piątek, 9 lipca 2021

„Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”. Autor: Tomasz Awłasewicz

Mamy lato. Nadszedł czas choćby przejściowego wytchnienia po przeróżnych lockdownach i innych administracyjnych ograniczeniach spowodowanych stanem pandemii. W najbliższych wakacyjnych tygodniach będę więc Państwu proponował lekturę książek dużo lżejszego kalibru, takich do czytania choćby na plaży. Ale oczywiście książek z historią w tle. Zaczynamy.

Tomasz Awłasewicz „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”

Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2021

Autor, młody ambitny dziennikarz, naświetlił bardzo interesujący wycinek działalności służb specjalnych, jakim jest (oraz zawsze było i będzie) tzw. tajne przeszukanie. Polega ono na niewłamaniowym wejściu do konkretnego lokalu, spenetrowaniu go bez pozostawienia najmniejszego śladu swojej obecności, oraz (to cel główny) sporządzeniu potrzebnych fotografii, w tym kopii dokumentów lub zdjęć innych przedmiotów będących w zainteresowaniu służby specjalnej. Czasem również chodzi o pozostawienie tam czegoś dobrze ukrytego, np. urządzenia rejestrującego obraz i dźwięk. Wykonanie tego wymaga wiedzy o dłuższej nieobecności użytkownika lokalu, pokonania zamków i innych zabezpieczeń bez ich uszkodzenia, bardzo ostrożnego zachowania się wewnątrz lokalu oraz dopilnowania, aby wszystkie znajdujące się tam przedmioty pozostały na swoich miejscach. Sytuacja komplikuje się, gdy wewnątrz znajduje się sejf, który też przecież trzeba będzie otworzyć bez uszkodzenia (i ponownie zamknąć na ten sam szyfr). Nieraz użytkownik lokalu (np. obywatel państwa niekoniecznie zaprzyjaźnionego) nie wyklucza możliwości podobnych „odwiedzin” i zastawia pułapki mogące potwierdzić fakt odbytej penetracji, np. jakaś nitkę lub włos zahaczone o szufladę biurka. Następnie po wykonaniu zadania należy na paluszkach stamtąd wyjść, wszystkie otwarte wcześniej drzwi za sobą dokładnie pozamykać, znów oczywiście bez uszkodzenia zamków. Dodatkowy problem może sprawić ciekawski sąsiad gotów zadzwonić po policję, gdy tylko zauważy coś nietypowego i jego zdaniem (skądinąd słusznie) podejrzanego. Jak więc widać, wykonanie powyższych czynności operacyjnych wymaga mocnych nerwów oraz dużych umiejętności specjalistycznych, większych niż np. posiadane przez historycznie sławnych włamywaczy-kasiarzy. Tamci bowiem byli głównie zainteresowani wejściem do banku czy sklepu jubilerskiego, pokonaniem sejfu, zabraniem łupu, a następnie już tylko … w nogi. Nie obchodziło ich inteligentne zatarcie śladów swojej obecności, na ogół jedynie przestrzegali niepozostawienia odcisków palców.

Służby specjalne większości państw dysponują takimi specjalistami od tajnych przeszukań. Zatrudnieni są oni w odrębnych wydziałach niektórych jednostek (departamentów, biur, delegatur) operacyjnych. Do ich dyspozycji stoją najnowsze urządzenia techniczne, ale przede wszystkim sami muszą posiadać odpowiednie zamiłowania techniczne oraz kwalifikacje teoretyczne i praktyczne. O celu realizowanego tajnego przeszukania najczęściej mają tylko mgliste lub żadne pojęcie. Ich bowiem rolą jest umożliwienie wykonania zadania przez towarzyszącego oficera operacyjnego z innego pionu służby specjalnej, zainteresowanego konkretnym lokalem i działalnością jego użytkownika. Czyli zleceniodawcę tajnego spenetrowania lokalu. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL takimi specjalistami od tajnych przeszukań byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zatrudnieni głównie w Departamencie Techniki MSW i podległych mu komórkach jednostek wojewódzkich resortu spraw wewnętrznych. Napisałem „głównie”, ponieważ również dwa inne departamenty Służby Bezpieczeństwa miały potrzebę posiadania własnych fachowców w tej dziedzinie, luźno tylko współpracujących z Departamentem Techniki MSW. Taką jednostką był np. Departament II MSW, czyli kontrwywiad. W jego strukturze funkcjonował bardzo utajniony Wydział IX, m.in. zajmujący się tajnym przeszukiwaniem pomieszczeń zachodnich ambasad i konsulatów. Zatrudnieni w nim fachowcy czynili to z wykorzystywaniem ówczesnych możliwości naukowo-technicznych, co jednak bardzo odbijało się na ich zdrowiu, a nieraz wręcz skracało życie (używano szkodliwego promieniowania – stosowanego do prześwietlania zamków w celu ich łatwiejszego otwarcia). O swojej tam służbie w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia opowiadają autorowi książki byli funkcjonariusze SB. Ich pozornie niewiarygodne relacje autor zweryfikował na podstawie dokumentacji IPN. Owi funkcjonariusze podkreślali m.in. swoją przydatność dla ekonomicznych interesów państwa. Dzięki ich działaniom polscy negocjatorzy umów międzynarodowych niekiedy znali treść instrukcji negocjacyjnych zagranicznego partnera jeszcze przed przystąpieniem z nim do rozmów, np. w sprawach zakupu przez Polskę licencji, czy sprzedaży wyprodukowanych w kraju towarów. Wiedza ta pozwalała na wynegocjowanie optymalnych warunków umów. A jak to się wszystko (w szczegółach) odbywało, jakie poważne zagrożenia pociągały za sobą tajne przeszukania lokali ambasad i konsulatów, to już sobie Państwo sami przeczytacie. Myślę, że Was do tego wystarczająco zachęciłem. Nie? No to jeszcze dodam, że największą zmorą owych polskich funkcjonariuszy SB był autentyczny przypadek węgierski. Węgierscy „tajni przeszukiwacze” weszli bowiem kiedyś nocą do lokalu jednej z zachodnich ambasad i … już stamtąd nigdy nie wyszli (ani ich nie wywieziono). I nikt się o nich nie śmiał upomnieć, gdyż przecież formalno-prawnie nie istnieli.

