamiętniki”

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2021, wydanie drugie

Mam zaszczyt pisać już o czwartych wspomnieniach profesorów historii. Poprzednimi tu omówionymi były pamiętniki Jerzego Holzera (Historyk w trybach historii. Wspomnienia), Jerzego W. Borejszy (Ostaniec czyli ostatni świadek) i Karola Modzelewskiego (Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca). Ich opisy są do odszukania w katalogach - zakładkach bloga. Wyrazu „zaszczyt” użyłem nie tylko ze względów kurtuazyjnych. Historykiem z zawodu nie jestem, więc jako miłośnik historii z niemal nabożną estymą odnoszę się do znanych naukowców tej dziedziny wiedzy. Sam swego czasu na studia historyczne nie poszedłem, choć … niewiele brakowało (w końcu zdecydowałem się na ekonomię). Za to na egzaminie wstępnym na studia ekonomiczne w UW z dwu przedmiotów do wyboru (geografii i historii) wybrałem historię, otrzymując ocenę bardzo dobrą; dla porządku nadmieniam, iż pozostałe egzaminy, z matematyki i jęz. angielskiego, również poszły mi, odpowiednio, bardzo dobrze i dobrze. Kandydaci na studia ekonomiczne, wybierający historię, byli w wyraźnej mniejszości - około 80% zdających wolało geografię, chyba ze względu na mniejszą ilość materiału pamięciowego do opanowania. Ale to przecież już stare dzieje, w lipcu br. upłyną 53 lata od owego, w tamtym czasie najważniejszego dla 19-latka, życiowego wydarzenia. Lektura „Pamiętników” Stefana Kieniewicza utwierdziła mnie (po raz kolejny) w przekonaniu, iż dokonałem wówczas właściwego wyboru. Skończyłbym historię uniwersytecką i co dalej? Użerać się jako nauczyciel w szkole za marną pensję z takimi gagatkami, jakimi ja i moi koledzy kiedyś byliśmy? Na dorabianie korepetycjami raczej nie mógłbym liczyć (w przeciwieństwie do nauczycieli przedmiotów ścisłych i języków obcych). Pójść do pracy w administracji, ogólnie podpierając się dyplomem magistra? Inni absolwenci, bardziej przydatni „branżowo”, tj. prawnicy, ekonomiści i inżynierowie, jeśli by mnie tam nawet nie zjedli, to skutecznie blokowali na ścieżce awansowej. Kariera polityczna? W PZPR? Nie na moje ówczesne przekonania - socjalistyczne, ale jednak rewizjonistyczno-reformistyczne (trudno, abym co najmniej takich nie miał, kończąc studia w latach 70-tych). Służby specjalne - praca tzw. operacyjna? Bardzo to interesujące, ale nie czułem powołania. No dobrze, powie ktoś, a kariera naukowa? Jeśli magistrem ekonomii zostałem ze stopniem „db” na dyplomie, to może „ukochaną historię” udałoby mi się ukończyć jeszcze lepiej, czyli na piątkę? Może i tak, choć niekoniecznie (podczas studiów wielce mnie absorbowało „ponadnormatywne” zainteresowanie płcią piękną, kradnące czas potrzebny na ślęczenie nad podręcznikami). Ale wtedy doszłoby też do wielkiego rozczarowania – mojego i moją osobą. W pracy naukowej historyka absolutnie bowiem bym się nie sprawdził.

I tu już najwyższy czas przejść do omawiania dziś proponowanej książki. Pan Stefan Kieniewicz bardzo dokładnie opisuje swoją karierę naukową od magistra do doktora habilitowanego i profesury. Doktorat i habilitacja wymagały żmudnych, czasochłonnych badań archiwalnych (zajęcia nie dla mnie!). Wiązało się to z licznymi wyjazdami służbowymi, często z pokonywaniem procedur uzyskiwania dostępu do potrzebnej dokumentacji źródłowej. Potem następowało przesiadywanie całymi dniami w zatęchłych archiwalnych pomieszczeniach, czynienie odpisów (to nie dzisiejsze czasy zdjęć cyfrowych z byle smartfonu i przerzucania ich na dysk komputera). A wprzódy jeszcze trzeba było samemu właściwe dokumenty odnaleźć, jako że miejscowy pracownik archiwum nie zawsze potrafił się wykazać odpowiednimi kompetencjami. Często też wtedy, będąc w delegacji, mieszkało się byle gdzie, jadało byle co, nie zawsze można było liczyć na pełny zwrot kosztów. Choć z drugiej strony – p. Stefan Kieniewicz to wszystko interesująco omawia. Jego opisy „docierania do źródeł” w archiwach polskich i zagranicznych, bibliotekach publicznych i prywatnych, uczelniach, instytutach, urzędach etc., a następnie niełatwego korzystania z nich, absolutnie nie są nużące! Czytelnik z sympatią śledzi te żmudne starania ambitnego naukowca, ową prozę jego życia zawodowego. W pracy pomagała mu znajomość języków obcych i alfabetów niełacińskich.

