sobota, 27 lutego 2021

"Królestwo". Autor: Szczepan Twardoch

 

Szczepan Twardoch „Królestwo”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2020

Jeszcze jestem pod wrażeniem. Rzadko mi się zdarza, aby od razu, na gorąco, tuż po przeczytaniu książki, zasiadać do jej recenzowania. Teraz tak właśnie jest (dnia napisania tekstu proszę jednak nie utożsamiać z datą zamieszczenia go na blogu). Nie jestem krytykiem literackim, nie mam nawet takich aspiracji, więc nie będę się silił na dowodzenie, że „Królestwo” to literatura piękna. Intuicyjnie uważam, że nią jest. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu m.in. przejmująca treść ostatniego, króciutkiego rozdziału, w czasie czytania którego się poryczałem. Bo tak w ogóle ja do płaczu bynajmniej skłonny nie jestem – poprzednio mi się to przydarzyło w 2007 r. gdy mi umarła ulubiona kotka, która spędziła w naszym mieszkaniu 12 lat, z czego większość w mojej bezpośredniej bliskości (zwierzątko się do mnie bardzo garnęło). Zabierałem ją też ze sobą wyjeżdżając w Bieszczady.

Ad rem. Akcja „Króla”, już tu w tym miesiącu dwa razy opisanego (raz w odniesieniu do samej książki, a drugi raz do artykułu w „Stolicy” o książce), kończy się jesienią 1937 r.  Umiera Kum Kaplica, wycieńczony „kuracją” w Berezie Kartuskiej. Przed śmiercią jeszcze „namaszcza” Jakuba Szapiro na swojego następcę, a ten skutecznie rozprawia się ze zdradzieckim Radziwiłkiem i obejmuje rządy nad przestępczym półświatkiem lewobrzeżnej Warszawy. No i na swoje nieszczęście, a jeszcze bardziej na nieszczęście swojej rodziny, w ostatniej chwili rezygnuje ze zorganizowanej i już rozpoczętej emigracji do Palestyny. Następne 23 miesiące to dla Jakuba okres prosperity, jednak w książce pt. „Królestwo” tylko dość ogólnie wspominany. Jej właściwa akcja rozpoczyna się w końcu sierpnia 1939 r., gdy zmobilizowany Jakub Szapiro, lat 39, plutonowy rezerwy WP, odznaczony Krzyżem Walecznych weteran kampanii 1919 i 1920 roku, wybiera się na wojnę Polski z Niemcami.

Poza ostatnim, krótkim rozdziałem treść powieści jest prowadzona (przemiennie) przez dwoje narratorów: zapamiętaną z „Króla” burdelmamę Ryfkę Kij, Jakubową kochankę, i młodziutkiego Dawida Szapiro, Jakubowego syna. Relacjonują oni losy Jakuba oraz własne, przeplatając to osobistymi refleksjami, wspomnieniami, spostrzeżeniami i przemyśleniami. Wrażeń mają aż nadto, wszak akcja toczy się w latach 1939-1945, tj. w czasie, gdy Pan Bóg spuścił historię z łańcucha. Jak by co, jest to określenie mojego pomysłu, zapożyczone od Izaaka Babla, do pana Szczepana proszę nie mieć pretensji. Poznajemy zatem wojenne oraz okupacyjne dzieje Jakuba Szapiro. Jest to jednak już człowiek inny niż, groźny wcześniej, król stołecznego, przestępczego półświatka. Choć początkowo nic nie wskazuje na jego nadchodzące załamanie psychiczne. W krótkiej kampanii 1939 r. dzielnie wojuje. Po wyrzuceniu rodziny z domu i przymusowej przeprowadzce do getta też jeszcze sobie „nieźle radzi” – wstępuje do żydowskiej, niesławnej policji wysługującej się Niemcom, awansuje w niej na oficera. Żona wyrzuca go wówczas z domu (co potulnie przyjmuje, choć przecież nie musi), także synowie zrywają z nim wszelkie kontakty. Kryzys i załamanie następują dopiero wtedy, gdy przekonuje się, że jego wiara w przetrwanie Żydów i żydowskiego samorządu do czasu końca wojny to mrzonki, a transportem do gazu w Treblince jadą jego żona i dwaj synowie. Jeden (Dawid) cudem się uratuje, o czym ojciec nigdy się jednak nie dowie. Otępiałym wówczas z rozpaczy Jakubem opiekuje się Ryfka Kij, która tak go kocha, jak tylko jeden człowiek potrafi kochać drugiego. Bije rekord świata w miłości. Notabene okazuje się ona tylko pół-Żydówką, a wg ortodoksyjnej tradycji żydowskiej nie jest nią wcale (szczegóły w książce). Ryfka relacjonuje (niechronologicznie) dzieje Jakuba od chwili wspólnego zamieszkania z nim w getcie aż do stycznia 1945 r., gdy do ruin lewobrzeżnej Warszawy wkroczyli żołnierze 1. Armii WP. Ryfka i Jakub przez cały czas przebywali więc w Warszawie, także jako warszawscy robinsonowie po upadku powstania warszawskiego. Dawid natomiast przedstawia wcześniejsze dzieje ojca, poczynając od ostatnich dni sierpnia 1939 r., a kończąc na opuszczeniu przez niego rodziny w 1941 r. Bardzo szczegółowo opisuje również, jak sobie następnie bez niego, z matką i bratem, w getcie radzili, aż do przymusowego ich załadowania na Umschlagplatz do pociągu śmierci zdążającego do Treblinki. I jak się dzięki matce cudem uratował i co się z nim później działo.