PS. Osobom interesującym się likwidacją peerelowskiego MSW polecam wydaną przez IPN w 2019 r. książkę dr. Tomasza Kozłowskiego pt. „Koniec imperium MSW. Transformacja organów bezpieczeństwa państwa 1989-1990” (opisaną na tym blogu).

 

środa, 30 czerwca 2021

„Józef Beck. Biografia”. Autorzy: Marek Kornat, Mariusz Wołos

 

Marek Kornat, Mariusz Wołos „Józef Beck. Biografia”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2020

Czytelnik otrzymuje profesorską monografię – szczegółowy życiorys polskiego fatalnego ministra spraw zagranicznych. W tle oczywiście historia polityczna pierwszej połowy XX wieku, inni ówcześni wielcy gracze sceny politycznej (polscy i zagraniczni) też tu zostali opisani. Encyklopedyczna objętość i format książki wskazują, iż na pewno nie jest to lektura plażowa. Ale proszę się nie zniechęcać, książka została napisana przystępnie, odbiera się ją jako bardzo interesującą literaturę popularnonaukową. Żaden miłośnik historii się nie rozczaruje. Autorzy zaczęli od genealogii Józefa Becka, następnie skrupulatnie przeanalizowali jego bieg życia osobistego i zawodowego. Dotarli do wielu dokumentów źródłowych, w tym dyplomatycznych, nie poprzestając na ich wersji polskiej. Ciekawe i dające sporo do myślenia są np. rozbieżności treści (polskich i zagranicznych) niektórych notatek i protokołów z rozmów prowadzonych przez naszych dyplomatów z ich partnerami niemieckimi czy francuskimi.

Czytelnik sięgający po tę książkę zazwyczaj „z grubsza” wie, kim był Józef Beck (1894-1944), jaką pełnił rolę i jak się zachowywał w newralgicznym 1939 roku. Autorzy okres tuż przedwojenny, niemalże tydzień po tygodniu, dokładnie opisują, dając nam duże uszczegółowienie wydarzeń na ogół już pobieżnie znanych. Ale wcześniej dowiadujemy się o wkładzie Józefa Becka w dzieło odzyskania i utrwalenia niepodległości, a także o jego drodze do najbliższego otoczenia Józefa Piłsudskiego. Następnie o osobistych zasługach dla Marszałka: o aktywnym udziale w zamachu majowym 1926 r., o wielce prawdopodobnym współuczestnictwie w zabójstwie gen. Włodzimierza Zagórskiego, o prześladowaniu przeciwników politycznych Piłsudskiego. Późniejszą karierę dyplomatyczną Becka panowie profesorowie przedstawiają bardzo obiektywnie, nie pastwią się nad nim wzorem innych publicystów (także tych z tytułami naukowymi). Ale jednak akcentują zbagatelizowanie przez niego, wręcz niewzięcie pod uwagę dwóch najważniejszych zagrożeń dla II Rzeczypospolitej, a mianowicie braku woli ofensywnej walki przez Francję i Wielką Brytanię w 1939 r. oraz możliwości porozumienia się Hitlera ze Stalinem. Autorzy nie zdejmują z Becka pełnej odpowiedzialności za politykę zagraniczną Polski, chociaż nadmieniają, iż w 1939 r. była już ona na bieżąco uzgadniana z marszałkiem Śmigłym-Rydzem i prezydentem Mościckim. Najwyraźniej oszczędzają tu Śmigłego, który – wg niektórych publicystów, w tym prof. Lecha Wyszczelskiego (autora biografii marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza) – w 1939 r. aktywnie zaangażował się w wytyczenie kursu naszej dyplomacji. Nie robią przy tym tajemnicy z wzajemnej niechęci, jaką darzyli się panowie Śmigły i Beck. Wszystko skończyło się nie tylko przegraną wojną (choć tę niby wygraliśmy prawie sześć lat później), lecz wręcz państwową i narodową katastrofą. Nieraz to piszę, powtórzę więc i teraz: proszę porównać nasz terytorialny, demograficzny, ekonomiczny i polityczny bilans otwarcia z dnia 31 sierpnia 1939 r. z takimż bilansem zamknięcia z dnia 9 maja 1945 r. Przychylam się do opinii nielicznych historyków (w tym nieodżałowanego śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza, a obecnie Piotra Zychowicza), że w innej konfiguracji politycznej Polski AD 1939 do takiej katastrofy by nie doszło. Różnym prześmiewcom historii alternatywnej zarzucam nieświadome posługiwanie się warsztatem … właśnie historii alternatywnej. Bo jak inaczej wypada spuentować ich determinizm historyczny, ich uparte twierdzenie, że Polska innego dobrego wyboru w 1939 r. nie miała, a gdyby wyboru niedobrego dokonała, to skończyłoby się dla nas jeszcze gorzej (niektórzy bredzą nawet o amerykańskich bombach atomowych rzucanych wtedy na Polskę).

