niedziela, 9 stycznia 2022

„Krucjata 1935. Wojna, której nigdy nie było”. Autor: Marek Świerczek

 

W styczniu br. zainteresujemy się przedwojenną dyplomacją w trójkącie Berlin-Warszawa-Moskwa, innych stolic całkowicie też nie wyłączając. Ową tematykę przybliżają nam (tu za moim pośrednictwem) panowie Marek Świerczek, Krzysztof Rak i Stanisław Żerko. A zatem – po kolei.

Marek Świerczek „Krucjata 1935. Wojna, której nigdy nie było”

Wydawca Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2021

Żal z powodu niewykorzystanej okazji i zmarnowanej wielkiej szansy historycznej??? Taka myśl może się nasunąć podczas lektury tej książki napisanej w formie interesującej dysertacji naukowej (zastanawiam się, czy to aby nie rozprawa doktorska p. Świerczka). Za punkt wyjścia autor wybrał dostępne już w Rosji raporty z lat 1934 i 1935 radzieckich agentów wysoko ulokowanych w polskim MSZ, z bezpośrednim dostępem do ministra Józefa Becka, oraz (okazyjnie, jeden z tych szpiegów) do samego marszałka Józefa Piłsudskiego. Nie zawahał się wymienić ich nazwisk i stanowisk, choć tylko jednego z nich explicite, bez żadnych wątpliwości, wskazał jako radzieckiego szpiega-informatora, a zarazem bardzo ważnego tzw. agenta wpływu. Owi agenci donosili Stalinowi o montowanej w wielkiej tajemnicy koalicji polsko-niemiecko-japońskiej, mającej na celu wojnę z ZSRR. A działo się to w latach 1934 i 1935, ale tylko do śmierci marszałka Piłsudskiego. Później przygotowania do owej tytułowej krucjaty zostały z winy Polski zaniechane. Po przytoczeniu treści raportów radzieckich szpiegów p. Marek Świerczek poddał ich główne przesłanie obszernej, gruntownej analizie podmiotowej i przedmiotowej – celem zbadania autentyczności i wiarygodności. I właśnie o tym jest książka.

Za analizę podmiotową można uznać opisanie życiorysów i charakterów agentów, także ich osobistych kontaktów z wywiadem i kontrwywiadem radzieckim. Na tym tle poraża bezmyślność naszych decydentów kadrowych, otrzymujących przecież sygnały wskazujące na pojawiające się podejrzenia wobec tych polskich oficerów, jak również na ich patologiczne osobowości. Analizie przedmiotowej natomiast poddana jest polityka zagraniczna i wewnętrzna, uprawiana przez państwa europejskie w tamtych latach, ze wskazaniem również niejawnej dyplomacji realizowanej z polecenia Józefa Piłsudskiego i Adolfa Hitlera. Tu koniecznie muszę powtórzyć za autorem, aby na sylwetkę niemieckiego Führera nie patrzeć przez pryzmat historii drugiej wojny światowej, ale zatrzymać się na status quo czasokresu analizowanego w książce. Autor przedstawia ówczesne poglądy oraz plany polityczne Piłsudskiego i Hitlera. Dowodzi też, iż krucjata anty-ZSRR w zasadzie leżała w interesie całego zachodniego, cywilizowanego świata. A to, że do niej nie doszło, to już zasługa służb specjalnych Stalina – szpiegów i (głównie) agentów wpływu. Nie negując dużego znaczenia ich kreciej działalności uważam jednak, że taki pogląd to już przejaw teorii spiskowej, którą odrzucam. O dalszym przebiegu dziejów zadecydowała bowiem głównie krótkowzroczność, niekiedy wręcz bezmyślność ekip rządzących Polską, Francją i Wielką Brytanią, które podejmowały decyzje samodzielnie i nie musiały ulegać podszeptom płynącym po kryjomu z Kremla. Przecież tajni agenci radzieccy nie stali na czele rządów tych państw, jedynie lokowali się w gronie wpływowych doradców. Ich opinie mogły i powinny być jednak odrzucane. Nie byli zresztą doradcami jedynymi.

Reasumując, gorąco polecam lekturę proponowanej dziś książki. Zarazem ostrzegam, iż spowoduje ona swego rodzaju burzę w mózgu. Autor bowiem wyraźnie odbiega od poglądów głównego nurtu historiografii, zarówno polskiego, jak i zachodnioeuropejskiego. Swoje wnioski i przemyślenia starannie dokumentuje, w książce aż roi się od przypisów (niektórych niezwykle interesujących, wykraczających poza wskazanie źródła informacji). Fragmentarycznie przedstawia też stan polskiej dyplomacji oraz polskiego wywiadu i kontrwywiadu tamtych lat, także ich bardzo brudne, żeby nie powiedzieć śmierdzące zdradą, strony. Abyście jednak Państwo nie uznali, że się autorowi podlizuję, to teraz też trochę pogrymaszę.

§  Na str. 348 autor wspomina o chorobie nowotworowej Józefa Piłsudskiego. Informację o tym zaczerpnął zapewne z oficjalnego, urzędowego orzeczenia lekarskiego o przyczynie zgonu marszałka. A przecież w swojej książce kilkakrotnie podkreśla nieufność wobec wszelkich wersji tzw. urzędowych, oficjalnych. Mógł zatem i tu napisać tylko ogólnie, np. o chorobie śmiertelnej. Rzeczywistą chorobę i przyczynę zgonu marszałka Józefa Piłsudskiego wyjawił bowiem doktor Marek Kamiński (opis jego książki do odszukania w katalogu alfabetycznym tej czytelni). Niewykluczone, że pan Marek Świerczek jeszcze nie dotarł do książki autorstwa swego imiennika. Przy okazji nadmieniam, że powyższą uwagę zamieszczam jedynie w imię obiektywnej prawdy historycznej, a broń Boże ze złośliwości. W pełni bowiem podzielam opinię p. Marka Świerczka o wielkiej osobowości marszałka Józefa Piłsudskiego i o zasadności jego planów politycznych.