Powyżej przedstawiłem ogólny schemat i historyczne tło powieści. Szkielet ten jest przez autora po mistrzowsku wypełniony treścią wręcz niesamowitą. Książkę czyta się jednym tchem i, co pewien czas, ze zgrozą i przerażeniem. Homo homini lupus to jednak zbyt łagodne określenie. Powieść jest mocna, ukazująca jak marne i łatwe do zgaszenia okazuje się ludzkie życie. Oraz jak marne i paskudne bywają ludzkie charaktery. Podobnie jak w „Królu”, autor też i tu wprowadził kilka mocnych scen erotycznych. Nawet sobie z tym nieźle poradził, zważywszy że ich powieściową narratorką jest kobieta, a damskie doznania i obserwacje seksualne są przedstawiane w pierwszej osobie rodzaju żeńskiego liczby pojedynczej.

Jedna tylko kwestia mi się w książce nie spodobała. Powieść jest (między innymi) opisem oraz oskarżeniem polskiego antysemityzmu i z tym się mogę zgodzić. Niestety tak było. Ale przecież niewyłącznie. Oprócz człekopodobnych mend wartych tylko na nich splunięcia (czasem wręcz ołowiem) bywali przecież Polacy bezinteresownie pomagający Żydom z narażeniem życia - własnego i rodziny. W książce takich brak. Anna przechowująca w swoim mieszkaniu Jakuba i Ryfkę kierowała się osobistymi kalkulacjami, w których humanitaryzm pozostawał na dość odległym miejscu.

Reasumując, polecam Państwu tę niezwykle pasjonującą choć emocjonalnie przykrą lekturę. Kończąc ją i czytając ostatnie trzy strony (ale niewyrwane z kontekstu!), gdy autor wyjątkowo uczynił narratorem Emilię, na pewno się popłaczecie. A na wypadek gdyby ktoś z Państwa chciał szybko oraz z autopsji zweryfikować to moje przekonanie i rozpocząć lekturę książki właśnie od ostatniego rozdziału, to muszę Go/Ją jednak od razu wprowadzić w kontekst: akcja owego rozdziału rozgrywa się w komorze gazowej niemieckiego obozu śmierci w Treblince.

PS. Pozwolę sobie wytknąć autorowi dwie drobne niespójności w tekście. 1) Na str. 80 starszy strzelec Jerzy Kawulski ma lat 24, a na str. 118 jest już czterdziestolatkiem, mimo że upłynęło zaledwie kilka dni. 2) Na str. 278 czytamy, że padły 3 strzały mogące zaalarmować sąsiadów, podczas gdy wg opisu tej strzelaniny na str. 270-272 było ich wszystkich 4 (jeden do Niemca i aż trzy do kobiety, której imienia teraz nie zdradzam).

 

niedziela, 21 lutego 2021

„Warszawa w Królu”. Autor: Jerzy S. Majewski

 

Jerzy S. Majewski „Warszawa w Królu”

Miesięcznik „Stolica” Nr 1-2, styczeń-luty 2021 (str. 6-15)

Jak Państwo zauważyliście, z reguły zamieszczam na blogu po trzy wpisy miesięcznie. W lutym br. będzie ich wyjątkowo cztery. W końcu bieżącego miesiąca (27. lub 28.) napiszę jeszcze o kontynuacji „Króla” Szczepana Twardocha, czyli o jego następnej powieści pt. „Królestwo”. Dzisiejszy zaś wpis (trzeci w lutym) poświęcam nie książce, lecz niezwykle interesującemu artykułowi o niej.

Tekst na blogu z dn.9 lutego br. dotyczył „Króla” Szczepana Twardocha. Nadmieniłem w nim o kręconym serialu telewizyjnym Canal+ pod tym samym tytułem i ze scenariuszem opartym na podstawie powieści. I na tym cała moja wiedza o filmowej adaptacji „Króla” Szczepana Twardocha się wtedy kończyła. Zatem z dużym zainteresowaniem przeczytałem w najnowszym numerze „Stolicy” obszerny, bogato ilustrowany zdjęciami z planu filmowego, artykuł Jerzego Stanisława Majewskiego pt. „Warszawa w Królu”, poświęcony głównie dwóm zagadnieniom: zgodności tła i akcji powieści z realiami historycznymi oraz scenariuszowi, obsadzie i scenerii ośmiu odcinków tego filmu telewizyjnego. Autora artykułu (i innych jego publikacji) warszawiakom przedstawiać chyba nie muszę, a osobom niezwiązanym ze stolicą napomknę tylko, że to znany i uznany publicysta, historyk-varsavianista. Informację tę można uzupełnić chociażby w Wikipedii.

