wtorek, 10 listopada 2020

„Spowiedź Śmigłego. Szczera rozmowa z piłsudczykiem”. Autor: Sławomir Koper


Jutro Święto Niepodległości, dzień nawiązujący do pamiętnej daty sprzed 102 lat. Gwoli więc historycznej refleksji proponuję dziś Państwu lekturę książki o postaci, która bardzo się do odzyskania naszej niepodległości przyczyniła (ale niestety również po 21 latach przyczyniła się do jej utracenia). Natomiast osobom wolącym coś stricte okolicznościowego sugeruję sięgnięcie po książkę pt. „Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski” autorstwa Jochena Böhlera (opis można odnaleźć w katalogu alfabetycznym autorskim A-K lub tematycznym 1).

Sławomir Koper „Spowiedź Śmigłego. Szczera rozmowa z piłsudczykiem”

Wydawca Bellona, Warszawa 2019

Ta pasjonująca książka została napisana w bardzo nietypowej formie literackiej, a mianowicie jako opowieść paradokumentalna, choć pan Sławomir Koper się do tego nie przyznaje. Wg autora są to przez niego opracowane, odnalezione po latach autentyczne, odręczne, obszerne notatki Juliana Piaseckiego (piłsudczyka, przedwojennego wiceministra komunikacji, późniejszego twórcy konspiracyjnego Obozu Polski Walczącej) z rozmów z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem (przedstawiać nie trzeba). Wg mnie natomiast ów fakt odnalezienia notatek Piaseckiego to tylko sympatyczna fikcja literacka, obliczona na przyciągnięcie czytelnika. Pan Sławomir Koper w żaden bowiem sposób nie uwiarygodnił otrzymania owego dziennika Juliana Piaseckiego z okresu 4.11.-5.12.1941 r. Rzekomo wręczył mu go, po spotkaniu autorskim z czytelnikami, pewien nieznajomy mężczyzna. Miało to miejsce gdzieś na Dolnym Śląsku, bez wskazania miejscowości i daty. Autor nie zamieścił w książce ani jednej strony zdjęcia „odnalezionego” dziennika Piaseckiego, mimo że we wstępie (Od autora, str. 7-12) poinformował, iż wykonał jego cyfrową fotokopię i na wszelki wypadek dwukrotnie zapisał ją w wersji elektronicznej.

Osoby zainteresowane postacią Juliana Piaseckiego znajdą o nim sporo informacji w omówionej już na tym blogu pracy dr. hab. Marka Gałęzowskiego pt. „Przeciw dwóm zaborcom. Polityczna konspiracja piłsudczykowska w kraju w latach 1939-1947”. A o Stefanie Witkowskim, twórcy i komendancie Muszkieterów (często pojawiającym się w tych rzekomych wspomnieniach Juliana Piaseckiego), najwięcej opowiedział Jerzy Rostkowski w książce pt. „Świat Muszkieterów. Zapomnij albo zgiń”, również tu opisanej. Recenzje obydwu ww. publikacji łatwo odnaleźć poprzez katalog tematyczny 2. Natomiast o moim osobistym podejściu do postaci marszałka informowałem już nieraz, m.in. przy okazji omawiania książki Sławomira Kopra i Tymoteusza Pawłowskiego pt. „Tajemnice marszałka Śmigłego-Rydza. Bohater, tchórz czy zdrajca?”, odpowiadając na jej trzy tytułowe pytania (wgląd przez katalog tematyczny 1). Zdania nie zmieniłem. Niedawno zakończona lektura dziś opisywanej książki tylko mnie w ocenie postaci marszałka Śmigłego utwierdziła.

Pan Sławomir Koper, asekurując się artystyczną formą opowieści paradokumentalnej, postawił wreszcie historiograficzną kropkę nad „i”. „Jego” Śmigły przyznał bowiem m.in., co następuje.

-       Odrzucił zabiegi Hitlera (aktualne jeszcze w I kwartale 1939 r.) o zawarcie sojuszu z Polską w celu wspólnego uderzenia na ZSRR, obawiając się zwasalizowania Polski względem Niemiec. W toku rozmowy z Piaseckim zgodził się jednak, iż byłaby to sytuacja lepsza niż ta obecna (czyli dn. 9 listopada 1941 r.). Od siebie dodam, iż byłaby to sytuacja dużo lepsza, hipotetyczna rozmowa wszak odbywała się jeszcze przed rozkręceniem hitlerowskiego terroru i ludobójstwa na pełną skalę.