Ostatnie lata życia Józefa Becka internowanego w Rumunii również są w książce bardzo dokładnie opisane. Miał „szczęście”, że zdążył umrzeć przed wkroczeniem do tego kraju Armii Czerwonej.

Na zakończenie konieczna errata:

- na str. 318 w wierszu 3 od dołu rok 1926 proszę zastąpić rokiem 1934,

- na str. 681 w wierszu 19 od góry rok 1938 proszę zastąpić rokiem 1939.

PS. Nadeszło lato, zapowiada się na upalne. W najbliższych tygodniach zaproponuję więc Państwu lekturę książek lżejszego kalibru, takich do czytania choćby na plaży. Ale oczywiście będą to książki z historią w tle.

 

niedziela, 20 czerwca 2021

„Lenin. Dyktator”. Autor: Victor Sebestyen

 

Victor Sebestyen „Lenin. Dyktator” 

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2018

Biografia tytułowego Jeźdźca Apokalipsy była mi dość dobrze znana już wcześniej. Sporo lat temu jego niezafałszowany życiorys poznałem z książek Dmitrija Wołkogonowa i naszego Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. A o śmiertelnym zakażeniu Rosji wirusem-Leninem przez wywiad niemiecki dodatkowo napisały panie Elisabeth Heresch i Catherine Merridale, których bardzo interesujące książki są omówione na tym blogu (vide katalog alfabetyczny). Tym niemniej wiedzy nigdy dość, nawet tej tylko odświeżonej i uzupełnionej.

Victor Sebestyen nie jest historykiem z profesorskim tytułem naukowym. Ten rzetelny dziennikarz brytyjski potrafił jednak napisać obszerną biografię Lenina, w której wykorzystywał zarówno dzieła „klasyków” (m.in. wspomnianego powyżej prof. Wołkogonowa), jak i mało znaną korespondencję osób z rodziny bądź otoczenia Włodzimierza Uljanowa. Źródła te przywołał w przypisach oraz bibliografii na końcu książki, tak więc bez przesady można ją określić jako opracowanie popularnonaukowe, a nie np. jakiś esej biograficzno-historyczny. Nie bez znaczenia pozostaje też lekkie, dziennikarskie pióro autora, pozytywnie odróżniające tę książkę od niekiedy nudnie zredagowanych prac naukowych. Victor Sebestyen poważnie i kompleksowo przedstawił biografię Lenina, poczynając od określenia pochodzenia jego dziadków, a kończąc na jego zgonie i początkach „życia po śmierci” – w realnej formie mumii oraz wyidealizowanej propagandowo postaci boga rewolucji i ojca-założyciela Kraju Rad. Poruszył też wiele wątków prywatnego życia Lenina, m.in. dość szczegółowo opisał znajomość i romans z Inessą Armand, przy okazji również przedstawiając burzliwy życiorys tej jego koleżanki-rewolucjonistki a zarazem kochanki. Jej więź z Leninem była w czasach radzieckich przemilczana, choć oczywiście przybocznym Lenina doskonale znana. Nic więc dziwnego, że np. Stalin – skłóciwszy się kiedyś z Nadieżdą Krupską – zagroził, że usunie ją w polityczny (i zapewne fizyczny) niebyt, a radziecka historiografia „odnajdzie” prawdziwą żonę nieżyjącego wodza rewolucji. Przedstawiając życie prywatne Lenina autor wskazywał też źródła utrzymania oraz warunki bytowe w kraju, na emigracji i ponownie w kraju. I to dość dokładnie, nie omieszkując przypominać również jego jadłospisów. Lenin miał dyktatorski charakter nie tylko jako przywódca bolszewików czy później państwa radzieckiego. Także w najbliższym otoczeniu potrafił wyegzekwować sobie posłuch. Rozbawił mnie fragment jego drobiazgowych „rządów” podczas przejazdu zaplombowanym wagonem przez Niemcy. Wśród osób z nim podróżujących było wielu palaczy, nałogu których niepalący Lenin nie zamierzał w swojej bliskości tolerować. Zabronił więc palenia papierosów poza wagonową toaletą, przy czym każdy palacz mógł się do niej udać dopiero po uzyskaniu od Lenina specjalnej kartki. Byłby to więc chyba pierwszy przejaw reglamentacji kartkowej towarów i usług, wkrótce tak powszechnej w systemie komunistycznym.