§  Drugie moje zastrzeżenie dotyczy informacji na str. 28 książki o gigantycznym wynagrodzeniu w kwocie pół miliona przedwojennych złotych polskich, wypłaconych polskim renegatom przez ZSRR latem 1939 r. Autor z drwiną pisze, iż waluta ta stała się już za miesiąc bezwartościowa. Otóż nie. W Generalnym Gubernatorstwie polskie banknoty pozostały w obiegu, przy czym tylko ich wysokie nominały deponowano w banku celem ich wymiany w 1940 r. na tzw. młynarki, też nominowane w złotych. Różne dla różnych osób określono limity takiej wymiany, ale była ona realna. Jako rzeczoznawca majątkowy zajmujący się nieruchomościami miałem kilka razy okazję, badając ich stany prawne, przeglądać akty notarialne umów kupna-sprzedaży nieruchomości, zawartych w GG w latach wojny. Wszystkie podane w nich ceny były określone w złotych. Z przekazu rodzinnego też wiem, że mój dziadek po kądzieli późną jesienią 1939 r. kupił na peryferiach Radomia działkę budowlaną o powierzchni 0,75 ha. Oczywiście za złotówki.

§  Na str. 237 autor pisze, iż (cyt.) „II RP odzyskała jedynie drobną część terytoriów utraconych w rozbiorach na rzecz Rosji”. Nie taką znów „drobną” – proszę zerknąć do atlasu historycznego i porównać przebieg granicy wschodniej Rzeczypospolitej z roku 1772 (sprzed pierwszego rozbioru) i roku 1921. Chyba że autor bierze również pod uwagę tereny Ukrainy lewobrzeżnej, utraconej przez Rzeczpospolitą na rzecz Rosji już w XVII wieku, formalnie w 1667 r. (ale to przecież nie był jeszcze rozbiór, jeno skutek powstań kozackich i przegranej wojny z Moskwą).

§  Na str. 250 w przypisie nr 540 podana jest skrajnie zaniżona liczba 2400 ludzi tzw. zbędnych, czyli trwale bezrobotnych w II Rzeczypospolitej. Moim zdaniem należało tu napisać „2400 tys.” lub prościej: 2,4 mln.

§  No i jeszcze drobna uwaga pod adresem pana Piotra Zychowicza, autora przedmowy. Już w pierwszym jej zdaniu (str. 7 książki) p. Piotr pisze o Stalinie, jakoby budzącym się ze strachu w środku nocy, gdy przyśniła mu się tytułowa krucjata. Rozumiem, że to tylko taki wtręt retoryczny. Ale jednak nietrafiony. Stalin w środku nocy to jeszcze pracował albo imprezował ze swoimi przybocznymi. Kładł się spać dopiero nad ranem, wstawał przed południem. Taki wiódł tryb życia.

 

poniedziałek, 27 grudnia 2021

"Stalingrad". Autor: Theodor Plievier

 

Święta, święta i … już po świętach. Czas upływa szybko. Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę teraz Szczęśliwego Nowego 2022 Roku. Oby był on dla Państwa lepszy niż ten właśnie mijający. A na okołonoworoczne wolne dnie polecam lekturę poniżej opisanej książki (przypuszczam, że dostępnej w bibliotekach publicznych).

Theodor Plievier „Stalingrad”

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958

O autorze można poczytać np. tu:

Theodor Plievier – Wikipedia, wolna encyklopedia

Przez chwilę o tym konkretnym egzemplarzu książki. Pochodzi z jej wydania pierwszego (1958), tj. tylko o 7 lat młodszego ode mnie. Ówczesna cena detaliczna 31 zł. Ale na ostatniej stronie widnieje wpisana ołówkiem cena antykwaryczna 200 zł – to dowód, że do mojego prywatnego księgozbioru książka trafiła gdzieś tak pod koniec lat 80. lub na początku lat 90. ub. wieku. I spoczywała tam, zawieruszona i nieprzeczytana, aż do grudnia 2021 r. W dniu, gdy to piszę, jestem świeżo po jej lekturze. W księgarniach proszę książki nie szukać. Raczej w bibliotekach publicznych – w czasach PRL miała kilka wydań. A gdyby ktoś chciał ją nabyć na własność (polecam!), to pomoże mu Internet – spostrzegłem tam kilka ofert sprzedaży po tylko kilkanaście zł za egzemplarz. Tłumaczenie angielskie (wersję elektroniczną) można sobie ściągnąć za darmo.

Do nazwy wydawnictwa i czasów publikacji proszę się nie uprzedzać. Żadnej agitacji proradzieckiej Państwo się nie spodziewajcie. Na 591 stronach (tego wydania) znajdujemy bardzo realistyczną powieść dokumentalną, napisaną dla czytelnika niemieckiego już w 1945 r. Recenzowany tu w poprzednim artykule Erich Stahl nieco przesadził twierdząc, że przeszedł piekło na froncie wschodnim. On bowiem zahaczył tylko o przedsionek piekła. Rzeczywiste inferno Niemców zaistniało pod i w Stalingradzie! Theodor Plievier przedstawił opis bytowania żołnierzy Wehrmachtu w coraz to bardziej kurczącym się kotle stalingradzkim (listopad 1942 – luty 1943). Nie tylko zaciętych walk z okrążającą ich Armią Czerwoną, ale też zakwaterowania, wyżywienia, zaopatrzenia, opieki medycznej. Wszystko to szybko okazało się niedostateczne. Zakwaterowanie frontowych żołnierzy miało miejsce w prowizorycznych bunkrach, w wykopanych i okrytych tylko brezentem dołach, także w ruinach domów – przy zawiejach śnieżnych i temperaturze sięgającej minus 30 st. C. Wyżywienie było skąpe, niekiedy żadne. Zaopatrzenie w broń i amunicję też szwankowało – zwłaszcza gdy przedwcześnie wysadzano w powietrze własne magazyny, aby nie dostały się w ręce wroga. Opieka medyczna nad olbrzymią liczbą żołnierzy (chorych, rannych, z ciężkimi odmrożeniami) była iluzoryczna. Nielicznym lekarzom szybko zabrakło lekarstw, środków znieczulających, z czasem też materiałów opatrunkowych. Nieleczeni pacjenci tłoczyli się i masowo umierali w zimnych piwnicach – także z chłodu, głodu i ostrzału artyleryjskiego. Generalnie wśród oblężonych powstawał coraz większy chaos, zauważalny również w systemie dowodzenia obroną.