-       W sierpniu 1939 r. nie przypuszczał, że pakt Ribbentrop-Mołotow zawiera postanowienia wspólnego ataku ZSRR i Niemiec na Polskę. Raczej sądził, że Hitler chce tylko zapewnić neutralność ZSRR w nadchodzącej wojnie.

-       Od grudnia 1940 r. do października 1941 r. przebywał na Węgrzech wprawdzie anonimowo, ale legalnie (za wiedzą i zgodą najwyższych władz tego kraju, ściśle przecież sprzymierzonego z Niemcami).

-       Jesienią 1941 r. podjął decyzję o powrocie do okupowanej Polski i próbie (nieudanej) podporządkowania sobie Związku Walki Zbrojnej.

-       Będąc przekonanym o rychłym zwycięstwie Niemiec w wojnie z ZSRR wysłał swoich emisariuszy do gen. Władysława Andersa z rozkazem wyruszenia polskiej armii na front i przejścia jej na stronę niemiecką.

-       Ww. wyprawa emisariuszy Śmigłego została merytorycznie i technicznie uzgodniona z dowództwem Wehrmachtu, a przejście ich przez linię frontu nastąpiło z pomocą Abwehry.

Śmigły na kartach książki opowiada również o całym swoim życiu, spraw prywatnych (m.in. własnego pochodzenia oraz związku z ukochaną Martą) nie pomijając. Przedstawia przebieg osobistej kariery, drogę na szczyty władzy. Charakteryzuje (mocno subiektywnie) niektórych swoich współpracowników i przeciwników politycznych. Wszystko to pan Sławomir Koper niezwykle interesująco opisuje, łącznie ze skrytobójczą śmiercią marszałka. Od książki trudno mi się było oderwać (jej 294 strony pochłonąłem w niecałe dwa dni).

I jeszcze jedna moja refleksja. O fikcyjności notatek Juliana Piaseckiego świadczy zauważona w nich pewna czołobitność, przesadna atencja wyrażana w rozmowach z marszałkiem. A przecież głównymi rozgrywającymi sprawę Śmigłego byli w tamtym czasie Julian Piasecki i Stefan Witkowski. Śmigły był od nich organizacyjnie uzależniony, potrzebowali go tylko w charakterze ikony budowanego obozu politycznego. Niezbędny był im znany w Europie i Świecie polityk, kandydat na polskiego Petaina. W tej sytuacji rzeczywiste rozmowy Śmigłego z Piaseckim miałyby (moim zdaniem) na pewno charakter bardziej partnerski i koleżeński. Era wielkiej świetności i wszechwładzy marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza już przeminęła. Natomiast ciągnęło się za nim niewłaściwe pokierowanie polską polityką zagraniczną w 1939 r., nieudolne dowodzenie w wojnie obronnej (zrelatywizowane jednak równie szybką klęską Francji w 1940 r.), wreszcie błędna kalkulacja polityczna i opuszczenie (w połowie kampanii) wciąż walczącego wojska i udanie się do Rumunii. Pozostało mu już tylko nazwisko i powszechna wiedza o jego kierowniczej funkcji w państwie przed wojną. To tylko tyle i … aż tyle. Wystarczało na firmowanie swoją osobą nowego, montowanego proniemieckiego obozu politycznego. Ale ani jego, ani sterujących nim panów Piaseckiego i Witkowskiego, absolutnie nie wolno za to potępiać. W obliczu już zaistniałej klęski Francji i przewidywanej porażki ZSRR, w polskiej racji stanu leżało przecież ratowanie za wszelką cenę tego, co tylko jeszcze dałoby się jakoś uratować. Owa kalkulacja polityczna miała wszak miejsce przed radziecką kontrofensywą pod Moskwą w grudniu 1941 r. i przed przystąpieniem USA do wojny. Choćby uratowana Polska miała być mała i marionetkowa. Ale nie Generalne Gubernatorstwo Hansa Franka i siepaczy Heinricha Himmlera!!! Czy jednak jakieś zakulisowe, warunkowe obietnice niemieckie, uczynione wówczas na pewno Śmigłemu, były szczere, to już zupełnie inna sprawa. Mogły się one przecież sprowadzać wyłącznie do tzw. gry operacyjnej Abwehry.

 

piątek, 30 października 2020

„Wielka trwoga. Polska 1944-1947”. Autor: Marcin Zaremba

 

Pojutrze Wszystkich Świętych, następnie Dzień Zaduszny. A dziś, 30 października, mamy za oknem pandemię i uliczne protesty społeczne. Smutne dni nastały. Zatem teraz o czymś … nastrojowo bardzo adekwatnym.