Oczywiście wiodącym motywem książki jest działalność Lenina jako przywódcy bolszewickiej frakcji rosyjskiej partii socjaldemokratycznej, a później jako inicjatora zamachu stanu (wkrótce nazwanego Rewolucją Październikową) oraz organizatora i politycznego przywódcy partii komunistycznej i państwa radzieckiego. Autor bardzo podkreśla siłę charakteru Lenina i ogromną jego determinację w dążeniu do celu. Bezspornie dowodzi, że to nie tzw. materializm historyczny, lecz silna, charyzmatyczna osobowość jest w stanie odmienić dzieje świata. Radykalizm bolszewików został wykreowany przez Lenina, ale w kierownictwie partii jeszcze jesienią 1917 r. brak było odważnych przywódców zdeterminowanych do zbrojnego sięgnięcia po władzę. Okazywali wstrzemięźliwość w ocenie możliwości dokonania zbrojnego zamachu stanu. Wyrażając się kolokwialnie, Lenin musiał ich wręcz „dopychać kolanem”. Tak więc późniejsi gensekowie WKP(b) i KPZR, od Stalina począwszy, a na Gorbaczowie skończywszy, mieli rację i byli szczerzy twierdząc, że to Lenin był niekwestionowanym twórcą ich państwa. Sam przebieg zbrojnego przewrotu, najpierw w Piotrogrodzie, a później w Moskwie i innych miastach Rosji, też jest tu interesująco opisany doskonałym, dziennikarskim piórem. I w ogóle muszę podkreślić, iż ta licząca 589 stron merytorycznego tekstu (bez dodatków) książka stanowi biografię Lenina z równie ciekawie przedstawionym tłem historii Rosji i Europy z lat jego życia. Niekonwencjonalny jest początek tej książki biograficznej. Rozpoczyna ją „Wprowadzenie” (str. 15-20), w którym autor m.in. zwięźle charakteryzuje osobowość Włodzimierza Lenina, oraz „Prolog. Coup d’etat” (str. 23-41), przedstawiający chronologicznie, godzina po godzinie, przebieg leninowskiego zamachu stanu. Czytelnik zatem od razu zostaje wprowadzony w kontekst biografii postaci, którą będzie poznawał. Reasumując, gorąco polecam tę lekturę – zarówno osobom będącym już znawcami tematu, jak i zupełnie początkującym miłośnikom historii. A dorównującą encyklopediom objętość książki proszę przyjąć za wyzwanie, broń Boże się jej nie przerazić.

PS1. Drobniutka errata. Na str. 296 w wierszu 10 od dołu wyraz „majętność” należy zastąpić słowem „namiętność”.

PS2. Taki dowcip z czasów PRL mi się przypomniał. W 1967 r. uroczyście obchodzono 50-tą rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Z tej okazji m.in. przeprowadzano uliczne wywiady prasowe, sondujące znajomość tematu wśród przypadkowych rozmówców. Na Górnym Śląsku dziennikarz „dopadł” górnika wracającego z szychty.

- Dzień dobry panu. Oczywiście wie pan, jaką rocznicę obchodzimy hucznie w tych dniach. Kto jest, wg pana, bardzo sławnym człowiekiem, którego nazwisko teraz się najczęściej wymienia?

- ???

- Hmm. Pomogę panu. Jego imię to Włodzimierz. A nazwisko rozpoczyna się na literę „L”.

- Tak, tak !!! Wiem, wiem !!! To oczywiście Włodzimierz Lubański !!!

 

wtorek, 8 czerwca 2021

„Holokaust. Nowa historia”. Autor: Laurence Rees

 

Laurence Rees „Holokaust. Nowa historia”