Bohaterami powieści Plievier uczynił kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu, z których większość uśmiercił. Padli w boju lub zmarli z ran i odmrożeń, nie otrzymawszy właściwej (bądź żadnej) pomocy lekarskiej. Postacie te były autentyczne lub autor wprowadził je do powieści na podstawie konkretnych pierwowzorów. Owi bohaterowie książki to żołnierze w stopniach od szeregowca do generała – różnego pochodzenia społecznego i wykształcenia, różnych światopoglądów oraz oczywiście różnych charakterów. Generalnie, z małymi wyjątkami, odważni i dobrze sprawujący się na polu walki. Swojego Führera przestawali szanować na ogół dopiero wtedy, gdy uświadomili sobie nierealność odsieczy i nieuchronność klęski. Autor pokrótce przedstawił też ich wcześniejsze losy, zanim trafili do Stalingradu. Kilku wysłano tam drogą lotniczą już po zamknięciu pierścienia radzieckiego okrążenia. W tym niektórych na własną prośbę – uroili sobie, że uczestnictwo w bitwie stalingradzkiej zapewni im wysokie odznaczenia bojowe i przyspieszy drogę awansową. Oczywiście po odblokowaniu kotła, w co święcie przed odlotem do okrążonej armii, na jeszcze jej funkcjonujące lotnisko, uwierzyli.

Reasumując, książka przedstawia niezwykle realistyczny obraz kilkudziesięciu dni walk w oblężeniu, jak też zawiera opisy różnych żołnierskich zachowań, charakterów i refleksji wywołanych tragiczną sytuacją. Miłośnicy dobrej literatury pola walki na pewno się nie rozczarują.

PS.1. Jak dowiedziałem się z powołanej na wstępie notki w Wikipedii, „Stalingrad” to tylko jedna część wojennej trylogii Plieviera, pozostałe to „Moskwa” i „Berlin”. Tych dwóch innych nie znam, zdaje się, że nie było ich polskich wydań.

PS.2. Kończąc (na razie) omawianie lektur dotyczących frontu wschodniego II wojny światowej, pragnę zachęcić osoby zainteresowane tą tematyką do zajrzenia do katalogu tematycznego 7, poprzez który można dotrzeć do moich opisów innych książek temu poświęconych. M.in. świetnego opracowania pt. „Ostkrieg. Front wschodni: wojna na wyniszczenie”, którego autorem jest amerykański historyk Stephen G. Fritz.

 

czwartek, 16 grudnia 2021

„Przeszedłem piekło z Waffen-SS na froncie wschodnim”. Autor: Erich Stahl

 

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia proszę przyjąć ode mnie najserdeczniejsze życzenia – aby nadchodzące Święta były dla Państwa zdrowe, wesołe, wolne od kłopotów, spędzone przy suto zastawionym rodzinnym stole. I aby pod choinką każdy znalazł prezent dla siebie – najlepiej książkę o tematyce historycznej (niezdecydowani, zanim wejdą na stronę księgarni internetowej, mogą coś wybrać wg katalogów tego bloga).

Poprzedni artykuł dotyczył relacji z frontu wschodniego, tworzonych na gorąco przez radzieckiego korespondenta wojennego. Dziś też będzie o piekle Ostfront, tyle że opisanym już po wojnie, na podstawie zachowanych notatek, przez oddelegowanego na ów front niemieckiego propagandystę.

Erich Stahl „Przeszedłem piekło z Waffen-SS na froncie wschodnim”

Wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2019

Jest to kolejna pozycja literatury wspomnieniowej pola walki. Ale takiej bardziej ambitnej, wzbogaconej o osobiste refleksje natury polityczno-ideologicznej. Autor-narrator (nie należy go mylić z generałem Luftwaffe o tym samym imieniu i nazwisku) to młody podoficer SS, awansowany na pierwszy stopień oficerski SS dopiero jesienią 1944 r. Podczas lektury proponuję mieć założoną zakładkę na str. 367, na której zamieszczono wykazy stopni wojskowych Wehrmachtu, Waffen-SS i ich odpowiedników w Wojsku Polskim. Będzie to bardzo pomocne, bo niby skąd polski czytelnik ma wiedzieć, że np. SS-Unterscharführer to plutonowy, a SS-Untersturmführer to podporucznik. Stahl jest esesmanem nietypowym – pełni rolę oddelegowanego na front partyjnego funkcjonariusza pionu propagandy. W czasie służby bywa przenoszony pomiędzy różnymi jednostkami Waffen-SS, jak też wzywa się go do Niemiec na dłuższe, nieraz kilkutygodniowe pobyty, niebędące jednak należnymi urlopami. Podczas jednego z takich powrotów do Rzeszy przyjmuje go sam Goebbels. Wojując na froncie wschodnim Stahl przebywa na pierwszej linii, nieraz cudem unika śmierci, natomiast od radzieckich pocisków padają martwi, znajdujący się tuż obok, jego towarzysze broni.