To oczywiście nie wszystko, to zaledwie mniejsza część treści „Pamiętników”. Autor pisał je odrębnie i usystematyzował tematycznie, niechronologicznie (stąd zapewne liczba mnoga w tytule książki). Oddzielnie opisał sprawy zawodowe, oddzielnie rodzinno-bytowe. Na ponad 150 stronach przedstawił też swoje losy wojenne – podczas okupacji, w powstaniu warszawskim i w hitlerowskim obozie koncentracyjnym (filii obozu w Dachau). Sprawy zawodowe - to oczywiście praca naukowa historyka. Magisterium i doktorat uzyskał jeszcze przed wojną. Ciąg dalszy kariery nastąpił po wojnie – w czasach wszak niełatwych dla nauk humanistycznych. Panoszyły się i w nich: narzucony odgórnie socrealizm, marksizm, leninizm, stalinizm, tzw. podejście klasowe, miłość do przodującego w świecie (pod każdym względem !) Kraju Rad i jego genialnego przywódcy - wodza mas pracujących świata. Zwalczano odchylenia ideologiczne - także (a nawet zwłaszcza) w nauce historii. I tak to trwało aż do Października 1956 ! Później już było o wiele łatwiej (i bezpieczniej) - środowiska naukowe formalnie odzyskały niezbędną autonomię, ale nadzór ze strony rządzącej partii, poprzez politykę kadrową i cenzurę, pozostawał nadal. Bezpartyjny profesor Stefan Kieniewicz, pochodzący z kresowej rodziny ziemiańskiej, wierzący i gorliwie praktykujący katolik, musiał sobie w tych trudnych czasach jakoś radzić. Z kart wspomnień wyłania się jako cierpliwy, nieszkodzący innym konformista, przymuszany przez przełożonych i wydawców do wprowadzania w swoich publikacjach odpowiednich przeinaczeń, przemilczeń i komentarzy o charakterze klasowo-ideologicznym. W kolejnych wydaniach owe zbędne ideologiczne naleciałości starał się stopniowo usuwać. No i poznajemy ówczesny światek naukowy historyków uniwersyteckich oraz Polskiej Akademii Nauk. Metodykę i tematykę ich badań, rozgrywki personalne, charaktery i uzdolnienia, sposoby robienia karier. A także oportunizm co poniektórych – niedawni gorliwi stalinowcy nagle stawali się zwolennikami, wręcz piewcami reform Października 1956, tzw. odwilży. Ciekawe są również relacje autora z jego późniejszych służbowych wyjazdów zagranicznych, także na Zachód – na różne międzynarodowe konferencje, sympozja, kongresy historyków. Napotykał tam na ostracyzm jedynie ze strony polskich historyków emigracyjnych, również wtedy zapraszanych. Przykre to, choć trudno im się było dziwić.