Ocena zgodności tła i akcji powieści z realiami historycznymi, wystawiona przez Jerzego S. Majewskiego, jest zróżnicowana. Świat żydowski przedwojennej Warszawy w jego aspektach materialno-bytowym i odrębności narodowościowo-wyznaniowej został uznany za odtworzony przez Szczepana Twardocha wiernie. Od siebie dodam, iż ta pozytywna opinia raczej nie mogła być inna – na końcu książki bowiem, nad tzw. stopką redakcyjną, widnieje zapis: „Konsultacja judaistyczna Piotr Paziński”. Przedstawiony w książce polski, przedwojenny antysemityzm też jest, niestety, autentyczny. Również warszawski przestępczy półświatek, tak barwnie zaprezentowany przez Szczepana Twardocha, to nie licentia poetica. Życiorys i działalność Jana Kaplicy (Kuma Kaplicy) i Łukasza Siemiątkowskiego (Taty Tasiemki) są w ogólnych zarysach podobne, a autor książki kreśląc postać Kuma Kaplicy zadbał nawet o jego fizyczne podobieństwo do historycznego pierwowzoru. Wątek sławnego żydowskiego boksera też znajduje pewne pokrycie w realiach historycznych – chociaż książkowy Jakub Szapiro to zabijaka wagi ciężkiej a rzeczywisty mistrz bokserski Szapsel Rotholc był zawodnikiem wagi już tylko muszej. Natomiast red. Jerzy S. Majewski słusznie obśmiewa powieściowy wątek zamachu stanu, jakoby przygotowywanego przez marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza i płk. Adama Koca, z udziałem falangistów Bolesława Piaseckiego. To już fantazja autora książki, jakkolwiek chyba niewydumana osobiście. Kiedyś i gdzieś przeczytałem, iż takowa plotka rzeczywiście krążyła przed wojną po Warszawie. Teraz trochę o filmie. Z racji mojej nadal skromnej wiedzy o nim ograniczę się, ściśle za red. Jerzym. S. Majewskim, do wskazania obsady aktorskiej. Postać Kuma Kaplicy odtwarza Arkadiusz Jakubik, tytułowym królem, czyli Jakubem Szapiro, jest Michał Żurawski. Jego żoną Emilią – Aleksandra Pisula, kochanką zaś (powieściową Anną Ziembińską) – Lena Góra. Patologicznego dr. inż. Janusza Radziwiłka gra Borys Szyc, złowrogiego Pantaleona Karpińskiego – Paweł Wolak, a nożownika Munję Webera – Andrzej Kłak. Mojżeszem Bernsztajnem, chyba bardziej rzeczywistym na ekranie niż w powieści (czytelnicy książki już się domyślają, dlaczego), jest odtwórca tej roli Kacper Olszewski. W postać radykalnego narodowca Andrzeja Ziembińskiego wcielił się Piotr Pacek. Natomiast która z seksownych pań aktorek zagrała burdelmamę Ryfkę Kij, jak też która z nich odtworzyła dominatrix Madame de Potocki, o tym autor artykułu już nie wspomniał (albo ja to przeoczyłem).

Reasumując, zachęcam Państwa do sięgnięcia nie tylko po książkę, lecz także do przeczytania tytułowego artykułu w najnowszym numerze „Stolicy”.

 

piątek, 19 lutego 2021

„Generalne Gubernatorstwo. Mroczne serce Europy Hitlera”. Autor: Martin Winstone

 

Martin Winstone „Generalne Gubernatorstwo. Mroczne serce Europy Hitlera”

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2015

Po pokonaniu Polski w 1939 r. Hitler wykroił z przypadającej mu połowy jej terytorium (druga połowa to łup Stalina) dziwny twór organizacyjny – Generalną Gubernię, zamieszkaną głównie przez Polaków, ale będącymi tu obywatelami drugiej kategorii. Ustalając zachodnie i północne granice GG Hitler wyszedł poza wschodnie krańce obszaru Niemiec sprzed I wojny światowej i przyłączył do III Rzeszy ziemie nienależące do Niemiec przed 1914 rokiem. I tak w granicach Rzeszy, przykładowo, znalazły się nawet Łódź i północna część podwarszawskiej Puszczy Kampinoskiej (z granicą na malowniczym kanale Łasica). Reszta zdobyczy Hitlera, czyli Generalna Gubernia ze „stolicą” w Krakowie, została administracyjnie podzielona na cztery dystrykty, a po napaści Niemiec na ZSRR w 1941 r. dołączono do niej jeszcze dystrykt piąty – galicyjski.

Bez sensu byłoby objaśniać tytuł książki. Uważam, iż każdy myślący Polak (w wieku, powiedzmy, od lat 15-tu, czyli mający już wykształcenie co najmniej podstawowe) choćby w ogólnym zarysie wie, kto i jak ludobójczo zarządzał Generalnym Gubernatorstwem, jak funkcjonował polski ruch oporu, jak tragicznie przebiegły dwa powstania – w getcie warszawskim w 1943 r. i w Warszawie w 1944 r., jak w latach 1942 i 1943 na Zamojszczyźnie zaczęto tworzyć tzw. Himmlerland (odbierając przy okazji polskim rodzicom dzieci do zniemczenia), wreszcie powinien też wiedzieć o tym, że generalny gubernator dr Hans Frank został skazany w procesie norymberskim i zasłużenie skończył na stryczku w roku 1946. To wszystko Martin Winstone szczegółowo opisuje czytelnikowi anglojęzycznemu, który miał dotąd raczej tylko niewielkie (lub żadne) pojęcie o tym, co się działo na ziemiach polskich podczas ostatniej wojny – zapewne poza wiedzą o Holokauście, choć już nie o szczegółach organizacji i przebiegu tej zbrodni.

Ale i polski czytelnik powinien sięgnąć po tłumaczenie książki, starannie wydanej przez poznański REBIS. Prezentuje się ona jako przystępnie i bardzo interesująco napisana praca popularnonaukowa, autorstwa zachodniego historyka raczej w sprawach polskich neutralnego, nie będącego ani polonofilem, ani polonofobem. To, co powyżej w wielkim skrócie napisałem o istocie Generalnej Guberni, autor szczegółowo rozwija. Przedstawia administrację, ekonomikę, społeczeństwo GG i jego życie codzienne, politykę okupanta (niejednolitą i ewoluującą), organizację i funkcjonowanie polskiego państwa podziemnego oraz oczywiście przebieg wydarzeń lat 1939-1945. Przy okazji też troszkę i nam się dostaje z racji polskiego, wówczas dość powszechnego antysemityzmu, korzeniami sięgającego jeszcze okresu przedwojennego. Nic na to nie poradzimy, choć prawda w oczy kole.