Marcin Zaremba „Wielka trwoga. Polska 1944-1947”

Wydawnictwo Znak, Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, Kraków 2012

Lata 1944-1947 to interesujący okres w historii Polski. Autor pozwolił nam go poznać również w sposób taki, w jaki odbierała go większość osób żyjących w tamtym czasie. Przybliżył poglądy, oczekiwania, pragnienia i w ogóle mentalność naszych rodaków, psychicznie potrzaskanych przez prawie 6 lat wojny i bardzo zubożonych materialnie, często do granic głodowej nędzy. Do tego w swej masie słabo wykształconych, nierzadko znajdujących się na pograniczu analfabetyzmu. Książka stanowi niezwykle interesujące studium polityczne – głównie historyczne, ale też z odwołaniem do warsztatów naukowych socjologii i psychologii. Czytelnik zainteresowany przede wszystkim materialną wiedzą historyczną może się nieco przestraszyć teorią zamieszczoną we „Wstępie” (str. 13-29) i w pierwszym rozdziale pt. „W labiryncie strachu” (str. 31-47), ale radzę tych pierwszych kilkudziesięciu stron, poniekąd również poznawczych, nie opuszczać. A dalej już przeczytamy (ze szczegółami i licznymi przykładami), że Polska lat 1944-1947 to kraj:

-       będący terenem walk, przemarszu i stacjonowania Armii Czerwonej, z wieloma tego negatywnymi konsekwencjami dla ludności cywilnej (gwałty, grabieże, morderstwa),

-       dużej liczby „ludzi z demobilu” wg określenia autora, czyli zdemobilizowanych żołnierzy, osób bezrobotnych, licznych inwalidów wojennych, byłych wojennych spekulantów niepotrafiących (i niechcących) normalnie funkcjonować w warunkach pokojowych,

-       niekompetencji i słabości nowej administracji państwowej, zwłaszcza na tzw. ziemiach odzyskanych,

-       bardzo powoli stabilizujący się ekonomicznie, słabej waluty i powszechnych niedoborów rynkowych wielu podstawowych artykułów, w tym żywności,

-       głodu, drożyzny, przymusowego kwaterunku i postępującej nacjonalizacji gospodarki,

-       chorób zakaźnych (gruźlica, tyfus, syfilis),

-       zniszczeń wojennych oraz pozostałości wojny: min i niewybuchów powodujących śmierć i kalectwo (w tym niestety dzieci),

-       wielkiego szabru, zarówno dla potrzeb własnych szabrowników, jak też (głównie) na handel,

-       ograniczonej wojny domowej z żołnierzami wyklętymi, których część ześlizgnęła się na drogę pospolitego bandytyzmu,

-       wielkiej przestępczości kryminalnej w miastach, wsiach i „pomiędzy” (czyli na szosach i w pociągach),

-       będący jeszcze państwem „tymczasowym” – granice nie do końca ustalone, przewidywanie wybuchu nowej wojny, docelowy ustrój polityczno-ekonomiczny też jeszcze niewiadomy (Mikołajczyk i PSL w rządzie, powszechne oczekiwanie wolnych i demokratycznych wyborów),

-       odwetu i zemsty na Niemcach i Ukraińcach,

-       antysemityzmu, w tym kilku pogromów ocalałych niedobitków ludności żydowskiej,

-       oraz innych zmór tamtego okresu.

Wszystkie powyższe „plagi” trapiące rodzącą się w bólach Polskę Ludową (nieślubną córkę Stalina, owoc jego gwałtu na II RP) profesor Marcin Zaremba szczegółowo i przystępnie opisał, dołączając własne komentarze: historyczne (głównie) oraz socjologiczne i psychologiczne (trochę). Książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem, zważywszy przedstawioną w niej szczegółowość charakterystyki Polski lat tuż powojennych. Autor dokumentował ją przypominaniem wielu autentycznych wydarzeń z tamtego okresu, jak też relacji i opinii osób ówcześnie żyjących, co uwiarygadnia i podkreśla rzetelność opracowania.