Książka została napisana już po wojnie, na pewno z dużą dozą autocenzury. Duża jej szczegółowość świadczy o zachowanych notatkach sporządzanych na gorąco podczas wojny. Jednak o zbrodniach niemieckich autor tylko ogólnie nadmienia, iż takowe były, nawet bardzo poważne, ale już ich nie precyzuje. W przeciwieństwie do opisów zachowywania się czerwonoarmistów, niepatyczkujących się z jeńcami niemieckimi czy ludnością cywilną Niemiec i Węgier. Stahl rzeczywiście przedstawia tytułowe piekło frontu wschodniego, równolegle jednak snuje własne refleksje polityczne, przyjaźnie odnosi się do ludności cywilnej na obszarze okupowanym. Sam jawi się jako prawdziwy narodowy socjalista, pozostający wierny ideałom z okresu genezy tego ruchu w latach dwudziestych XX wieku. Antysemitą rzekomo nie jest. Podczas pobytu na wschodzie ma krótko kochankę, której córeczka jest pół-Żydówką i ani mu przez myśl nie przechodzi, aby ją zadenuncjować. Matka dziecka bardziej się o to obawia ze strony sąsiadów niż tego esesmana. Stahl praktycznie od razu, już w 1941 r., spostrzega olbrzymią szansę na wygranie wojny, gdyby tylko Hitler ogłosił ją jako wojnę wyzwoleńczą ludności ZSRR, skasował na podbitym obszarze kołchozy, rozdał chłopom ziemię oraz dał broń do ręki narodom ciemiężonym i skrwawionym przez komunizm – utworzył z nich bitne dywizje żołnierzy żywiących zrozumiałą nienawiść do systemu radzieckiego. To, że tak się nie dzieje, mocno go frustruje, czemu daje wyraz podczas pobytów w Niemczech. Nie przysparza mu to sympatii, partyjni przełożeni go upominają i krytykują, a koledzy z pionu propagandy „na wszelki wypadek” się wobec niego dystansują. Prześladowany wprawdzie nie jest, ale jego droga awansowa zostaje mocno spowolniona. Odsyła się go z powrotem na front wschodni, gdzie naprawdę walczy na pierwszej linii.

Poloniców w tej książce brak. Polska a nawet Generalne Gubernatorstwo jakby w ogóle nie istniały, mimo że autor także i przedwojenne ziemie polskie przemierzał wraz z frontem. To jakby temat tabu, być może ze względu na wydanie tej książki w 2009 r. w … USA. I tu dochodzimy do sedna – polecana dziś Państwu książka to tłumaczenie z jej amerykańskiego wydania w języku angielskim, a nie z oryginału niemieckiego. Ale dodam, że to polskie tłumaczenie jest doskonałe, wzbogacone w przypisach przez tłumacza p. Sławomira Kędzierskiego cennymi objaśnieniami historycznymi, nieraz prostującego niewiedzę bądź niepamięć autora. Choć swoją drogą – szkoda, że to tylko tłumaczenie z tłumaczenia. Oryginał wydania niemieckiego być może jest bardziej szczery i dosadny, przez co zapewne mocno kontrowersyjny, ale też wiarygodniej ukazujący osobowość autora. Niewykluczone bowiem, iż amerykańskie wydanie książki zostało przeredagowane i skrócone. Aby m.in. nie drażnić naszej Polonii.

PS. Pan Sławomir Kędzierski również doskonale się spisał tłumacząc z języka angielskiego książkę pt. Od własnej kuli. Tajna wojna między aliantami, wydaną w 2007 r. przez wydawnictwo Bellona. Autorzy: Lynn Picknett, Clice Prince, Stephen Prior. Wyszedł poza rolę tłumacza zamieszczając niezbędne przypisy historyczne. Książka została już omówiona na tym blogu.

 

czwartek, 9 grudnia 2021

„Pisarz na wojnie. Na szlaku bojowym Armii Czerwonej 1941-1945”. Autor: Wasilij Grossman

 

Dwa poprzednie wpisy dotyczyły książek o froncie wschodnim, autorstwa historyków rosyjskich. Dziś o tym froncie również oczami rosyjskimi, ale nie historyka lecz bezpośredniego obserwatora, radzieckiego korespondenta wojennego.

Wasilij Grossman „Pisarz na wojnie. Na szlaku bojowym Armii Czerwonej 1941-1945”

Opracowanie: Antony Beevor i Luba Winogradowa

Wydawnictwo Magnum Ltd., Warszawa 2018

Angielski profesor Antony Beevor i współpracująca z nim (głównie w zakresie tłumaczenia z języka rosyjskiego) Luba Winogradowa dokonali wyboru korespondencji wojennej – służbowej i prywatnej Wasilija Grossmana, nadając zebranym opisom walk na froncie wschodnim charakter usystematyzowanego reportażu wojennego. Uzupełnili go o informacje biograficzne dotyczące tego radzieckiego pisarza i zarazem korespondenta wojennego (żyjącego w latach 1905-1964). Obszerne teksty Grossmana są w książce przeplatane niezbędnymi objaśnieniami i komentarzem prof. Beevora, niekiedy też prostującego zauważone nieścisłości historyczne.