PS. Osobom zainteresowanym powstaniem i funkcjonowaniem owego złowieszczego tworu administracyjnego, jak też działalnością generalnego gubernatora Hansa Franka (urzędującego na zamku w Krakowie i zaśmiecającego swoją osobą królewski Wawel), polecam również tu omówione (wgląd przez katalog tematyczny 2) publikacje Leszka Adamczewskiego, Adama Ronikiera i Piotra Zychowicza (głównie tę o Władysławie Studnickim).

 

wtorek, 9 lutego 2021

"Król". Autor: Szczepan Twardoch

 

Szczepan Twardoch „Król”

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2020

Warszawa A.D. 1937. Miasto już nieistniejące. Zupełnie inni ówcześni ludzie, inna ich mentalność, dawno zapomniany skład narodowościowy i socjalny mieszkańców. Łącznie było ich wtedy 1,3 mln, z czego 30% stanowili Żydzi. W zasadzie nawet trochę więcej, jako że są to dane z przedwojennego spisu powszechnego, a przecież nie wszystkie osoby pochodzenia żydowskiego się do narodowości żydowskiej poczuwały i przyznawały, a jidysz bynajmniej nie był językiem, którym na co dzień posługiwano się w ich domach. Zabudowa też autentycznie stara (to nie zabytki odbudowane po wojnie), na przedmieściach często drewniana. Szczepan Twardoch przedstawia więc miasto takim, jakim ono było, zanim tu w latach 1939-1945 „Hitler i Stalin zrobili co swoje” (jak śpiewa Muniek Staszczyk z zespołem T Love). Głównie jednak ukazuje ciemną stronę przedwojennej Warszawy. Lewobrzeżną stolicą „rządzi” Jan Kaplica, przydomek „Kum”. „Kuma się” bowiem z warszawskimi drobnymi przedsiębiorcami (sklepikarzami, kupcami bazarowymi, rzemieślnikami, restauratorami, itp.) każąc sobie za „kumoterstwo”, czyli wymuszoną ochronę, płacić haracze. Czyli klasyczny gangster, ale pod ochronnym parasolem PPS oraz – do czasu – rządzącej sanacji. Za tolerancję odwdzięcza się m.in. chroniąc swoimi ludźmi demonstracje polityczne PPS. Szanowany i lubiany przez warszawskich robotników, tak polskich, jak i żydowskich. Nie jest to postać całkowicie fikcyjna. Autorowi za pierwowzór posłużył Łukasz Siemiątkowski, pseudonim „Tata Tasiemka”, rzeczywisty przedwojenny warszawski gangster, były bojowiec PPS. Życiorys powieściowego Jana Kaplicy jest zbliżony do C.V. Łukasza Siemiątkowskiego, aczkolwiek nie identyczny (obaj np. inaczej kończą życie). Gang Kuma Kaplicy, oprócz pobierania haraczy od bezsilnych kupców, czerpie również zyski z nierządu – „opiekuje się” burdelem pierwszej kategorii, prowadzonym przez niejaką Ryfkę Kij, oraz zapewnia „ochronę” jeszcze bardziej ekskluzywnego salonu bdsm Madame de Potocki (faktycznie zaś Anieli Kuźnik, nauczycielki).

Jedynym plusem, jeśli tak to w ogóle można określić, jest „internacjonalistyczny” skład gangu. W Warszawie pleni się, aż huczy antysemityzm, lecz Kum Kaplica jest nie tylko nań odporny, ale wręcz go ostro zwalcza. Sam jest Polakiem, natomiast skład jego przybocznych bywa już mieszany: Polacy, Żydzi, Rosjanie i jeszcze jakieś inne zbiry, trudne do określenia narodowościowo. Jego prawą ręką ds. organizacji szemranego biznesu jest Żyd dr inż. Janusz Radziwiłek, wyedukowany swego czasu tak wysoko za stypendium z funduszy PPS. Wredny charakter, typ patologiczny. Szefem obstawy Kaplicy także jest Żyd, Jakub Szapiro, postać prywatnie (tzn. wtedy, gdy się akurat nie para bandytyzmem) nawet dość sympatyczna. Lat 37, charyzmatyczny, uprzejmy (jeśli nie jest pod wpływem alkoholu ani narkotyków), silny, wysportowany facet, warszawski mistrz bokserski wagi ciężkiej, trener boksu. Kombatant wojny polsko-bolszewickiej, plutonowy rezerwy WP. To właśnie tytułowy król, z tym że akcja powieści toczy się jeszcze w czasie poprzedzającym jego dwuletnie „królowanie” w Warszawie. Druga część dylogii Szczepana Twardocha nosi tytuł „Królestwo” i też o niej tu zapewne napiszę. Choć ona z kolei traktuje już o okresie następującym po dwóch latach warszawskiego królowania Jakuba Szapiro.