PS. Dzieci nie wolno winić za pochodzenie. Ww. „nieślubna córka Stalina” (epitet mojego wymysłu) z czasem się ustatkowała (nabrała doświadczenia i zmądrzała), a gdy ukończyła 45 lat postanowiła radykalnie odmienić swoje życie. Co też i uczyniła – zmieniając przy okazji nazwisko oraz angażując nowy pierwszy garnitur swoich wielbicieli, za zgodą a nawet pomocą tych starych, mających już świadomość własnej impotencji. Bo w 1989 r. to wciąż piękna kobieta była. I nadal nią jest. I zawsze taką będzie. Lecz swego pochodzenia nie wymaże. Przypominać o nim będzie posag dany przez tatusia: kształt granic oraz narodowa homogeniczność.

 

wtorek, 20 października 2020

„W tajnej służbie. Wojna wywiadów w II RP”. Autor: Kacper Śledziński

 

Kacper Śledziński „W tajnej służbie. Wojna wywiadów w II RP”

Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2018

 Jest to taki trochę esej, trochę reportaż historyczny. Chwilami beletryzujący, ponieważ autor wprowadza przypuszczalne dialogi swoich bohaterów, nb. postaci autentycznych, niekiedy też sytuuje możliwe choć niepotwierdzone miejsca ich spotkań służbowych. Zgodnie z tytułem książki głównymi jej bohaterami są oficerowie Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego. Zarówno ci wysocy rangą – dowódcy, jak i wybrani pomniejsi – pracujący „w terenie” operacyjni porucznicy i kapitanowie. 

W tle mamy wielką politykę. Poznajemy motywacje ówczesnych działań przywódców państw europejskich: Anglii, Francji, Niemiec, Czechosłowacji, ZSRR i oczywiście Polski. W latach 1938 i 1939 rozwój dalszych, możliwych wydarzeń był naprawdę kilkuwariantowy. Bynajmniej nie musiało dojść do tego, czego nauczono nas na lekcjach historii. Na str. 250 zauważyłem manipulację cytatami z wypowiedzi Hitlera. O jego faktycznym podejściu do sprawy polskiej, zanim jeszcze nasze państwo dało się wciągnąć do montowanego przez Anglię antyniemieckiego obozu polityczno-wojskowego, obszernie napisał dr Krzysztof Rak w doskonałej książce pt. „Polska – niespełniony sojusznik Hitlera”, już tu zrecenzowanej (proszę odnaleźć w katalogu czytelni).

Opisy wybranych udanych (i nieudanych) akcji polskiego wywiadu prowadzą do wniosku, iż jego działalność na kierunku wschodnim była piekielnie trudna. Wynikało to z policyjnego charakteru państwa Lenina i Stalina, prześladującego swoich obywateli z powodu choćby tylko krótkiej rozmowy czy korespondencji z cudzoziemcem. Ponadto każdy poruszający się w terenie pracownik polskiej ambasady otrzymywał „ogon”, czyli co najmniej jednego, niespuszczającego go z oka radzieckiego agenta, na ogół nieskrywającego swej funkcji inwigilacyjnej, a niekiedy nawet zachowującego się demonstracyjnie i agresywnie.

Na kierunku zachodnim (niemieckim) polscy wywiadowcy i ich miejscowi informatorzy mieli nieco większy margines swobodnego działania, pomimo również policyjnego charakteru III Rzeszy. W tym kontekście autor przedstawia (dość skrótowo) m.in. szpiegowską działalność naszego rotmistrza (później majora) Jerzego Sosnowskiego, jego sukcesy – te niewątpliwe i te budzące uzasadnione podejrzenia. Następnie pobyt w więzieniu najpierw niemieckim, potem w polskim (po wymianie szpiegów), proces sądowy niezakończony prawomocnym wyrokiem, a w pierwszych tygodniach wojny próbę wywiezienia go pod konwojem za granicę. Wreszcie tajemniczą śmierć w ZSRR.

Także skrótowo, z uwypukleniem najważniejszych przedwojennych osiągnięć, autor opisuje pracę naszych kryptologów nad „rozgryzieniem” niemieckiej Enigmy. Przedstawia obraz ich spotkania w lipcu 1939 r. w Warszawie ze specjalistami po fachu z Francji i Anglii, na które ci drudzy przybyli mocno sceptyczni, a wyjechali z entuzjazmem (choć skrywanym).

Z lektury książki dowiadujemy się też, jak „dwuwariantowo” podchodzili polscy przywódcy polityczni do kryzysu czechosłowackiego jesienią 1938 r. Skończył się on, jak wiemy, paktem monachijskim i (niezależnie od niego) odebraniem przez Polskę Zaolzia. Ale strona polska była również przygotowana na wariant militarny, tj. na sytuację, w której doszłoby do wojny Niemiec z Czechosłowacją i wspierającą ją Francją.