Osobne i obszerne partie książki poświęcone są sprawom prywatnym, socjalnobytowym autora i jego rodziny. Pomijając dzieciństwo „sielskie, anielskie”, nie było mu w życiu łatwo. Już przed wojną poznał co to niedostatek, a gdy zaczęło mu się trochę lepiej powodzić, w życie warszawiaków wkroczyli Hitler i Stalin, którzy zrobili tu „co swoje” (wg znanej piosenki Muńka Staszczyka). Stefan Kieniewicz jest w autobiografii bardzo szczery, także przedstawiając własny charakter i ujemne strony swej osobowości, jak również wspominając sprawy intymne. Byłoby o tym do poczytania może trochę więcej, ale syn – przygotowujący do druku niniejsze „Pamiętniki” – zapewne owe intymne wynurzenia ojca ograniczył. Autor szczerze i realistycznie opisuje też swoje losy wojenne. Czytelnik może się tu nieco rozczarować – zwłaszcza gdy wcześniej, np. na podstawie hasła „Stefan Kieniewicz” w Wikipedii, wyobraził sobie bohaterskiego żołnierza AK, rannego w boju w powstaniu warszawskim. Za to bardzo współczujemy autorowi czytając o jego pobycie w niemieckim obozie koncentracyjnym, do którego – jako wysiedlony cywilny mieszkaniec Warszawy – trafił po upadku powstania, i gdzie starał się, mając na horyzoncie bliski koniec wojny, po prostu przetrwać. Z empatią śledzimy również jego powojenną, mieszkaniową poniewierkę, gnieżdżenie się sześcioosobowej rodziny (autor, żona, dwaj synowie, córka i teściowa) w ciasnych, niedostatecznie wyposażonych technicznie lokalach mieszkalnych w Milanówku - najpierw w najmowanym prywatnie, później w służbowym. Aby utrzymać rodzinę, musiał stale dorabiać popularnonaukowymi publikacjami i różnymi chałturami, jak sam to określał. Sześcioosobowa rodzina doczekała się mieszkania kwaterunkowego (z puli Uniwersytetu Warszawskiego) dopiero pod koniec 1955 r. – były to trzy pokoje z kuchnią w nowym budynku przy ul. Wiktorskiej na warszawskim Mokotowie. Metrażu autor nie podaje. Przypuszczam, iż powierzchnia użytkowa mogła wynosić ok. 70 m kwadratowych - jeszcze wówczas nie obowiązywały późniejsze (gomułkowskie) ograniczenia wielkości mieszkań. W końcowych partiach „Pamiętników” autor wspomina śmierć teściowej i rodziców. Przejmujący jest opis ciężkiej choroby ojca i okoliczności jej towarzyszących. Informuje o wejściu w dorosłe życie i usamodzielnieniu się dzieci.

Reasumując, gorąco polecam tę dziś proponowaną lekturę. Na pewno zainteresuje ona czytelników lubiących dobrą literaturę wspomnieniową, pragnących też spojrzeć na historię XX wieku przez pryzmat losów polskiego inteligenta – zdeklasowanego ziemianina, który w PRL potrafił zostać wybitnym naukowcem. Stefan Kieniewicz żył przecież w niezwykle „ciekawych” latach 1907-1992. Książkę wzbogaca dokumentacja fotograficzna. Głównie są to zdjęcia kresowego „raju utraconego” - majątku w Dereszewiczach, niefortunnie położonych tuż za wschodnią granicą ryską 1921 r., oraz fotografie autora i członków jego rodziny.

PS. Przepraszam za przydługi wstęp o charakterze egocentrycznym. Pisania na tym autorskim blogu nie traktuję jako recenzji literackich, a lektury omawianych książek wyzwalają nieraz u mnie chęć ujawnienia osobistych opinii, skojarzeń i  refleksji (szczegółowo wyjaśniam to w zakładce „Wprowadzenie do blogu”).

 

niedziela, 29 stycznia 2023

„Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956”. Autorka: Anne Applebaum

 

Anne Applebaum „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956”

Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018

Autorka interesująco opisuje zniewolenie państw i społeczeństw Europy Wschodniej, postępujące ewolucyjnie w ostatnich miesiącach wojny oraz w latach powojennych - aż do Chruszczowowskiej „odwilży” w 1956 r. Czyni to głównie na przykładzie Polski, Niemiec Wschodnich i Węgier. Początkowo jakby nic nie wskazywało, że kraje te są skazane na przyjęcie radzieckiego modelu ustrojowego. Dopuszczono w nich bowiem reglamentowany pluralizm polityczny i własność prywatną środków produkcji, a władze administracyjne (zainstalowane pod osłoną Armii Czerwonej i NKWD) nieszczerze schlebiały nawet Kościołom. Ów polityczny pluralizm pozostawał też widoczny w obsadzie kadrowej rządów. Komuniści (początkowo nawet oficjalnie unikający tej nazwy) dopilnowali tylko, aby pod ich pełną kontrolą pozostawały resorty tzw. siłowe i inne uznane za newralgiczne. Równolegle jednak w całej administracji państwowej postępowało „dokręcanie śruby”, aż w latach 1947 i 1948 Stalin pokazał, że i tu on wszechstronnie rządzi. Maski zrzucono. Wymieniono ekipy rządzące Polską i Węgrami. W nowopowstałej w 1949 r. Niemieckiej Republice Demokratycznej zainstalowano rząd ślepo posłuszny ZSRR. Tak rozpoczęto przebudowę ustrojową (polityczną i ekonomiczną) państw oraz światopoglądową społeczeństw. Docelowo Europę Wschodnią miał zamieszkiwać gatunek homo sovieticus, a element niepodatny skazano by na wymarcie – naturalne bądź wymuszone. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam. Pani Anne Applebaum tę zainicjowaną wówczas „przebudowę” dokładnie w swojej książce opisuje. Przyznam, że o ile sytuacja panująca w tamtych czasach w Polsce była mi już wcześniej dość dobrze znana (choć o niektórych szczegółach dopiero się teraz dowiedziałem), to moja wiedza o historii lat 1944-1956 Węgier i Niemiec Wschodnich (NRD od października 1949 r.) okazywała się dość powierzchowna. Właściwie zamykała się tylko znajomością kilku podstawowych faktów – głównie wydarzeń lat 1949 i 1953 (NRD) oraz 1956 (Węgry). Tę lukę właśnie wypełniła lektura. I to w sposób przykuwający uwagę – książka została napisana i przetłumaczona z dużym polotem redakcyjnym. Z przyjemnością przy tym zauważyłem, że autorka kilkakrotnie przywołuje postać Wolfganga Leonharda, którego wspomnienia miałem przyjemność już tu wcześniej zrecenzować (vide opis jego „Dzieci rewolucji” - dostęp poprzez katalog alfabetyczny autorski lub tematyczny 6). Interesująco Pani Anna opisuje też schizofreniczne boje wewnętrzne rządzących ekip komunistycznych. Osobom pragnącym tę wiedzę pogłębić, polecam obszerne opracowanie naukowe dr. Roberta Spałka pt. „Komuniści przeciwko komunistom. Poszukiwanie wroga wewnętrznego w kierownictwie partii komunistycznej w Polsce w latach 1948-1956” (dostęp poprzez katalog alfabetyczny autorski lub tematyczny 3).