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2018

Mimo że upłynęło już 76 lat od zakończenia wojny i ujawnienia hitlerowskich bestialstw, informacji o Holokauście 6 mln ludności żydowskiej nie wolno spychać z najważniejszych stron podręczników historii. Prawda o tej mega-zbrodni, ludobójstwie, musi być wiecznie i powszechnie dostępna, zwłaszcza że co pewien czas w różnych krajach, także niestety i w Polsce, uaktywniają się nieliczni (na szczęście!) durnie: sympatycy nazizmu i niemieckiego Führera-psychopaty. Oczywiście książkę polecam również osobom, którym tytułowy temat jest nieobcy, które z nauki historii (szkolnej i przekazywanej medialnie) wyniosły ogólną wiedzę nt. mordu na europejskich Żydach. Brytyjski historyk stworzył nową, popularnonaukową, ciekawie napisaną monografię – prawdziwe kompendium wiedzy o Holokauście. Podtytuł uzasadnił częstym powoływaniem się na nowe relacje świadków zbrodni, wcześniej niepublikowane. Książka powinna stanowić lekturę obowiązkową w szkołach średnich – w Niemczech i w Austrii, jak też we wszystkich państwach będących podczas II wojny światowej okupowanymi przez Niemcy bądź od Niemiec zależnymi. Czyli u nas również. Autor opisuje w niej motywy, zakres, przebieg i sposoby dokonywania zbrodni ludobójstwa – w ujęciu terytorialnym oraz na przestrzeni lat. Ukazuje też europejskich kolaborantów w dziele Zagłady, kierujących się różnymi przesłankami – materialnymi (chęć zaboru mienia), ideologicznymi (patologiczny antysemityzm), a nawet urzędowymi (pragmatyzm urzędniczy, rzetelne wykonywanie wszystkich poleceń okupanta). Oprócz kolaboracji autor wskazuje na dość powszechne zobojętnienie, a niekiedy nawet zadowolenie z cierpień ludności żydowskiej i przestępcze czerpanie z tego korzyści (np. tzw. szmalcownictwo). Wytyka to również nam, ale jednocześnie przyznaje, że ok. 90 tys. Polaków było czynnie zaangażowanych w akcje pomocy Żydom. Autor nie oszczędza papieża Piusa XII. Zarzuca mu grzech zaniechania – niepotępienie publiczne zbrodniarzy i niezagrożenie im ekskomuniką. Jako przykład m.in. wskazuje niepozbawienie święceń kapłańskich księdza Tiso, prezydenta marionetkowej Słowacji, akceptującego los słowackich Żydów deportowanych do obozów śmierci. Autor też udowadnia, że w miarę upływu lat wojny i pogarszania się sytuacji militarnej Niemiec liczba ofiar Holokaustu – co nielogiczne i nieracjonalne, ale prawdziwe – stawała się coraz większa, by swoje apogeum osiągnąć w latach 1943 i 1944. A przecież, przypomnijmy, w 1943 r. Niemcy ponieśli klęski pod Stalingradem i Kurskiem, a alianci zachodni wylądowali we Włoszech. W 1944 r. front wschodni przebiegał przez terytorium Polski, a fronty zachodnie, po lądowaniu aliantów w Normandii, były już dwa. Trwały też destrukcyjne bombardowania miast niemieckich. Pomimo to, nawet jeszcze w 1945 r. postępował (cyt.) „mord do samego końca”, mniej liczny już tylko z powodu skurczenia się obszaru niemieckiego panowania i związanego z tym „deficytu” potencjalnych ofiar.

Demiurgiem Holokaustu był oczywiście Adolf Hitler, którego Niemcy w 1933 r. demokratycznie uznali za swojego Führera. Naziści początkowo taili przed ludnością Niemiec zasady i skutki „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, by jednak następnie od 1943 r. dopuszczać do tzw. kontrolowanych przecieków, mających uświadomić Niemcom fakt już spalenia za sobą mostów i związaną z tym konieczność determinacji walki do końca. Nie kwestionując roli Adolfa Hitlera jako naczelnego decydenta i kierowniczego sprawcy zbrodni ludobójstwa, historycy - analitycy Holokaustu podzielili się na tzw. intencjonalistów i tzw. funkcjonalistów. Ci pierwsi wychodzą z założenia, iż Hitler „od zawsze” snuł plany wymordowania wszystkich Żydów europejskich, ci drudzy natomiast, że takie plany dopiero powziął, gdy ich deportacja na Madagaskar (skądinąd zarzucony polski, przedwojenny pomysł) lub do azjatyckiej części pokonanego ZSRR, stała się – wskutek przebiegu działań wojennych – niemożliwa. Laurence Rees przychyla się do opinii funkcjonalistów, przedstawiając po kolei etapy chaotycznej (początkowo) organizacji i rozwoju Holokaustu. Ja pozwolę sobie jednak przyznać rację intencjonalistom. Hitler już przecież przed wybuchem wojny groził „międzynarodowemu żydostwu” unicestwieniem, aczkolwiek tego nie precyzował. Zaś w ostatnich miesiącach i tygodniach wojny, gdy dla wysiłku zbrojnego III Rzeszy liczył się każdy jeszcze sprawny żołnierz czy esesman, każdy wagon kolejowy, każdy litr paliwa, każda sztuka amunicji, Hitler „marnował” ów potencjał na kontynuowanie mordu. Gdzież tu funkcjonalizm? Autor sporo uwagi poświęca także osobie nr 2 w hierarchii odpowiedzialnych za Holokaust, czyli Heinrichowi Himmlerowi. Ukazuje jego bezsprzeczne, naczelne kierownictwo akcjami ludobójstwa, ale też podrwiwa z jego politycznego infantylizmu. Himmler w ostatnich miesiącach wojny usiłował podejmować tajne rokowania pokojowe z aliantami zachodnimi, widząc siebie – po planowanym odsunięcia Hitlera od władzy – w roli nowego przywódcy Niemiec, zaakceptowanego przez aliantów. Najwyraźniej nie brał pod uwagę, że poważne negocjacje toczone z jego udziałem mogłyby dotyczyć tylko i wyłącznie długości i grubości sznura szubienicznego, na którym zawiśnie.