Kacper Śledziński poruszył też dwa bardzo ważne „gorzkie” tematy, nie stawiając jednak kropki nad „i”, tj. nie obarczając konkretnie winą marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, choć ów na to bezwzględnie zasłużył.

Oto już poczynając od drugiego kwartału 1939 r. polski wywiad wojskowy przekazywał do Warszawy informacje o możliwym antypolskim sojuszu Hitlera ze Stalinem, które następnie na szczeblu rządowym były jednak bagatelizowane, traktowane jako niemiecki, zamierzony blef dyplomatyczny. Informacje te pochodziły z Niemiec i innych państw zachodnich, a później także z ZSRR. Główna odpowiedzialność spada tu niewątpliwie na ówczesnego Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, formalnie (choć niekonstytucyjnie) będącego przecież „drugą osobą w państwie, zaraz po Prezydencie RP”.

Wielką winą marszałka Śmigłego było też niedopilnowanie zniszczenia bądź wywiezienia archiwum polskiego wywiadu, ostatecznie pozostawionego w Warszawie w Forcie Legionów. Jesienią 1939 r. dostało się ono w całości w ręce niemieckie!!! W efekcie w ciągu kilku następnych miesięcy, po rozpracowaniu go przez analityków, do mieszkań około stu niemieckich, przedwojennych informatorów polskiego wywiadu zapukało (załomotało) Gestapo. Z wiadomym tragicznym skutkiem dla nich.

Reasumując, polecam Państwu tę ciekawą i łatwą w odbiorze lekturę „szpiegowską”. Zawiera wiedzę historyczną podaną trochę sensacyjnie, czyli w sam raz gwoli zrelaksowania się i odprężenia w tych dzisiejszych, niezwykle uciążliwych i trudnych pandemicznych czasach.

No i jeszcze drobna errata.

Na str. 23 w wierszu 5 od dołu nazwisko „von Bromberg” należy zamienić na „von Blomberg”.

Na str. 27 w wierszach 7 i 8 od góry wyrazy „od półtora roku” proszę zastąpić wyrazami „od pół roku”.

Na str. 103 w wierszu 8 od dołu wyraz „Ligi” należy napisać prawidłowo (tylko jedno „i” na końcu).

 

sobota, 10 października 2020

„Ostatni szpieg Hitlera”. Autor: Daniel Silva

 

Psiakrew, co się dzieje! Od dziś cały kraj jak nie w czerwonej, to w żółtej strefie epidemicznej. Świat również bardzo zainfekowany. Gwoli chwil zapomnienia polecam Państwu dobre sensacyjne „czytadło”. Trudno się będzie od niego oderwać, a więc choć przez parę godzin przestaniemy się zadręczać sytuacją nas otaczającą.

Daniel Silva „Ostatni szpieg Hitlera”

PRIMA Oficyna Wydawnicza sp. z o.o., Warszawa 1999

Trwa druga wojna światowa. Już się zarysowuje militarna przewaga aliantów, trwają długie i tajne przygotowania do otwarcia w Europie trzeciego frontu (wschodni i włoski już istnieją). Czyli do operacji Overlord i daty D-day (6.06.1944). Ale Niemcy są jeszcze wciąż bardzo silni. Inwazji na kontynent we Francji się spodziewają. Przygotowali na tę okoliczność „komitet powitalny” – kilkadziesiąt dywizji Wehrmachtu i SS, w tym także wyborowe, pancerne. Usytuowane w pobliżu miejsca inwazji zadałyby ciężkie straty wojskom lądującym na plażach. Zdziesiątkowałyby je i zepchnęły z powrotem do morza. Ale mogłoby to nastąpić tylko pod warunkiem szybkiego takiego zadziałania. Opóźnienie pozwoli bowiem Amerykanom, Brytyjczykom i Kanadyjczykom wyładować na brzeg dosyć sił zdolnych odeprzeć niemiecki kontratak.

Sęk jednak w tym, że Niemcy czasu i miejsca inwazji nie znają. Trafnie wytypowali dwie odległe od siebie lokalizacje, boją się jednak usytuować siły strategiczne w pobliżu jednej z nich, bo a nuż inwazja z morza nastąpi w tej drugiej. Wywiad niemiecki szaleje. Abwehra uruchamia swego najlepszego agenta – dotychczasowego „śpiocha” w Anglii. Innym już się w berlińskiej centrali nie ufa – powpadali i dezinformują, ratując w ten sposób życie. A ów agent jest rzeczywiście doskonały. Dotrze do prawdy, ale już nie zdąży jej przekazać niemieckim mocodawcom.