O czym by tu natomiast pogrymasić? Na dole strony 128 autorka bagatelizuje, w zasadzie przemilcza okresową współpracę Armii Krajowej z Wehrmachtem na Wileńszczyźnie. Jak to wyglądało naprawdę podczas okupacji niemieckiej, bez ogródek opowiedział Józef Mackiewicz w opartej na faktach powieści historycznej pt. „Nie trzeba głośno mówić”, jak również Piotr Zychowicz w książce pt. „Opcja niemiecka. Czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z III Rzeszą” (tu opisanych, do obydwu dostęp poprzez katalog alfabetyczny autorski lub tematyczny 2).

czwartek, 19 stycznia 2023

„Czerwony głód”. Autorka: Anne Applebaum

 

Anne Applebaum „Czerwony głód”

Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018

O Hołodomorze na Ukrainie radzieckiej w latach 1932 i 1933 wiedzą chyba wszyscy choć trochę zainteresowani historią. O jego istnieniu informuje każdy wiarygodny podręcznik do historii powszechnej XX wieku. Jednak obszernie, kompleksowo ów temat był i jest analizowany głównie w publikacjach anglojęzycznych (amerykańskich i kanadyjskich) oraz oczywiście ukraińskich. Autorka wymienia ich autorów i tytuły, które - wraz z badaniami własnymi - posłużyły jej do napisania książki. „Czerwony głód”, wydany w 2018 r., powtórnie zyskał teraz na zainteresowaniu i poczytności w związku z wojną rosyjsko-ukraińską trwającą od dnia 24 lutego 2022 r. Gdyby Pani Anna ją przewidziała, być może rozszerzyłaby tytuł książki – np. wstawiając podtytuł odnoszący się do trudnych relacji rosyjsko-ukraińskich na przestrzeni lat. Gdyż o tym też autorka obszernie pisze. Choć bowiem wiodącym i skrupulatnie przeanalizowanym tematem jest głód w ZSRR w latach 1932 i 1933 (przede wszystkim w USRR), to pierwsze około 200 stron książki autorka przeznaczyła na opis historii Ukrainy kilkunastu lat wcześniejszych.