 

sobota, 29 maja 2021

„Rosja carów”. Autor: Richard Pipes

 

Richard Pipes „Rosja carów”

Wydawnictwo MAGNUM sp. z o.o., Warszawa 2012

Richard Pipes (1923-2018), amerykański profesor, sowietolog, doradca prezydenta Ronalda Reagana, napisał tę książkę będącą swoistym wprowadzeniem do innych jego opracowań naukowych, traktujących już głównie o rewolucji rosyjskiej oraz o utworzeniu i organizacji państwa bolszewików. W zamyśle miał zapewne m.in. przekonanie czytelnika o imperialistycznym charakterze Rosji rządzonej autokratycznie, obojętne czy to carskiej, czy komunistycznej. W mojej domowej biblioteczce posiadam, oprócz dziś tu opisywanej, jeszcze 4 książki tegoż autora: „Rewolucję rosyjską” i „Rosję bolszewików” – obie już przeczytane (w czasach gdy jeszcze nie chwaliłem się lekturą w Internecie), „Żyłem. Wspomnienia niezależnego” – też już dawniej przeczytaną, świetną i obszerną autobiografię profesora; gorąco ją Państwu polecam – poznacie polskie korzenie autora, pochodzącego ze zasymilowanej rodziny żydowskiej (jego ojciec był legionistą Piłsudskiego), wreszcie „Czerwone imperium. Powstanie Związku Sowieckiego” – książka stoi na półce (nieprzeczytana) i czeka na swoją kolej.

„Rosja carów” nie jest publikacją traktującą głównie o historii politycznej. Autor, owszem, dość szczegółowo opisuje początki państwa moskiewskiego, natomiast przedstawiając czasy późniejsze, po uwolnieniu Rusi od jarzma mongolskiego, przechodząc do dalszych epok, tylko jakby mimochodem wymienia ważne wydarzenia historyczne, w ogóle też nie prowadzi chronologii władców. W związku z tym za wskazane uważam, aby czytelnik sięgający po tę książkę miał już jakie takie pojęcie o historii Rosji, czyli np. wiedział, kto to był Iwan Groźny, na czym polegała Wielka Smuta i jaki był w niej nasz (polsko-litewski) udział, czym w polityce europejskiej odznaczyły się rządy Piotra Wielkiego i Katarzyny II, etc. Autor bowiem zdecydowanie skoncentrował się na polityce wewnętrznej – organizacji państwa, jego ekonomice, charakterystyce wszystkich klas i warstw społeczeństwa, znaczeniu biurokracji i policji. Dowiemy się, jak różny był feudalizm rosyjski w porównaniu z zachodnioeuropejskim czy choćby tym za miedzą (w Rzeczypospolitej), na czym polegała własność ziemska i jak wielka była zależność właścicieli od osoby panującego, jaka była organizacja wsi i miast rosyjskich, jakie prawa normowały życie chłopów i mieszczan. Przeczytamy też o reformach państwa dokonanych przez Piotra Wielkiego i Katarzynę II. Caryca, inicjatorka i realizatorka rozbiorów Rzeczypospolitej, w rosyjskiej polityce wewnętrznej zapisała się akurat pozytywnie, poczyniła wiele reform, m.in. na polu oświaty. Dzięki niej Rosja weszła wreszcie w epokę Oświecenia. Wspominając lata studenckie pozwolę sobie porównać narrację zastosowaną przez autora w „Rosji carów” do wykładów monograficznych – skupionych na określonych, przekrojowych aspektach przedmiotu, z pominięciem innych, często równie (albo i bardziej) istotnych. Początkowo się rozczarowałem – zasugerowany tytułem sądziłem, że biorę do ręki historię polityczną Rosji, taką od zarania państwowości aż po rewolucję lutową 1917 r. Miałem prawo tak przypuszczać, byłem bowiem już po lekturze „Rewolucji rosyjskiej” i „Rosji bolszewików”, w których autor uwypuklał znaczenie wydarzeń historycznych i przestrzegał ich chronologii. Rozczarowanie to jednak z czasem minęło, a od lektury książki nie odstąpiłem. Dzięki niej poznaje się politykę wewnętrzną i historię gospodarczą Rosji na przestrzeni wieków, organizację państwa od szczebla aparatu urzędniczego cara po wiejski samorząd, charakterystykę wszystkich klas społecznych i ich powoli postępująca ewolucję (niekiedy przyspieszaną przez carów – reformatorów). Z powyższym zastrzeżeniem mogę Państwu polecić tę interesującą książkę popularnonaukową.