Cóż to wszystko Państwu przypomina? Oczywiście bestsellerową „Igłę” Kena Folleta, w wersji książkowej i ekranizowanej. To prawda, ale Daniel Silva dorównuje tu mistrzowi. Podobnie jak Ken Follet w „Igle”, tak i Daniel Silva w „Ostatnim szpiegu Hitlera” w sposób niezmiernie pasjonujący przedstawia akcję wywiadu niemieckiego, kontrwywiadu brytyjskiego (i amerykańskiego), wreszcie szpiegowską działalność tytułowej postaci – wyborowego niemieckiego agenta. Jego agent jest jednak … płci pięknej. Piękność i kobiecość okazuje się tu wyjątkowa i nietypowa, tytułowa pani jest bowiem komandosko sprawna oraz bezlitosna. Już w pierwszym rozdziale powieści dokonuje morderstwa niezbędnego do uzyskania nowej tożsamości i naturalizacji na wyspach brytyjskich. Swoją atrakcyjną kobiecość wykorzystuje w celu „służbowym”, czyli uwiedzenia wskazanego mężczyzny. Choć w głębi duszy jest lesbijką i marzy o powojennym powrocie do kochanki mieszkającej w odległej, neutralnej Hiszpanii.

Polecam tę pasjonującą lekturę. Jest ona historyczna o tyle, że dość szczegółowo oddaje atmosferę panującą w Anglii podczas wojny. Naloty, usuwanie ich skutków, niedobory artykułów powszechnego użytku, racjonowanie żywności i paliw, mentalność i życie codzienne przeciętnych obywateli, skuteczność brytyjskiego kontrwywiadu, itd. itp. Także wielka dbałość rządu o perfekcyjne przygotowanie inwazji sił sprzymierzonych na kontynent i utrzymanie w najściślejszej tajemnicy jej miejsca i daty. Aż do dnia 6 czerwca 1944 r., gdy wylądowano na plażach Normandii. W powyższe realia autor wplótł tytułowy wątek szpiegowski. Czy całkowicie przez siebie wydumany, czy może mający choć częściowe potwierdzenie w archiwach służb specjalnych (niemieckich i brytyjskich), tego nie wiem. Autor też tego nie zdradził w „Podziękowaniach” zamieszczonych na początku książki. Reasumując: raczej fikcja literacka osadzona w realiach historycznych. Ale naprawdę porywająca lektura. Bardziej (moim zdaniem) niż inne książki Daniela Silvy, których bohaterem jest Gabriel Allon (jeśli dobrze zapamiętałem imię i nazwisko agenta Mossadu).

 

czwartek, 1 października 2020

„Warszawa. Dzieje miasta”. Autor: Karol Mórawski

 

Karol Mórawski „Warszawa. Dzieje miasta”

Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa 2017

Z napisaniem ciepłych słów o tej książce specjalnie poczekałem do dn. 1 października 2020 r. Dziś bowiem obchodzę prywatny jubileusz – moje złote gody z Warszawą. Dokładnie 50 lat temu, w wieku 19 lat, przybyłem tu celem rozpoczęcia studiów (dziennych) w Uniwersytecie Warszawskim. I nieprzerwanie mieszkam w stolicy do chwili obecnej. Wiele lat zamieszkiwania w Warszawie już od dawna uprawnia mnie do uznawania jej za miasto moje, choć się w nim nie urodziłem. 

Prawdę zresztą mówiąc – ja nie mam swojej miejscowości rodzinnej. Urodziłem się w Sopocie, ale tylko dlatego tam, że akurat w Trójmieście czasowo (w latach powojennych) zamieszkiwali i pracowali moi dziadkowie. A matka – będąc w ostatnim miesiącu ciąży i pragnąc mieć odpowiednią opiekę – przyjechała tam do swoich rodziców aż z Legionowa k. Warszawy, gdzie mieszkała z pierwszym mężem (moim ojcem). Potem z niemowlakiem (dziś piszącym te słowa) powróciła do Legionowa, a gdy się niebawem z małżonkiem rozstała, losy rzuciły ją z dzieckiem do Radomia, gdzie to dziecko (czyli ja) zamieszkiwało aż do matury w 1970 r. A propos: niedawno, najpierw w maju, następnie w sierpniu br., planowaliśmy spotkanie naszej klasy maturalnej po upływie pół wieku, co niestety udaremnił stan pandemii.