Niemcy i Austro-Węgry, zwycięzcy I wojny światowej na froncie wschodnim, przyzwolili ukraińskim działaczom patriotycznym na utworzenie własnego państwa. Jako początek ukraińskiej państwowości można przyjąć dzień 9 stycznia 1918 r. (wg kalendarza juliańskiego!), tj. datę IV uniwersału Centralnej Rady, paraparlamentarnego ukraińskiego organu państwowego, ogłaszającego niepodległość Ukraińskiej Republiki Ludowej. W ciągu trzech lat następujących po tym wydarzeniu historia Ukrainy coraz to gwałtownie przyspieszała, a stołeczny Kijów wielokrotnie przechodził z rąk do rąk. Był zajmowany przez nieuznających URL bolszewików, hetmana Pawła Skoropadskiego i generała Antona Denikina, jak też odbijały go wojska URL atamana Symona Petlury. Ostatni raz Petlura wkroczył (na czas około miesiąca) do Kijowa w maju 1920 r. wraz z wojskiem polskim. Oprócz wymienionych sił politycznych na Ukrainie działały i maltretowały ludność cywilną inne oddziały militarne (chłopskie, anarchistyczne), grasowały tam również zwykłe bandy rabunkowe. Autorka wszystko to chronologicznie, dość szczegółowo i bardzo przystępnie opisuje. Podkreśla też odrębność języka i kultury ukraińskiej oraz decydujący wpływ ukraińskiej inteligencji na rozwój świadomości narodowej niższych warstw społecznych, przede wszystkim ruskiego chłopstwa. Ostatecznie, jak wiemy, w 1921 r. z walk o Ukrainę zwycięsko wyszli bolszewicy.

Pierwsze kilka lat istnienia Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad nie zapowiadało jeszcze nadchodzącej tragedii. Radziecką gospodarkę wojenną zastąpił NEP (leninowska Nowa Ekonomiczna Polityka), przywrócono wówczas część mechanizmów rynkowych. W republice administracyjnie popierano i wdrażano ukrainizację życia publicznego, w tym instytucji naukowo-kulturalnych i szkolnictwa wszystkich szczebli. Z emigracji powróciło kilku znanych ukraińskich twórców - intelektualistów wcześniej zaangażowanych we wspieranie URL. Wszystko przerwał i cofnął Józef Stalin. Lata 1929-1934 to czas brutalnej kolektywizacji w rolnictwie, politycznie wywołanego głodu (głównie na ukraińskiej wsi) oraz walki z „ukraińskim nacjonalizmem”. Właśnie temu poświęcona jest druga część książki. Czytamy o metodach kolektywizacji, okolicznościach towarzyszących tzw. rozkułaczaniu, przeszukiwaniach gospodarstw chłopskich, przymusowych rekwizycjach zboża i wszelkiej żywności, oraz o będącym tego następstwem Wielkim Głodzie w latach 1932 i 1933. Liczbę 3,9 mln osób - ofiar śmierci głodowej w USRR w tamtym czasie autorka podaje za współczesnymi ukraińskimi naukowcami. Hołodomor jest opisany w odniesieniu do różnych terenów Ukrainy oraz wg kolejnych stadiów rozwoju tego straszliwego zjawiska. Śmierć z głodu następowała bardzo powoli. Powoli też wyludniała się i zmieniała ukraińska wieś. Pustoszały wiejskie, zdewastowane (przez komisje rekwizycyjne) chaty. Znajdowali się w nich tylko dogorywający lub już martwi mieszkańcy. Ciała zmarłych z głodu były zabierane z chat i ulic przez specjalne ekipy sanitarne i naprędce grzebane w wykopanych za wsią dołach. Nieraz wraz z trupami chowano też ludzi jeszcze żywych, dopiero powoli umierających i nawet przytomnych. Oszczędzano w ten sposób fatygę ekip grzebalno-sanitarnych, które w przeciwnym razie musiałyby nazajutrz ponownie przybyć w to samo miejsce. Osób wkraczających do wsi nie witało szczekanie psów, gdyż wszystkie zostały zjedzone. Analogicznie zjedzenie wszystkich kotów spowodowało powstanie plag myszy w obejściach gospodarskich. Zdarzały się liczne sytuacje spożywania zwierzęcej padliny, a nawet przypadki kanibalizmu. Głód miał też wpływ na rozluźnienie więzi społecznych. Polityka władz celowo antagonizowała ludność miejską i wiejską, a także wzajemnie względem siebie różne grupy ludności wiejskiej. Ci komunistyczni politycy i urzędnicy ukraińscy, którzy początkowo usiłowali zapobiec tragedii, byli usuwani ze stanowisk administracyjnych i funkcji partyjnych. Zastępowano ich posłusznymi, oportunistycznymi stalinowcami. O jednych i drugich nie zapomniało NKWD w czasach Wielkiego Terroru (lata 1937 i 1938). Prawie przez cały okres istnienia Związku Radzieckiego zabroniono podawania informacji o sztucznie (politycznie) wywołanym ukraińskim głodzie - zakaz ten funkcjonował aż do roku 1988. Nieliczne poświęcone temu zagraniczne artykuły prasowe i książki były publicznie dezawuowane przez radzieckich historyków i dyplomatów, a często także przez przekupionych poputczików, czyli lewicujących zachodnich intelektualistów – pisarzy i akredytowanych w ZSRR dziennikarzy. Piotr Zychowicz w omówionych tu niedawno „Ukraińcach (…)” wspomina, iż nawet rząd II RP nie pozwalał ówczesnym polskim mediom na podawanie informacji o faktycznych rozmiarach tej tragedii zachodzącej tuż za naszą wschodnią granicą. Reasumując, bardzo polecam książkę autorstwa Anne Applebaum, godną stałego miejsca w bibliotece domowej. Autorka przeanalizowała tytułowy temat naprawdę wszechstronnie (politycznie, ekonomicznie, demograficznie, socjologicznie, psychologicznie), posiłkując się m.in. zachowanymi, spisanymi wspomnieniami świadków i uczestników tragicznych wydarzeń. Lekturę wzbogaca interesująca dokumentacja fotograficzna.