Spisane obserwacje wojenne Grossmana są niewątpliwie bardzo interesujące, ukazują obraz walk na pierwszej linii różnych odcinków frontu. Tym niemniej ani na chwilę nie należy zapominać, iż są to teksty w zamyśle propagandowe, mające podnieść morale ich czytelników – zarówno żołnierzy, jak i cywilów wspomagających ciężką pracą radziecki wysiłek wojenny. O ciemnych stronach walk frontowych – terrorze zagraditielnych otdiełow i Smiersza, czy o traktowaniu niemieckich jeńców i ludności cywilnej – autor ledwie przebąkuje. Za najbardziej interesujące należy uznać opisy walk pod i w Stalingradzie, oraz na łuku kurskim. Ten pierwszy opis jest niekompletny, ponieważ Grossmana odwołano stamtąd jeszcze przed kapitulacją von Paulusa (mającą miejsce na początku lutego 1943 r.), natomiast drugi – wraz z załączoną mapką – przystępnie i dokładnie obrazuje pancerną batalię mas czołgowych z lipca 1943 roku, po której Niemcy byli już tylko spychani na zachód i nie odzyskali inicjatywy strategicznej.

Pozafrontowe okropności wojny Wasilij Grossman również obszernie relacjonuje piórem korespondenta wojennego. Oczywiście głównie te dotykające ludność pod okupacją niemiecką. Polskiego czytelnika najbardziej zainteresuje i zaszokuje realistyczny reportaż pt. „Treblinka” (rozdział 24, str. 288-315), w którym autor przedstawia organizację i funkcjonowanie tego obozu śmierci, łącznie z sylwetkami i działaniami zbrodniczych funkcjonariuszy. Czyni to w szczegółach, m.in. drobiazgowo opisuje ostatnią drogę osób skazanych na śmierć (nie zawsze tego świadomych), wiodącą od rampy kolejowej do komory gazowej. Jest to lektura doprawdy wstrząsająca i nie dziwię się, że radzieccy żołnierze – poznawszy ją z Krasnoj Zwiezdy – nieraz wyzbywali się resztek litości wobec pokonanych Niemców. I nie ma się co po latach wymądrzać i moralizować. Proszę się postawić w ich sytuacji. Ty, Drogi Czytelniku, gdybyś w 1944 r. miał 20 lat, taką porażającą wiedzę i automat w ręku, też zapewne nie miałbyś skrupułów. Ja – będąc w podobnej sytuacji i trzymając pod lufą dopiero co schwytanych wojennych zbrodniarzy z SS-Einsatzgruppe – wątpliwości raczej bym nie miał. Innych poloniców w książce prawie brak, co należy złożyć na karb cenzury wojennej, podporządkowanej politycznym planom Stalina wobec naszego kraju.

PS. Tym z Państwa, którym przywołany powyżej termin SS-Einsatzgruppe nie mówi nic, lub niewiele, polecam książkę pt. Mistrzowie śmierci. Einsatzgruppen. Tytuł angielskiego oryginału: Masters of Death. The SS-Einsatzgruppen and the Invention of the Holocaust. Autor: Richard Rhodes. Egzemplarz przeze mnie posiadany został wydany w 2007 r. przez warszawski Dom Wydawniczy Bellona. Na tym blogu książka nie była jeszcze opisywana (niewykluczone, że uczynię to w przyszłości).

 

poniedziałek, 29 listopada 2021

„Jak Związek Radziecki wygrał wojnę”. Autor: Mark Sołonin

 

Mark Sołonin „Jak Związek Radziecki wygrał wojnę”

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2021

Na książkę składa się 9 artykułów autora, tematycznie związanych z genezą i przebiegiem II wojny światowej, głównie na froncie wschodnim. Tytuł jednego z nich (będącego przedostatnim rozdziałem) posłużył zarazem za tytuł książki. Autor przedstawia w nim polityczne i militarne błędy Hitlera, przesądzające o klęsce Niemiec w wojnie ze Związkiem Radzieckim. Równocześnie podkreśla pośredni, ale jednak decydujący wpływ innych teatrów wojny na ograniczenia kadrowe i logistyczne sił Wehrmachtu i Waffen SS operujących na wschodzie. Walki w Afryce, we Włoszech, lądowanie w Normandii (utworzenie frontu zachodniego), front powietrzny nad Niemcami, bitwa o Atlantyk, partyzantka w Jugosławii i Grecji (Polska nie jest wspomniana) – wszystko to bardzo angażowało wojenny potencjał niemiecki w latach 1941-1945. Autor szczegółowo również wymienia rodzaje i ilości sprzętu oraz materiałów wojennych przekazanych Związkowi Radzieckiemu przez USA i Wielką Brytanię. Stawia tezę, iż ZSRR samotnie walczący z III Rzeszą wojnę by na pewno przegrał. Swoje wnioski obudowuje wyliczeniami z zakresu ekonomiki wojennej.

W rozdziale pt. „Blokada Leningradu. Fakty i pytania” Mark Sołonin przedstawia okoliczności ponaddwuletniego oblężenia miasta przez Niemców i Finów, panujące w nim warunki, m.in. podaje faktyczne przyczyny śmierci głodowej ok. 600 tys. cywilnych mieszkańców miasta. Dowodzi, iż udzielenie im pomocy było technicznie wykonalne, a argumentacja o szczelności niemieckiej blokady ma charakter propagandowy. Faktycznie nie było bowiem politycznej woli skierowania do Leningradu większych dostaw żywności. Powszechny niedobór wojenny spowodował wykreślenie wyżywienia tamtejszej ludności z listy ówczesnych zadań priorytetowych.

Ciekawy jest również rozdział pt. „Monachium i Moskwa”, w którym autor ukazuje cynizm polityki Stalina podczas kryzysu monachijskiego we wrześniu 1938 r. Rząd Czechosłowacji bardzo liczył na obiecaną pomoc radziecką. W krytycznych dniach wręcz o nią zabiegał, napotykając jednak po stronie ZSRR na formalne trudności proceduralne (tzw. grę na zwłokę). Gdy już uległ i pogodził się z dyktatem monachijskim, wtedy dyplomacja radziecka udała z tego powodu zaskoczenie i zdziwienie. Mark Sołonin twierdzi, że wojskowa pomoc radziecka mogła zostać udzielona Czechosłowacji przez terytorium Rumunii.