Nadmieniam przy tym, że żadnych korzeni rodzinnych ani w Legionowie, ani w Trójmieście, ani w Radomiu, także moi rodzice nie posiadali. Matka urodziła się faktycznie w Milanówku (choć w metryce wpisano jej nieodległy Jaktorów), a ojciec w Wilnie. Rodowitym radomianinem od pokoleń był natomiast mój ojczym (drugi mąż matki), ale choć to dla mnie bardzo bliska rodzina, to przecież jednak zero pokrewieństwa. Reasumując – Radomia się nie wypieram, spędziłem w nim prawie całe dzieciństwo i wczesną młodość, jestem i do końca życia będę związany emocjonalnie z tym miastem. Ale w moim sercu sytuuję je dopiero na drugim miejscu. Pierwsze bowiem bezsprzecznie zajmuje Warszawa. 

Ad rem. 

Z przyczyny jak powyżej, z wielką sympatią przeczytałem książkę p. Karola Mórawskiego, żałując iż do tej pory nie miałem w bibliotece domowej żadnej pozycji poświęconej wyłącznie historii Warszawy: tak od zarania aż do doby obecnej. Polecam ją zatem przede wszystkim warszawiakom - obojętne, gdzie i kiedy urodzonym. A już przewodnikom turystycznym po Warszawie w szczególności, to dla nich lektura wręcz obowiązkowa. Czytając tę książkę śledzimy dzieje miasta w dwóch aspektach. Pierwszym jest historia polityczna Polski, której nie można analizować bez uwzględnienia Warszawy. Tu przecież miały miejsce bardzo ważne wydarzenia, wręcz newralgiczne w naszych dziejach - żeby tylko wymienić wolne elekcje królów, uchwalenie Konstytucji 3 Maja, wybuchy większości powstań narodowych. Autor to wszystko chronologicznie przedstawia, nie ograniczając się do opisu zdarzeń na terenie Warszawy, choć głównie te mając na względzie. Drugi aspekt to już historia rozwoju samej Warszawy, inteligentnie wpleciona w historię polityczną i gospodarczą Polski. Od samego zarania. A propos owego zarania: nazwa miasta nie pochodzi od Warsa i Sawy, lecz jedynie od Warsa lub Warsza (imienia męskiego). Wieś w starych zapisach pojawiła się bowiem pod nazwą „Warszowa”, czyli należąca do rycerza Warsza (Warsa). Podobnie zresztą i dziś mówi się nieraz na wsiach, że np. jakaś łąka jest, dajmy na to, Adamowa czy Piotrowa.

Wędrując przez dziesięciolecia i stulecia śledzimy rozwój terytorialny, demograficzny, gospodarczy i budowlany Warszawy. Czytamy, jak miasto się rozrasta i pięknieje, niestety miewając też okresy stagnacji i upadku. Poznajemy etymologię nazw ulic i całych dzielnic. Oczami wyobraźni najpierw widzimy Warszawę bez podstawowych urządzeń infrastruktury technicznej, bez kanalizacji, wodociągów i ulicznego oświetlenia. Z drewnianymi chodnikami rozkradanymi zimą na opał. Następnie autor opisuje powstawanie koniecznych urządzeń technicznych, ich koszt, lata realizacji, inwestorów i wykonawców. Nie zawsze spotykało się to z aplauzem mieszkańców. Pozwolę sobie za autorem przytoczyć tytuł broszurki z lat 70-tych XIX wieku, oprotestowującej zamierzenia władz miejskich w zakresie unowocześnienia wodociągów i kanalizacji. Oto ów tytuł (cyt., str. 286): „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”. Ów kołtun, który to wymyślił, miał na względzie pozbawienie warszawskich ogrodników ścieków, wykorzystywanych przez nich do nawożenia.

Karol Mórawski wymienia osoby zasłużone dla Warszawy, zarówno dla jej rozwoju infrastrukturalnego (budownictwa, elektryfikacji, telefonizacji, kolejnictwa, transportu miejskiego), jak też nauki, kultury, oświaty i lecznictwa. Musiały się one nieraz liczyć z ograniczeniami natury nie tylko materialnej, lecz również zderzać z polityką rusyfikacji i stopniowego wynaradawiania, realizowaną przez carat po upadku powstania styczniowego.