PS. Konieczna errata. W posiadanym przeze mnie egzemplarzu książki zauważyłem dwa drobne błędy, zapewne przejęzyczenia edytorskie. Na str. 41, w wierszu 13 od góry, rok 1919 należy poprawić na rok 1918 (to w lutym 1918 r., a nie 1919 r., delegaci Ukrainy podpisali w Brześciu traktat pokojowy z państwami centralnymi). Na str. 156, w wierszu 1 od góry, Sergo Ordżonikidze określony jest jako szef OGPU. Nigdy nie zajmował tego stanowiska. W przywołanym czasie (lata 1929 i 1930) pełnił funkcję przewodniczącego Centralnej Komisji Kontroli radzieckiej partii komunistycznej - WKP(b).

poniedziałek, 9 stycznia 2023

„GUŁAG”. Autorka: Anne Applebaum

 

WITAM SERDECZNIE W NOWYM 2023 ROKU !

W styczniu proponuję Państwu trzy książki o charakterze popularnonaukowym, autorstwa Anne Applebaum. Poniżej piszę o pierwszej z nich. W zakończeniu zamieszczam też kilka osobistych wspomnień i refleksji.

Anne Applebaum „GUŁAG”

Świat Książki, Warszawa 2005

Szanownej autorki chyba nie trzeba przedstawiać. Bliżej zainteresowanych jej biografią odsyłam do Wikipedii. Za tę książkę p. Anne Applebaum otrzymała w 2004 r. prestiżową amerykańską Nagrodę Pulitzera. Publikację należy uznać za obszerne, popularnonaukowe kompendium wiedzy o radzieckich obozach pracy przymusowej. Zakładam, że wszyscy nasi rodacy wiedzą o istnieniu i funkcjonowaniu przez kilkadziesiąt lat radzieckich łagrów (podobnie jak powszechna jest u nas wiedza o hitlerowskich obozach koncentracyjnych). Tematyka ta już w końcu lat 80. ubiegłego stulecia przestała być tabu w PRL, a w III RP jest eksponowana w mediach i literaturze. Daje świadectwo naszej martyrologii - wszak do radzieckich łagrów na przestrzeni lat ich istnienia trafiło także kilkaset tysięcy Polaków i polskich Żydów. Wielu z nich już stamtąd nie powróciło. Bytując w zatłoczonych barakach i otrzymując głodowe racje żywieniowe, nie wytrzymywali przymusowej, morderczej pracy w surowym klimacie. Na zawsze spoczęli w nieludzkiej ziemi - wg trafnego określenia stalinowskiego Związku Radzieckiego przez Józefa Czapskiego. W aneksie (str. 525-532) zatytułowanym „Ilu” p. Anne Applebaum przytacza i komentuje szacunki historyków, dotyczące liczb więźniów obozów radzieckich, w tym ofiar śmiertelnych. Łączna liczba zeków w ciągu ponad trzydziestu lat (1923-1957) funkcjonowania systemu obozów pracy przymusowej w ZSRR sięgnęła 29 milionów, z których ok. 3 mln zmarło tam z wycieńczenia lub zostało zamordowanych. Ta ostatnia liczba oczywiście nie obejmuje wszystkich śmiertelnych ofiar stalinizmu (m.in. w wyniku zgonów podczas Wielkiego Głodu 1932-1933 i masowych egzekucji w czasie Wielkiego Terroru 1937-1938), których łącznie mogło być nawet ok. 20 milionów.