W kolejnych rozdziałach autor zaprzecza nieprzygotowaniu ZSRR do wojny z Niemcami, opisuje wybrane bitwy 1941 r., swoje wnioski dokumentując wyliczeniami, jak już to określiłem, właściwymi dla ekonomiki wojennej. Czytelnik niechcący wchodzić w takie szczegóły może te partie książki szybciej przekartkować, zapamiętując tylko ogólne przesłanie ich treści.

Ostatni rozdział dotyczy amerykańsko-radzieckiego wyścigu w zakresie zbrojeń nuklearnych, rozpoczętego już w 1945 r. Autor m.in. dowodzi, iż radziecka udana próba wybuchu bomby atomowej w 1949 r. bynajmniej nie oznaczała możliwości ewentualnego jej wykorzystania na polu walki. ZSRR nie był bowiem jeszcze technicznie przygotowany do jej powietrznego przeniesienia i zdetonowania.

 

piątek, 19 listopada 2021

„Straszliwe zwycięstwo. Prawda i mity o sowieckiej wygranej w drugiej wojnie światowej”. Autor: Borys Sokołow

 

Borys Sokołow „Straszliwe zwycięstwo. Prawda i mity o sowieckiej wygranej w drugiej wojnie światowej”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2021

Rosyjski historyk, bazując na badaniach archiwów, relacjach świadków, własnych analizach i obliczeniach oraz wybranej literaturze przedmiotu, przedstawia oraz komentuje przebieg „wielkiej wojny ojczyźnianej”, toczonej od dnia 22 czerwca 1941 r. do dnia 8 maja 1945 r. pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim. Miło się to czyta, zwłaszcza czytelnikowi polskiemu. Treść książki w niczym bowiem nie przypomina oficjalnych wersji głoszonych dawniej przez historiografię radziecką, a obecnie przez współczesną rosyjską. Poniżej pozwolę sobie wypunktować najważniejsze tezy autora o tym świadczące.

§  Stalin był na równi z Hitlerem odpowiedzialny za wybuch II wojny światowej. Atak ZSRR na Polskę w dniu 17 września 1939 r. rosyjski autor określa jako wbicie nam noża w plecy. W 1940 r. Stalin liczył na wyczerpującą wojnę okopową pomiędzy Francją a Niemcami. Po wzajemnym wykrwawieniu się przeciwników Armia Czerwona ruszyłaby na zachód, dotarła do Atlantyku i na opanowanym obszarze zapewne zostałby ustanowiony jedyny sprawiedliwy ustrój polityczno-społeczny na świecie, czyli ówczesny radziecki „raj” (tfu, tfu).

§  Nie powołując się na współczesnego prekursora tej idei, Wiktora Suworowa, prof. Borys Sokołow dochodzi do identycznego wniosku: w lipcu 1941 r. miało dojść do ataku stalinowskiego ZSRR na hitlerowskie Niemcy, ale Hitler zdołał uśpić czujność Stalina i wyprzedził go o kilka tygodni. Trudno to jednak nazwać atakiem stricte prewencyjnym, gdyż obaj dyktatorzy – po fiasku wizyty Mołotowa w Berlinie w listopadzie 1940 r. – już wzajemnie szykowali się do wojny ze sobą. Stalin przy tym nie wierzył, aby Hitler – nie mając zawartego rozejmu z Wielką Brytanią – zdecydował się na uruchomienie nowego frontu wojny. Uwierzył dopiero w przeddzień napaści Niemiec, wtedy było już jednak za późno na wydanie i wdrożenie odpowiednich dyrektyw militarno-organizacyjnych.

§  Armia Czerwona, pomimo potencjału materialnego dorównującego, a nawet przewyższającego Wehrmacht i inne niemieckie formacje zbrojne, znacznie ustępowała przeciwnikowi pod względem potencjału ludzkiego. Oczywiście nie pod względem jego liczebności (tu bowiem znacznie górowała) lecz jakości, czyli wyszkolenia bojowego. Poczynając od szeregowego rekruta, a kończąc na najwyższej kadrze dowódczej i systemie dowodzenia, była wyraźnie gorsza od armii niemieckiej, co powodowało olbrzymie straty podczas wszystkich bitew, także tych toczonych już w 1945 r. Radzieccy dowódcy, w tym sam Stalin, dopiero uczyli się współcześnie wojować. Ich stałą taktyką było szafowanie krwią żołnierską, nieliczenie się z własnymi stratami osobowymi. Temu zawdzięczali powodzenie historycznych ofensyw, przełamywanie niemieckich linii obronnych, itp. Ale nie tylko temu.

§  Autor, akcentując fakt zaangażowania na froncie wschodnim gros sił niemieckich, równolegle stawia jednak tezę, iż bez udziału w wojnie aliantów zachodnich Niemcy byłyby w stanie skierować na tenże front wschodni siły jeszcze większe, zdolne do pokonania ZSRR. Bitwa na Łuku Kurskim latem 1943 r. była już prawie przez Wehrmacht i Waffen SS wygrana, ale w tym samym czasie alianci wylądowali na Sycylii i na Półwyspie Apenińskim, wyeliminowali Włochy z wojny, co spowodowało pilną konieczność ściągnięcia z frontu wschodniego części niemieckich sił pancernych celem skierowania ich do Italii. I analogicznie: letnie ofensywy radzieckie rok później mogły być skuteczne tylko dzięki zaangażowaniu sił niemieckich na nowo otwartym froncie francuskim po wylądowaniu aliantów w Normandii w czerwcu 1944 r. Poza tym przez cały czas trwania wojny Luftwaffe nie mogła przeznaczyć odpowiedniej liczby samolotów do walk na froncie wschodnim, tocząc obronną batalię powietrzną z nalotami brytyjskimi i amerykańskimi, niszczącymi m.in. wojenny przemysł niemiecki. Także bitwa o Atlantyk pośrednio okazała się pomocna dla Związku Radzieckiego. Konieczność budowy dużej liczby okrętów podwodnych dla Kriegsmarine implikowała pomniejszenie potencjału produkcyjnego przeznaczanego na inne rodzaje uzbrojenia, w tym tego wykorzystywanego na froncie wschodnim. Autor podkreśla też olbrzymią przydatność pomocy materiałowo-sprzętowej kierowanej drogą morską i lądową do ZSRR przez aliantów zachodnich.