Nie jest to typowy „kryminał”. Autor wprowadza także marginalny element metafizyczny – sunącego w obłokach nad miastem żarłocznego kaszalota, który pod koniec powieści nawet upoluje babę mężobójczynię. Ów kaszalot Litani to zapewne alegoria przyszłej zagłady Warszawy i jej mieszkańców. Jest widziany tylko przez żydowskiego narratora akcji. A w zasadzie przez narratorów – jako że jest ich w książce kolejno dwóch, wprowadzających do opowieści ciekawe dygresje i przeżywających wewnętrzne rozterki. Chociaż nie – jednak jest tylko jeden narrator. Nic mi się nie poplątało. Przeczytacie Państwo i przekonacie się sami, jak to jest artystycznie skomplikowane. A przeczytać naprawdę warto, choćby po to, aby powędrować ulicami nieistniejącej już Warszawy, wczuć się w jej przedwojenny klimat polityczny, oczami wyobraźni ujrzeć ówczesnych mieszkańców, poznać ich codzienne problemy, przekonać się, jak sobie z nimi radzili i nie radzili. No i ten główny, niesamowity (!) gangsterski wątek, także przeplatany politycznie. Incydentalnie pojawiają się marszałek Edward Śmigły-Rydz, premier Felicjan Sławoj Składkowski i szef OZN pułkownik Adam Koc. Oglądamy również obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej, do którego trafia …. Nie napiszę, kto. Sami Państwo przeczytacie. Przeczytacie też opisy szykan, w zasadzie tortur, jakim poddawano osoby tam osadzone. Internowanie w stanie wojennym to były wczasy w porównaniu z warunkami stworzonymi przez sanację w Berezie Kartuskiej. Treść książki okazuje się mocna, bardzo mocna, raczej tylko dla osób pełnoletnich. Autor z detalami przedstawia przebieg kolejnych gangsterskich zbrodni i porachunków. Wprowadza też wątki erotyczne, w tym jedną scenkę rodzaju hard porno w przybytku Madame de Potocki. Lektura jest fascynująca i sensacyjna, zarazem jednak – w tle – historycznie bardzo poznawcza. Choć wątek przygotowań Śmigłego i Koca (z udziałem falangistów) do polskiej „nocy długich noży” wydaje mi się niewiarygodny, autor tu chyba przesadził. Na kanwie książki powstał scenariusz serialu telewizyjnego na antenie CANAL+, którego niestety jeszcze nie oglądałem.

PS. W chwili, gdy zamieszczam ww. tekst, jestem po, dopiero co, zakończonej lekturze „Królestwa”. Oświadczam, iż druga część jest (subiektywnie, wg mnie) jeszcze lepsza niż pierwsza (dziś omówiony „Król”), tak więc radzę Państwu od razu rozejrzeć się za całością dylogii Szczepana Twardocha.

 

sobota, 30 stycznia 2021

„Germanofil. Władysław Studnicki – Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą”. Autor: Piotr Zychowicz

 

Piotr Zychowicz „Germanofil. Władysław Studnicki – Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą”

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2020

Z perspektywy lat należy przyznać, iż Władysław Gizbert-Studnicki (1867-1953) jest współcześnie najbardziej znany ze swojego wizjonerstwa wiosną i latem 1939 r. Niezwykle trafnie przewidział wówczas przyczynę wybuchu II wojny światowej, fatalny przebieg w niej kampanii polskiej, wreszcie powojenną utratę wschodniej części przedwojennego terytorium Rzeczypospolitej (prawie połowy kraju). Wszystko to Władysław Studnicki przepowiedział w swojej książce pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, opisanej już przeze mnie (dość emocjonalnie) na tym blogu. Zatem nie będę teraz ponownie biadał o jego nieskutecznych staraniach mających na celu powstrzymanie rządzącej ekipy sanacyjnej w obłędzie piłowania gałęzi, na której siedziała. Można odszukać ten tekst w katalogu bloga.

Pan Piotr Zychowicz, autor Posłowia do tamtej książki (oczywiście do jej wydania z 2018 r.), napisał niezwykle interesujący esej historyczny w całości poświęcony życiu i działalności Władysława Studnickiego. Przeczytamy więc kolejno o konspiracyjnej, niepodległościowej działalności Studnickiego w okresie zaborów, o jego wkładzie w 1916 r. w dzieło odbudowy Polski, potem o staraniach mających na celu zbliżenie polityczne Polski z Niemcami, o zapobieżenie katastrofie 1939 r., o aktywności politycznej podczas okupacji, wreszcie o jego trudnych i biednych, ostatnich latach życia na emigracji w Londynie. Mój ulubiony autor ma niewątpliwie rację określając Władysława Studnickiego jako prawdziwego męża stanu, niedocenionego nie tyle przez historię, co przez mainstreamowych historyków.

Jak to się stało, że ów rówieśnik Józefa Piłsudskiego (ten sam rok urodzenia) i w zasadzie Romana Dmowskiego (młodszy od Dmowskiego tylko o 3 lata) nie zdobył podobnego im uznania, sławy i znaczenia w międzywojennej Polsce? Autor tłumaczy to (słusznie) brakiem charyzmy, czyli czegoś trudno uchwytnego, co jednak powoduje skupienie uwagi i sympatię, co sprawia, że powstają całe szeregi zwolenników politycznych, niemalże wyznawców. Studnicki takiej charyzmy nie posiadał. Mówił, a zwłaszcza pisał mądrze, ale jego zachowanie (nerwowe, czasem agresywne) i mikry wzrost oraz zaniedbany wygląd powodowały, że traktowano go z rezerwą, nieraz z niesmakiem i lekceważeniem. Miał oczywiście także sympatyków swoich poglądów politycznych, cóż jednak z tego, skoro ci byli nieliczni i niemający wpływu na bieg wydarzeń. Piotr Zychowicz nie tylko prezentuje postać Władysława Studnickiego, daje również własną ocenę jego poglądów i działań. W zasadzie bardzo pozytywną, poza skrytykowaniem podejścia Studnickiego do tzw. kwestii żydowskiej, pragnącego administracyjnego nakłonienia Żydów do emigracji z Polski do Palestyny.