Autorka przedstawia organizację i funkcjonowanie obozów (zmienne na przestrzeni lat), ich miejsce w systemie gospodarki radzieckiej, skład socjalny i narodowościowy więźniów. Opisuje ciężką pracę w kopalniach, przy wyrębie lasów oraz na rzecz inwestycji budowlanych (głównie komunikacyjnych i hydrologicznych) nakazanych przez Stalina. Przeprowadza porównanie radzieckich łagrów z niemieckimi obozami koncentracyjnymi. Szczegółowo opisuje warunki codziennego bytowania zeków – zakwaterowanie, wyżywienie, relacje pomiędzy więźniami a komendanturą, jak też wzajemne stosunki między poszczególnymi grupami osadzonych. Opisy te z konieczności muszą być często drastyczne, dotyczą bowiem obozowej patologii i wielu osobistych tragedii. W łagrach, oprócz osób skazanych za wyimaginowane przestępstwa polityczne i drobne wykroczenia natury administracyjnej (np. za spóźnienie się do pracy w fabryce), znalazło się również wielu kryminalistów, w tym zatwardziałych recydywistów. Owe urki dążyły do nieformalnego podporządkowania sobie innych więźniów – ograbiając ich (z odzieży, żywności), terroryzując i gwałcąc, a w razie oporu nawet mordując. Nieraz bardzo tragiczna bywała dola kobiet narażonych na przemoc i gwałty nie tylko ze strony urków przedostających się do żeńskich stref obozów, ale też ze strony innych kobiet - współosadzonych kryminalistek. Ale najbardziej przejmująco autorka opisała los małych dzieci urodzonych w łagrach. Zaznaczam, że rozdział 15 pt. „Kobiety i dzieci”, zwłaszcza jego fragmenty o egzystencji maluchów w łagrowych żłobkach, to lektura dla osób o mocnych nerwach. Przedstawiając codzienność życia obozowego autorka, bazując na wspomnieniach byłych więźniów, ukazała też stosowane przez nich metody przetrwania – sposoby załatwienia skierowań do lżejszej pracy i otrzymywania lepszego, obfitszego wyżywienia. Niekiedy odbywało się to za cenę degradacji moralnej. Osoby starsze i wcześniej nieprzywykłe do ciężkiej pracy fizycznej, skierowane do robót tzw. ogólnych, w zasadzie nie miały szans na dłuższe życie w łagrach. Opisy buntów i ucieczek więźniów też w tej książce odnajdziemy. Reasumując, bardzo ją polecam, jest emocjonująca i przystępnie zredagowana. Autorka przywołuje też wiele spisanych wspomnień, w tym dzieł literackich – m.in. Aleksandra Sołżenicyna, Warłama Szałamowa, Eugenii Ginzburg, naszego Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Pominęła „Rosję w łagrze” Iwana Sołoniewicza (tu omówioną - vide katalog alfabetyczny lub tematyczny 6). Lekturę wzbogaca ciekawa dokumentacja fotograficzna. Przedostatni rozdział książki to opis prześladowań dysydentów w ZSRR już po likwidacji Gułagu, m.in. kierowania ich na przymusowe, bezterminowe leczenie psychiatryczne. Zaś w ostatnim rozdziale autorka przedstawiła pozytywne skutki Gorbaczowowskiej głasnosti - publiczne i powszechne ujawnienie skali zbrodni stalinizmu, krzywd ofiar łagrów oraz żądań ich rehabilitacji.

Na zakończenie nieco wspomnień i refleksji osobistych. Wychowany w PRL, wiedzę o radzieckim systemie deportacji do pracy przymusowej początkowo czerpałem głównie ze sporadycznie słuchanych audycji Radia Wolna Europa, czasem też babcia po kądzieli (1908-1979) coś niecoś mi podpowiedziała. W 1977 r. wielkim dla mnie odkryciem i przeżyciem stała się lektura samowolnie pożyczonego (tj. bez wiedzy właściciela książki i tylko na jeden wieczór) emigracyjnego, przemyconego do Polski wydania „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Na czytanie zarwałem wtedy noc. Osobiście natomiast poznałem dwie osoby będące w przeszłości więźniami syberyjskich łagrów. W latach 70. ub. wieku miałem okazję kilkakrotnie z nimi porozmawiać, wysłuchać ich opowieści, w tym również interesujących obozowych „ciekawostek”. Pierwsza z tych osób to były zmobilizowany żołnierz WP, który po dniu 17 września 1939 r. znalazł się na terenach wschodniej Polski. Nie poszedł do radzieckiej niewoli, zrzucił mundur i podjął cywilne życie, ale niebawem zainteresowało się nim NKWD i wylądował w łagrze. Uratował go układ Sikorski-Majski. Już jesienią 1941 r. trafił do armii gen. Władysława Andersa, przeszedł cały jej szlak bojowy, a po wojnie powrócił do Polski. W kraju uległ ciężkiemu wypadkowi komunikacyjnemu, przyznano mu rentę inwalidzką. Pomagała mu też żona, kobieta niezwykle zaradna życiowo. Właśnie przez tę panią (wynajmującą mi mieszkanie) go poznałem. Ów pan S., szczerze opowiadając przy kielichu o trudach bytowania i ciężkiej, niewolniczej pracy na Syberii, potrafił okraszać to szczyptą wisielczego humoru. M.in. śmiał się, że zimą nie był mu potrzebny papier toaletowy (którego oczywiście i tak by tam nie miał), ponieważ na wielkim mrozie (cyt.) „nie podcierano się, lecz palcami odłamywano, kruszono”.