§  Sporą liczbę kart książki autor poświęca na przedstawienie rzeczywistych strat poniesionych przez obie walczące strony. Jego wyliczenia znacznie odbiegają od informacji podawanych przez „oficjalną” historiografię rosyjską, po stronie strat radzieckich wykazują dane znacznie wyższe od danych tzw. urzędowych. Przyznam, że te analityczne i skrupulatne szacunki mogą być dla przeciętnego czytelnika dość nużące, zainteresują one raczej tylko osoby zawodowo zajmujące się tematyką wojny niemiecko-radzieckiej (historyków, politologów, publicystów historycznych).

§  Borys Sokołow nie unika również przedstawiania możliwych wersji alternatywnych przebiegu tej wojny, zarówno w kontekście poszczególnych operacji militarnych, jak i jej finalnego rezultatu. Wysuwa ciekawą hipotezę, że zwycięstwo Armii Czerwonej, uwieńczone zdobyciem Berlina, było niezwykle korzystne dla … Niemiec. Gdyby bowiem front wschodni utknął gdzieś w głębi ZSRR lub w Polsce, to zapewne i front zachodni nie mógłby tak szybko wejść w głąb obszaru Niemiec. A wtedy Amerykanie latem (najpóźniej jesienią) 1945 r. powaliliby Niemcy na kolana, rzucając na nie od 10 do 12 bomb atomowych. Zdaniem autora tylko dwie, jak w przypadku Japonii, nie wystarczyłyby na zmuszenie nazistów do bezwarunkowej kapitulacji. III Rzesza spłonęłaby wówczas nuklearnym ogniem. ZSRR najprawdopodobniej powróciłby do swoich granic sprzed 17 września 1939 r. A rzeczywiście niepodległa Polska do swojego przedwojennego, nieuszczuplonego obszaru dodałaby całe Prusy Wschodnie (Królewiec nie stałby się wówczas Kaliningradem), oczywiście także Gdańsk oraz resztę Górnego Śląska. I jak tu nie pokochać prof. Sokołowa? „Poloniców” w jego książce jest zresztą więcej. Borys Sokołow z sympatią wyraża się o naszej Armii Krajowej, bez ogródek pisze o zbrodni katyńskiej i tragedii powstania warszawskiego.

§  Dwa rozdziały książki autor poświęca omówieniu sytuacji panującej na terenach ZSRR czasowo okupowanych przez Niemcy oraz na obszarze reszty kraju, stanowiącej gigantyczne zaplecze logistyczne dla potrzeb wojny. Podkreśla bardzo ciężką sytuację ludności cywilnej – zmuszonej do niewolniczej wręcz pracy na rzecz frontu, przymierającej przy tym głodem.

Reasumując, gorąco polecam tę interesującą lekturę autorstwa historyka – Rosjanina. Jak powyżej nadmieniłem, czytelnik znużony danymi statystycznymi może poświęcone im fragmenty książki po prostu szybciej przekartkować, zapamiętując tylko ogólny ich sens. Nie ma potrzeby ślęczenia nad szczegółowymi analizami składów formacji wojskowych oraz ich strat osobowych i materiałowych. A postać prof. Borysa Sokołowa nieco mi się kojarzy z osobą naszego nieodżałowanego śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza, również nieprzejmującego się mainstreamową polityką historyczną i stawiającego własne śmiałe, ale jakże słuszne tezy.

 

wtorek, 9 listopada 2021

„Łańcuch śmierci. Czystka w Armii Czerwonej 1937-1939”. Autor: Paweł Wieczorkiewicz

 

Dość uważnie staram się dostrzegać tzw. okrągłe rocznice, a pomimo to jedną, i to bardzo ważną, przeoczyłem. A przecież w 1941 roku, 80 lat temu, najazdem III Rzeszy na Związek Radziecki rozpoczął się kolejny, decydujący etap II wojny światowej. Najbliższych kilka artykułów zamierzam więc poświęcić wzajemnym zmaganiom tych dwóch totalitaryzmów – tematyce na mym blogu nie nowej (vide katalogi tematyczne nr 6 i nr 7). Dziś, tytułem jej kontynuacji, rozpoczniemy od – jeszcze przedwojennego – „przeglądu kadrowego” w Armii Czerwonej. Kolor czerwony oznacza tu krwawe represje: śmierć, katorgę, także gehennę najbliższej rodziny.