 

czwartek, 20 maja 2021

„Teczka Hitlera”. Autorzy opracowania: Henrik Eberle [red.], Matthias Uhl [red.]

 

Henrik Eberle [red.], Matthias Uhl [red.] „Teczka Hitlera”

Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2005

Tytułową teczkę radzieckie władze bezpieczeństwa przygotowały specjalnie i wyłącznie dla Józefa Stalina, na jego polecenie. Dyktator, który nb. bardzo lubił czytać i pomimo partyjno-państwowych, w tym wojennych obowiązków, potrafił znaleźć czas na lekturę, zażyczył sobie obszernego sprawozdania o codziennym życiu Adolfa Hitlera, wraz z charakterystyką jego osobowości. Wykonanie zlecono komisji kierowanej przez ppłk. Parparowa, w dalszej przeszłości agenta wywiadu radzieckiego, działającego m.in. w Niemczech. Podczas wojny przesłuchiwał niemieckich jeńców, w tym wziętego do niewoli pod Stalingradem feldmarszałka Paulusa. Tekst sprawozdania komisji Parparowa powstał oczywiście w języku rosyjskim. Owa „Teczka Hitlera” przez kilkadziesiąt lat była tzw. prohibitem – spoczywała w zastrzeżonym zbiorze dokumentów, udostępnianym wyłącznie radzieckim historykom i politykom, a i to dopiero po uzyskaniu odpowiedniego zezwolenia. W 1991 r. archiwum partyjne KPZR zostało otwarte również dla historyków zagranicznych. Dokonując jego kwerendy na „Teczkę” natrafił Matthias Uhl. Tenże oraz Henrik Eberle są zatem redaktorami – wydawcami niemieckiego wydania „Das Buch Hitler”, na podstawie tłumaczenia z rosyjskiego na niemiecki dokonanego przez Helmuta Ettingera. A z niemieckiego na polski dla „Świata Książki” przełożyła ją Barbara Ostrowska.

„Teczka Hitlera” obejmuje lata 1933-1945, czyli dotyczy całego okresu sprawowania władzy przez Adolfa Hitlera. Powstała głównie na podstawie zeznań dwóch oficerów SS, pełniących przy osobie Führera długoletnią służbę adiutancko-ochronną (Heinz Linge od 1935 r., Otton Günsche od 1936 r.). Oficerowie ci przebywali z Hitlerem aż do jego samobójczej śmierci, po czym (na jego wcześniejsze polecenie) spalili zwłoki Hitlera oraz zwłoki Ewy Hitler – dopiero co poślubionej Ewy Braun, która zdecydowała się popełnić samobójstwo wraz z mężem. Na początku maja 1945 r. obaj SS-mani trafili do radzieckiej niewoli. Wolność odzyskali w latach 1955 (Linge) i 1956 (Günsche).

Czytamy o codziennym życiu (głównie zawodowym, ale też osobistym) Adolfa Hitlera i jego świty. W tle pozostają oczywiście polityka i wojna. Linge i Günsche w latach 1946-1949, odseparowani od siebie, bardzo szczegółowo relacjonują to, co widzieli i słyszeli, a także czego się podczas służby osobiście dowiedzieli od samego Hitlera lub osób z jego otoczenia. Trzymają się chronologii wydarzeń, opisują je niemalże tydzień po tygodniu, tak jak je zapamiętali i zrozumieli. Nie znaczy to bynajmniej, iż „Teczka Hitlera” jest ich autorskim opracowaniem. Jak napisałem na wstępie, pracowała nad nią cała komisja, a ppłk Parparow dopilnował, aby ostateczny tekst tak zredagować, by mógł zyskać uznanie wielkiego Adresata. Specjalnie spreparowano i skrócono m.in. sprawozdanie z okresu od sierpnia 1939 r. do czerwca 1941 r., gdy obaj dyktatorzy byli sojusznikami. Niekiedy w tekście natrafiamy też na drugorzędne nieścisłości faktograficzne, ale tu już z pomocą przychodzi polski wydawca, w miarę potrzeby je prostując i uzupełniając zwięzłymi komentarzami w przypisach. Reasumując, czytelnik zainteresowany życiorysem Hitlera w okresie sprawowania przezeń władzy, w tym sposobem uprawiania przez Führera polityki i dowodzenia niemieckim siłami zbrojnymi podczas wojny, otrzymuje do ręki dokument źródłowy, łatwy w odbiorze, gdyż już po stylistycznej obróbce najpierw przez komisję ppłk. Parparowa, a ostatecznie przez wydawców (niemieckiego i polskiego) tej książki. Czytelnik znajdzie też tu informacje historyczne na pewno mniej istotne, ale jednak ciekawe, gdyż dotyczące prywatnego życia Führera i niektórych osób z jego otoczenia. Np. na str. 334 przeczytamy, że Ewa Hitler, popełniając samobójstwo, była w ciąży, co by w jakimś sensie tłumaczyło jej decyzję. Przebywamy obok Hitlera w czasach jego oszałamiających sukcesów w dyplomacji i bezkrwawych podbojów, potem wielkich zwycięstw militarnych, aż po klęskę na wszystkich frontach i żałosny koniec dn. 30 kwietnia 1945 r.