Druga osoba to inteligentny 18-letni chłopak uciekający na przełomie lat 1939 i 1940 spod okupacji niemieckiej na wschód, po przekroczeniu granicy aresztowany jako domniemany szpieg i osadzony w łagrze. Wyszedł z niego dopiero w 1948 roku  i udało mu się legalnie powrócić do Polski. W łagrze podczas prac leśnych stracił przy wyrębie prawą dłoń, co – paradoksalnie – być może uratowało mu życie. Z konieczności skierowano go bowiem do pracy lżejszej. Wkrótce się też nieźle, jak na możliwości łagrowe, urządził w administracji obozowej. Miał dużo sprytu życiowego i uroku osobistego – potrafił wzbudzać sympatię i zaufanie. Z czasem uzyskał znośne warunki zakwaterowania i wyżywienia, nadano mu również swobodę poruszania się po całej obozowej zonie. Wspominając swą ówczesną egzystencję, przyznał się do spłodzenia kilkanaściorga dzieci na życzenie kobiet-więźniarek, motywowanych tym, iż podczas ciąży oraz przez pewien czas po porodzie uzyskiwały znacznie lepsze warunki socjalno-bytowe, niekiedy je nawet zwalniano przed upływem terminu wyroku (pisze też o tym p. Anne Applebaum). O losach dzieci oczywiście nie miał pojęcia. Maluchy, które przeżyły łagrowy żłobek, odebrano matkom (tym, które były zmuszone do pozostania w obozie) i przekazano do domu dziecka. Ów pan Zygmunt K. po powrocie do Polski ukończył wyższe studia ekonomiczne, znalazł dobre zatrudnienie, założył rodzinę i już raczej pomyślnie mu się wiodło. W latach 1975-1979 (pierwszych moich latach pracy po studiach) był moim bezpośrednim przełożonym, na stanowisku zastępcy naczelnika Wydziału Planowania w Departamencie Inwestycji jednego z najważniejszych ministerstw. Nasza charyzmatyczna szefowa, pani naczelnik - mgr ekonomii Halina W.-K., podrwiwała z niego, iż widocznie budownictwo tzw. specjalne miał zapisane w horoskopie – ważne inwestycje budowlane najpierw realizował na szczeblu najniższym wykonawczym (w radzieckim łagrze), a teraz na szczeblu najwyższym planistycznym, ministerialnym, już w Polsce. Ona mogła sobie na takie docinki pozwolić. Będąc 8-letnią dziewczynką, została w 1940 r. wraz z rodzicami deportowana do Kazachstanu na przymusowe osiedlenie. Tam „swoje przeżyła”, z radzieckiego „raju” pozwolono jej wyjechać do Polski dopiero po wojnie. Pan Zygmunt K. posiadał czarną, skórzaną protezę prawej dłoni, przypominającą rękawiczkę z jednym palcem, z ukrytym w niej urządzeniem umożliwiającym uchwyt. Lewą ręką dobrze pisał i obsługiwał maszynkę do liczenia (niegdysiejszy kalkulator). Kalectwo nie przeszkadzało mu też w prowadzeniu samochodu – może dlatego, iż jeździł enerdowskim wartburgiem z dźwignią zmiany biegów przy kierownicy. Sprawnie się nią posługiwał – wiem, bo parę razy jechałem z nim w roli pasażera. Na rentę inwalidzką odszedł na przełomie lat 1979/1980. Zmarł jesienią 2001 r. Uczestniczyłem w pożegnaniu go na warszawskich Powązkach. Pani Haliny W.-K. też już nie ma wśród żyjących. Cześć Ich pamięci.