Książka ta, jak zresztą wszystkie inne publikacje Piotra Zychowicza, została napisana z polotem, czyta się ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Wzbogacają ją historyczne fotografie oraz liczne cytaty z tekstów Władysława Studnickiego, w tym z memoriałów pisanych podczas okupacji do władz niemieckich. Wielką ciekawostkę stanowi informacja autora o formalnej choć ściśle tajnej misji dyplomatycznej Studnickiego latem 1939 r., wykorzystanego przez rząd do wybadania stanowiska Niemiec w przedmiocie ew. likwidacji Wolnego Miasta Gdańska w drodze jego podziału pomiędzy Niemcy i Polskę.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym na zakończenie trochę nie pogrymasił (dowodząc przy okazji dokładnego przeczytania książki). I tak: na str. 98 w wierszu 12 od dołu wyrazy „pretensji kosztem Niemiec” należy zastąpić wyrazami „pretensji Niemiec”, względnie wyrazami „pretensji kosztem Polski”; na str. 237 w wierszu 4 od góry rok 1939 proszę zastąpić rokiem 1940; na str. 475, w połowie tej strony, rok 1944 proszę zastąpić rokiem 1945.

Niezależnie od powyższego zauważyłem, iż pan Piotr Zychowicz uporczywie obwinia głównie ministra Józefa Becka za błędną politykę zagraniczną Polski w 1939 r. Owszem, minister ją firmował swoim stanowiskiem i nazwiskiem, ale to brzmi też tak, jakby ministrów von Ribbentropa i Mołotowa winić za pakt z 23 sierpnia 1939 r. Jakby za szefami dyplomacji nie stali inspirujący ich faktyczni przełożeni. Rzeczywistym sprawcą antyniemieckiej wolty ministra Becka w 1939 r. była „Druga Osoba w Państwie”, której nadrzędność musiał (sam zresztą tego chciał) uznawać nawet premier polskiego rządu. I proszę nie wysuwać kontrargumentu, że minister Beck był ulubieńcem marszałka Piłsudskiego, który powołał go do kierowania sprawami zagranicznymi II RP. „Druga Osoba w Państwie” potrafiła go sobie skutecznie podporządkować. Marszałek Edward Śmigły-Rydz nie miał z tym wielkich problemów. Wcześniej zdołał wyeliminować z czynnej polityki Walerego Sławka - już nie tylko ulubieńca, ale wręcz osobistego przyjaciela marszałka Józefa Piłsudskiego, nominowanego przezeń do urzędu prezydenta Polski.

PS. I tak, wg stanu na dzień dzisiejszy, jestem „na bieżąco” z opisywaniem tu publikacji książkowych pana Piotra Zychowicza. Proponuję zerknąć do katalogu alfabetycznego wg autorów.

 

wtorek, 19 stycznia 2021

„Spowiedź Stalina. Szczera rozmowa ze starym bolszewikiem”. Autor: Christopher Macht

 

Christopher Macht „Spowiedź Stalina. Szczera rozmowa ze starym bolszewikiem”

Wydawca Bellona, Warszawa 2020

Autorzy książek o tematyce historycznej wybierają czasem dość dziwną formę twórczości, a mianowicie opowieść paradokumentalną. Autor wtedy udaje, iż nieoczekiwanie wszedł w posiadanie bardzo ważnego, po wielu latach odnalezionego dokumentu, a sam stał się tylko jego technicznym redaktorem i publicystą. Jakiś czas temu opisałem na blogu tak właśnie powstałą „Spowiedź Śmigłego (…)” Sławomira Kopra, teraz czas na „Spowiedź Stalina (…)” autorstwa Christophera Machta, mającego już na koncie wcześniej napisaną „Spowiedź Hitlera (…)”, której jak dotąd nie przeczytałem.

W „Spowiedzi Śmigłego (…)” fikcyjnym narratorem i interlokutorem marszałka jest piłsudczyk Julian Piasecki. W „Spowiedzi Stalina (…)” rolę tę pełni tytułowy stary bolszewik Walentin Mongołow. Po zabójstwie w 1934 r. Siergieja Kirowa, co dla Stalina stało się pretekstem do wszczęcia ogólnokrajowego terroru, Mongołowa skazano na 8 lat pobytu w łagrze, a po odsiedzeniu wyroku dołożono mu kolejne 8 lat. Po 16-letniej, niczym niezawinionej odsiadce wreszcie go w 1950 r. zwolniono, lecz musiał wegetować na głębokiej rosyjskiej prowincji na lichej, kiepsko płatnej posadce, mieszkając w nędznej komunalnej kwaterze. Stalin, obdarzony fenomenalną pamięcią, przypomniał sobie o starym towarzyszu i w 1951 r. nakazał sprowadzić go do Moskwy. Poruczył mu zadanie przeprowadzenia wywiadu-rzeki, z zastrzeżeniem opublikowania dopiero kilkadziesiąt lat po swojej śmierci. I właśnie ową „spowiedzią”, na którą złożył się szereg rzekomych rozmów fikcyjnego Mongołowa z rzeczywistym Stalinem, jest książka pana Machta. Dodam, iż napisana przez tego niemieckiego autora po polsku i wydana przez warszawską Bellonę, której autor składa podziękowania na ostatniej stronie.