Paweł Wieczorkiewicz „Łańcuch śmierci. Czystka w Armii Czerwonej 1937-1939”

Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2016

O „rozdziale wojskowym” stalinowskiego Wielkiego Terroru lat 1937-1939 dowiemy się absolutnie wszystkiego. Ambitny czytelnik, który zechce sięgnąć po tę książkę, ujrzy dzieło formatu i objętości encyklopedii, skrywające między okładkami wartościową monografię naukową. Jako taką przeznaczoną chyba w pierwszym rzędzie dla osób pragnących drążyć naukowo i zawodowo tytułowy temat. Czyli dla historyków i politologów, dla publicystów specjalizujących się w opisie przedwojennych dziejów „Miłującego Pokój Kraju Rad”, dyktatorsko rządzonego przez „Wodza Mas Pracujących Całego Świata”. To analityczne ale zarazem też syntetyczne opracowanie musi więc z konieczności zawierać mnóstwo udokumentowanych zestawień zbiorczych – skrupulatnych wyliczeń oficerów wg nazwisk i rang lub stopni wojskowych, jednostek różnych rodzajów sił zbrojnych, natężeń terroru w kolejnych jego okresach, etc. Nie oszukujmy się, owe „zagregowane” wielostronicowe syntezy raczej nie przyciągną przeciętnego miłośnika historii, któremu wystarczy kilka – kilkanaście ogólnych informacji dających wyobrażenie o masowej skali terroru, natomiast głównie interesują go motywy i wykonawcy zbrodni oraz ich ofiary (indywidualne ludzkie losy).

Ale taki amatorski miłośnik historii też się nie rozczaruje! Autor bowiem ukazuje Wielki Terror w armii ZSRR również przez pryzmat indywidualnych postępowań administracyjnych lub sądowych. Każdorazowo przedstawia sylwetkę prześladowanego oficera, jego pochodzenie i dotychczasową działalność, a następnie możliwe przyczyny i cały przebieg jego destrukcji przez stalinowski aparat terroru. Od chwili zebrania się czarnych chmur nad głową konkretnego „podejrzanego”, potem usunięcia go z partii i wojska (niekiedy te „etapy” pomijano, aby ofiary nie spłoszyć), wreszcie aresztowania (wg różnych sposobów), później przez często sadystyczne, okrutne śledztwo i parodię procesu, aż po wykonanie wyroku śmierci lub skazanie na wieloletni pobyt w łagrze. Profesor opisuje też losy gorliwych inspiratorów i wykonawców czystki, którzy - nierzadko - sami stawali się jej kolejnymi ofiarami. Trudne do ukrycia pozostaje wówczas u czytelnika poczucie tzw. Schadenfreude. Odczuwa się je również, chociaż z innego powodu, gdy czytamy o represjach wobec dość licznych (do czasu!) radzieckich oficerów pochodzenia polskiego – bolszewickich kombatantów wojny lat 1919 i 1920, później też czynnie zaangażowanych w zwalczanie II Rzeczypospolitej na polu wywiadu, kontrwywiadu czy przygotowań do nowej wojny. Opisując szczegółowo ludzkie losy autor nie ogranicza się do życiorysów represjonowanych oficerów. Stalinowski terror obejmował, z iście starotestamentową zajadłością, także ich najbliższych: rodzeństwo, żony, dzieci. Na ogół kończyli w łagrach. Tylko bardzo nieliczni, ci którzy przeżyli, mogli po 1956 roku dać pisemne świadectwa prawdzie.

Profesor Paweł Wieczorkiewicz przedstawia również sylwetki tych wyższych oficerów, którzy uniknęli czystki (dając prawdopodobne tego wytłumaczenie), jak i tych, których koledzy zdołali z czasem powyciągać z łagrów, by mogli wziąć udział w wojnie z Niemcami, niekiedy nawet wysoko awansując. Jak np. przyszły „radziecko-polski” marszałek Konstanty Rokossowski, ochrzczony w warszawskim kościele katolickim imieniem Kazimierz. Później ukrywający bądź rozwadniający w oficjalnym życiorysie swoją etniczną polskość, robiący z siebie zaledwie „pół-Polaka”. Co było „pół-prawdą” - autor dowodzi pełnego polskiego pochodzenia marszałka.

Na wstępie wspomniałem o encyklopedycznym formacie książki. Może ona także spełniać i merytoryczną funkcję encyklopedii (leksykonu). W jej zakończeniu (na str. 1163-1232) znajdujemy bardzo obszerny indeks nazwisk z odesłaniem do stron traktujących o dziejach konkretnych wyższych komandirów. Czytelnik zainteresowany losami jakiegoś oficera, na którego postać natrafił podczas innej lektury (np. doskonałego „Dziennika 1920” Izaaka Babla), może poprzez ów indeks nazwisk dotrzeć do informacji, czy stalinowska czystka w wojsku tegoż objęła. Jeśli tak, to z jakim przebiegiem i skutkiem, a jeżeli nie, to co go od niej uchroniło. W tekście książki napotykamy sporo skrótów radzieckich (zresztą nie tylko radzieckich) nazw i specyficznych określeń, co trochę irytuje. Przestaje, gdy założymy zakładkę na str. 1151 - tam bowiem rozpoczyna się alfabetyczny wykaz wszystkich tych skrótów, do którego podczas lektury radzę zerkać. Aby nie być gołosłownym: gdy przy nazwisku jakiejś skazanej kobiety spostrzegamy skrót „ŻWN”, to należy rozumieć, iż olbrzymią „winą” owej pechowej niewiasty okazało się bycie żenoj wraga naroda (żoną wroga ludu).

No i jeszcze konieczna errata, na którą ośmielam się sobie pozwolić. Na str. 359, w wierszu 14-tym od góry, widnieje merytoryczny błąd. Tzw. „Marchlewszczyzna” była, i owszem, polskim rejonem narodowościowym Ukrainy radzieckiej, ale tzw. „Dzierżyńszczyzna” już nie – ta bowiem stanowiła polski rejon narodowościowy Białoruskiej SRR. O owej sezonowej polskiej autonomii w przedwojennym ZSRR ciekawie pisze m.in. Nikołaj Iwanow w książce pt. „Zapomniane ludobójstwo. Polacy w państwie Stalina (…)”, omówionej na tym blogu.