 

poniedziałek, 10 maja 2021

„Wojna Niemców. Naród pod bronią 1939-1945”. Autor: Nicholas Stargardt

 

Nicholas Stargardt „Wojna Niemców. Naród pod bronią 1939-1945”

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2017

Poznajemy realia II wojny światowej widzianej oczyma Niemców. Na str. 23 i 24 autor wymienia konkretne osoby, których zachowana wojenna korespondencja bądź pamiętniki posłużyły mu do przedstawienia ich losów oraz postaw politycznych podczas wojny. Od razu jednak trzeba zaznaczyć, iż ów „Dramatis personae” nie obejmuje wszystkich postaci dalej wymienianych i opisywanych w książce. Losy swoich bohaterów autor wplótł w chronologicznie przedstawione działania militarne II wojny światowej. Szczegółowo scharakteryzował także sytuację na tzw. froncie wewnętrznym, również pogarszającą się w miarę zbliżania się klęski Niemiec. Czytamy zatem zarówno o militarnych zwycięstwach i porażkach Wehrmachtu, jak i o życiu cywilnych Niemców pod alianckimi bombami, racjonowaniu żywności i in. artykułów powszechnego użytku, podatności ludności na nazistowską propagandę, etc.

Książkę czyta się z dużym zainteresowaniem. Śledzimy ogólną sytuację na frontach, w tym wojenne losy wybranych żołnierzy Wehrmachtu. Także ich tęsknotę za domem i rodziną. Z drugiej strony mamy tęsknotę żon i rodziców, ich obawę o życie walczących mężów i synów. Obawę jak najbardziej zasadną – wielu z nich już nigdy nie powróci do domów. Ci zaś, którzy przeżyją, być może swoich dotychczasowych domów już nie ujrzą. Angielski historyk zadbał o przedstawienie wszystkich aspektów tej wojny Niemców. Oprócz, jak wspomniałem, opisania walk frontowych, starał się też wyjaśniać motywację kolejnych decyzji Hitlera i ich propagandowej wykładni przez Goebbelsa. Ukazał przebieg i skalę Holokaustu oraz innych ludobójczych czynów Niemców na terenach okupowanych i w samej Rzeszy – wobec więźniów obozów koncentracyjnych, radzieckich jeńców wojennych i robotników przymusowych. Autor z sympatią odniósł się też do „sprawy polskiej podczas II wojny światowej”, choć antysemityzm nam jednak wytknął. Podczas tej ciekawej lektury cały czas odnosiłem jedno przygnębiające wrażenie. Jakżeż ci Niemcy byli podatni na propagandę! Dosłownie wszyscy, także wykształceni i niebędący nazistami, wierzyli, że napaść na Polskę w 1939 r. to był uzasadniony kontratak, że to światowe żydostwo jest odpowiedzialne za wywołanie i eskalację wojny (bo przecież Niemcy cały czas pragnęły pokoju), że alianckie bombardowania to zbrodniczy i nieuzasadniony terroryzm, że wyższość rasowa Niemców w ogóle nie podlega dyskusji, itp., itd. Takie przekonanie utrzymywało się jeszcze długo po wojnie, tylko częściowo ograniczyła je polityka reedukacji i denazyfikacji.

Autor dowiódł również, że niemiecka opinia publiczna czasu wojny nie mogła nie wiedzieć o dokonującej się, i w końcu dokonanej, zbrodni ludobójstwa na ludności żydowskiej. Informacje o tym docierały bowiem z trzech głównych źródeł: niemieckich sprawców i świadków, zagranicznych, niemieckojęzycznych rozgłośni radiowych oraz … enuncjacji samej propagandy goebbelsowskiej, w sposób zawoalowany ale czytelny dającej do zrozumienia, że w Europie doszło do ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Celem tak wyrażanej propagandy było uświadomienie wszystkim Niemcom, że sprawy zaszły już daleko, są nieodwracalne, i że w razie przegrania wojny czeka ich straszna zemsta ze strony owego światowego żydostwa, którego pachołkami są przywódcy państw koalicji antyhitlerowskiej. Miało to motywować (i motywowało!) całe społeczeństwo niemieckie do maksymalnego wysiłku wojennego. Reasumując, przeciętny Niemiec uwierzył, że jego państwo padło ofiarą spisku światowego żydostwa, toczy więc wojnę sprawiedliwą, broni Niemcy i w ogóle Europę przed bolszewizmem i tymże światowym żydostwem. Wiara ta utrzymywała się niezachwianie w całym okresie wojny i była podstawą niemieckiego patriotyzmu. Porażające, nieprawdaż?