Proponuję potraktować to opracowanie jako interesującą i ambitną beletrystykę. Nieskromnie przyznam, iż jestem dość oczytany w biografiach Stalina i dziejach ZSRR pod jego rządami. Żadnych faktograficznych nieścisłości nie stwierdziłem, a wręcz przeciwnie – zauważyłem, iż pan Macht korzystał m.in. z tych samych co ja lektur książek naukowych i popularnonaukowych o „Wodzu Mas Pracujących Całego Świata” i o „Miłującym Pokój Kraju Rad”. Ale czy absolutnie wszystko to, co napisał o Stalinie, odpowiadało prawdzie? Autor, zapewne gwoli przyciągnięcia czytelnika, pozwolił sobie również na przedstawienie intymnego życia Wodza, i to tak bez półsłówek ani niedomówień. Walentin Mongołow indaguje bowiem Stalina również i o te sprawy, a Wódz, niby niechętnie, też mu się z nich zwierza, nawet dość obscenicznie. Wyłania się z tego bardzo siermiężny obraz pożycia seksualnego Stalina, chyba równie siermiężny, jak siermiężne było codzienne życie przeciętnych obywateli radzieckiego „raju”. Aż dziw bierze, że inteligentny Józef Wissarionowicz, tak niezwykle perwersyjny w polityce wewnętrznej i zagranicznej, w życiu intymnym jawił się zwykłym raptusem i prostakiem. Ale może tak faktycznie było. Historyczni wielcy tego świata wyładowywali swoją energię i pomysłowość na innych polach ludzkiej aktywności, a w tych sprawach okazywali się nieraz abstynentami bądź właśnie prymitywami. Były włoski premier Berlusconi, słynny z uczestniczenia w imprezach „bunga-bunga”, jest tu wyjątkiem potwierdzającym ową regułę.

Poloniców w książce znajdziemy chyba co najmniej kilkanaście. Stalin sobie z Polaków nieco podrwiwa, ale ani sympatią, ani antypatią nas nie darzy. Groteskowa jest jego opowieść o egzekucji kilku radzieckich żołnierzy za gwałt na polskich kobietach podczas drugiej wojny światowej. Sołdaci mieli bowiem wówczas wyraźnie zapowiedziane, że co im wolno z niemieckimi niewiastami, tego absolutnie nie lzia im czynić z Polkami. Zatem krasnoarmiejców-gwałcicieli rozstrzelano. A Polacy miejsce egzekucji upamiętnili kolejnym pomnikiem wdzięczności wobec Armii Czerwonej, wyzwolicielki kraju.

Reasumując, polecam Państwu tę książkę. Osoby „zaawansowane” historycznie znajdą potwierdzenie swojej wiedzy, jak też na pewno rozbawią je sytuacyjne rozterki towarzysza Mongołowa, opisy intymności towarzysza Stalina oraz specyficzne poczucie humoru Wodza. Natomiast czytelnicy do tej pory mało wiedzący o Stalinie i jego epoce otrzymają interesujące, łatwe w odbiorze opracowanie, ot, taką ciekawą lekcję historii poprzez rozrywkę.

PS. Konieczna errata. Na str. 106 w wierszu 1 od góry rok 1941 należy poprawić na rok 1914.

 

sobota, 9 stycznia 2021

„Bitwa pod Trzeszczanami i Gliniskami 2 IX 1920 r.”. Autor: Andrzej Klocek

 

Andrzej Klocek „Bitwa pod Trzeszczanami i Gliniskami 2 IX 1920 r.”

Wydawca: Urząd Gminy Trzeszczany, Trzeszczany 2020

Książeczka ta (o formacie i objętości broszury) powstała w wyniku współpracy autora - pasjonata historii i wójta gminy Trzeszczany, pragnących upamiętnić setną rocznicę bitwy stoczonej przez żołnierzy piechoty Wojska Polskiego z kawalerzystami Pierwszej Armii Konnej dowodzonej przez Siemiona Budionnego. Dwa dni przed tą bitwą, 31 sierpnia 1920 r., owa złowroga Konarmia została pokonana przez polskich ułanów w słynnej kawaleryjskiej batalii pod Komarowem k. Zamościa. Chcąc uniknąć okrążenia i zniszczenia znalazła się w odwrocie na wschód, omijając lub rozbijając znajdujące się na jej drodze polskie pododdziały. Tak doszło do tytułowej bitwy (na terenie obecnej gminy Trzeszczany w powiecie hrubieszowskim), stoczonej przez pododdziały 2 Dywizji Piechoty Legionów z pododdziałami dwóch dywizji kawalerii i jednej brygady strzelców Armii Konnej. Bitwy w zasadzie nierozstrzygniętej, aczkolwiek jej lokalny i peryferyjny charakter nie odmienił faktu pokonania i zmuszenia do odwrotu armii Budionnego.

Pragnę jeszcze raz podkreślić okolicznościowo-edukacyjny charakter książeczki, bogato ilustrowanej i wydanej na wysokiej klasy papierze. Oprócz szczegółowego opisu bitwy autor prezentuje sylwetki biorących w niej udział żołnierzy, głównie dowódców. Zamieszcza listę poległych, przy okazji prostując w cmentarnej ewidencji błędy w brzmieniu niektórych nazwisk. We wstępie opisuje zbiorową mogiłę polskich żołnierzy na cmentarzu parafialnym w Trzeszczanach, a na przedostatniej stronie zamieszcza fotografię płyty nagrobnej. Skrótowo przedstawia późniejsze losy polskich oficerów (tych niepoległych w bitwie) oraz szlaki bojowe ich formacji wojskowych. Autor wskazał źródła wykorzystanych informacji – archiwów wojskowych i publikacji specjalistycznych, co czyni jego opracowanie wiarygodnym, godnym zaufania.

A teraz chwila zadumy. Z myślą o kim powstała ta książeczka, dla kogo głównie została napisana? Na pewno przede wszystkim dla lokalnej społeczności powiatu hrubieszowskiego, celem wskazania (przypomnienia, upamiętnienia) miejsc pamięci narodowej. Także dla pasjonatów historii wojny polsko-bolszewickiej lat 1919 i 1920. Dla nich to taki biały kruk, biblioteczny rarytas, jako że bitwa pod Trzeszczanami nie jest wymieniana w podręcznikach historii. Dostrzegam również i trzecią grupę potencjalnych czytelników, a mianowicie rodziny poległych żołnierzy. Rekrutowali się oni z 2 pułku piechoty (wchodzącego w skład 2 Dywizji Piechoty Legionów), a w większości pochodzili z Częstochowy i Piotrkowa Trybunalskiego. Autor zamieszcza listę poległych, podając ich nazwiska, imiona oraz stopnie wojskowe. Niewykluczone, że są one zapisane również w pamięci konkretnej rodziny częstochowskiej albo piotrkowskiej. Jeśli więc figuruje w niej dziadek/pradziadek padły w boju we wrześniu 1920 r., to zachodzi spore prawdopodobieństwo, że to m.in. i o nim jest ta dziś omawiana książeczka, oraz że jest w niej imiennie wymieniony. Gdyby ktoś z Państwa powziął takie przypuszczenie, proponuję zwrócić się e-mailem do Urzędu Gminy w Trzeszczanach (lub za jego pośrednictwem do autora) o podanie bliższych informacji i ew. o umożliwienie nabycia tej publikacji, jeśli jeszcze jej nakład nie został wyczerpany. Warto bowiem mieć w domu książkę, w której jest wspomniany ktoś z bliskiej rodziny. A w jaki sposób ja, nijak nie związany z powiatem hrubieszowskim, znalazłem się w jej (czasowym) posiadaniu? Ano, znając moje zainteresowania historyczne, wypożyczył mi ją mój szef (prezes stowarzyszenia, do którego należę), od wielu już lat uznany warszawski naukowiec, ale pochodzący właśnie z tamtych stron.

Ja natomiast w Hrubieszowie byłem tylko raz w życiu, jako osiemnastolatek, latem roku 1969. Wybraliśmy się tam z kolegą w pierwsze odwiedziny do panienek (dwóch sióstr), z którymi korespondowaliśmy mając ich adres z młodzieżowego czasopisma (bodajże z „Radaru” albo z „Na Przełaj”, ale głowy nie dam). Z Radomia, gdzie wówczas mieszkałem, pojechaliśmy pociągiem osobowym do Dęblina, tam przesiedliśmy się do nocnego pospiesznego relacji Warszawa - Hrubieszów. Tłukł się ten pociąg, mimo że był pospieszny, dość długo, rano dowiózł nas niby do Hrubieszowa, a faktycznie do stacji dość odległej od miasteczka - na tyle odległej, że kolej jeszcze organizowała dowóz do niego jakimś zdezelowanym mikrobusem, żukiem lub nysą, ówczesnej rodzimej produkcji. Po jeździe na wybojach dotarliśmy do centrum Hrubieszowa, tj. rynku brukowanego krągłymi kamieniami, tzw. kocimi łbami. Tam od razu rzucił nam się w oczy raczej niemiejski widoczek – mianowicie chłopa pędzącego przez ów plac parę świnek. I chciało nam się też wtedy strasznie pić po upalnej nocy spędzonej w dwóch pociągach. Zobaczyliśmy knajpę (już otwartą) i w te pędy do niej. Nawet kolejki przy barze nie było. Zamówiliśmy dwa duże piwa, szybko nam je nalano z beczki i … brr., równie ohydnego paskudztwa nigdy ani wcześniej, ani później nie próbowałem. Było absolutnie nie do wypicia, przysłowiowe „siki Weroniki” to przy owym „piwie” nektar. Będąc zamiejscowymi młodziakami i nie chcąc zadzierać z tutejszym barmanem nie zrobiliśmy mu awantury, odstawiliśmy tylko to skisłe, zatęchłe świństwo (niestety z góry zapłacone), wyszliśmy z knajpy, a w najbliższym sklepie spożywczym ugasiliśmy pragnienie oranżadą. A potem udaliśmy się do oczekujących już nas panienek, dotychczas znanych tylko z listów i fotografii. Ciąg dalszy tego wątka nie nastąpi.

Ot, i takie nietypowe, tematycznie zupełnie niezwiązane, wspomnienie „hrubieszowskie” z wakacji w roku 1969 mnie przy okazji naszło. To też w końcu historia – od tamtych chwil upłynęło już przecież 51 i pół roku. Natomiast od września 1920 do wakacji 1969 tylko niecałe 49 lat. Czas szybko upływa. Radomski przyjaciel, z którym wtedy wojażowałem, zmarł w grudniu 2017 r. w wieku lat 66 i pół. W życiu zdążyliśmy sobie nawzajem „świadkować” na ślubach. On miał szczęśliwą rękę – moje małżeństwo trwa. Ja niestety nie – kolega rozwiódł się już kilka lat po ślubie.