W 1915 r., z chwilą opuszczenia Kraju Przywiślańskiego (Królestwa Kongresowego) przez Rosjan, historia Warszawy mocno przyspieszyła. Już w 1916 r. stała się stolicą marionetkowego Królestwa Polskiego, reaktywowanego przez cesarzy Niemiec i Austro-Węgier. Dwa lata później objęła stołeczną funkcję państwa już rzeczywiście niepodległego, a warszawiacy wraz z innymi rodakami przystąpili do walki o granice i utrzymanie niepodległości dopiero co odzyskanej Ojczyzny. Wszystko to autor emocjonalnie opisuje, oczywiście ze skupieniem się na wydarzeniach zaistniałych w Warszawie i okolicach.

Dalej widzimy Warszawę już międzywojenną, jej rozwój jako centrum administracyjnego oraz najważniejszego w państwie ośrodka kulturalno-naukowego i oświatowego. Ale także jako ważnego miasta przemysłowego. Potem nastąpiły czasy tragiczne: oblężenie i obrona Warszawy we wrześniu 1939 r., lata okupacji, powstanie warszawskie, popowstaniowe i mściwe niszczenie pustej Warszawy przez Niemców. Aż doszło do wyzwolenia jej ruin dn. 17 stycznia 1945 r. przez I Armię Wojska Polskiego. A tym czytelnikom, którzy odrzucają termin „wyzwolenie”, uważając iż doszło wtedy do nowej, zamiennej „okupacji”, proponuję uważne skupienie się na tych fragmentach książki, w których autor przytacza hitlerowskie plany odnośnie dalszego istnienia Warschau i nieistnienia w ogóle Polen. Pan Karol Mórawski, zarówno tamte tragiczne czasy, jak i okres powojennej odbudowy, niezwykle ciekawie opisuje, m.in. kładąc nacisk na zachowanie się szarych mieszkańców miasta, często bezimiennych bohaterów. Oczywiście nie odbywało się to bez problemów, warszawska historia tamtych lat miewała też i swoje nieliczne ciemne, żeby nie powiedzieć czarne, strony. Autor ich nie pomija. Opis dziejów Warszawy p. Mórawski w zasadzie zakończył na roku 1989.

Pisząc powyższy tekst użyłem w nim wyraz „widzimy”. Głównie miałem na myśli dodatkowe „oczy wyobraźni” w trakcie czytania, ale nie tylko. Książka jest bowiem bogato ilustrowana fotografiami, wprawdzie czarnobiałymi, lecz wyraźnymi. Proszę nie pomijać ich podczas lektury, stanowią istotne uzupełnienie i wzbogacenie napisanej treści. 

Dopisuję dn. 12 sierpnia 2021 r.

W emocjonalnym wstępie wspomniałem o planowanym w ubiegłym roku (najpierw w maju, potem w sierpniu) spotkaniu mojej klasy maturalnej po 50 latach. Wtedy nie doszło ono do skutku z powodu antycovidowych obostrzeń. Latem br. ograniczenia te złagodzono (ciekawe, na jak długo), sporo osób, w tym ja, się zaszczepiło, powstała więc możliwość zorganizowania spotkania maturzystów po latach już 51, a nie po 50. Aby nie marudzić: w końcu piłkarskie mistrzostwa Euro 2020 też odbyły się w 2021 r., jak również olimpiada Tokio 2020 miała miejsce w roku 2021. Zatem w sobotę dn. 17 lipca 2021 r. nasze formalne 50-lecie (faktycznie już 51-lecie) obchodziliśmy w radomskiej restauracji „Parkowa”, biesiadując tam od godz. 16 do godz. 23 i nie nudząc się ani przez chwilę. Organizatorem spotkania był kolega z klasy, Zdzisław R., któremu należą się za to wyrazy wdzięczności i podziękowania. O doskonałej atmosferze niech świadczy wyrażony przez wszystkich zamiar kolejnej takiej imprezki w maju w roku przyszłym. W Zdziśku znów więc cała nadzieja, że się to ziści.

 

 

niedziela, 20 września 2020

„Stalin i jego oprawcy. Szefowie stalinowskiej bezpieki”. Autor: Donald Rayfield

 

Donald Rayfield „Stalin i jego oprawcy. Szefowie stalinowskiej bezpieki”

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o., Warszawa 2009

Książka na pewno zainteresuje wszystkich sowietologów, w szczególności „domorosłych” sowietologów (ambitnych amatorów) – osoby pragnące bliżej poznać istotę złowieszczego, państwowego terroru panującego w Kraju Rad w latach 1917-1953. I także później, choć już z o wiele mniejszym natężeniem.

Konsekwentnie z tytułem autor zamyka jednak opis dziejów na roku 1953, który jest rokiem śmierci Stalina i zarazem rokiem obejmującym krótki, około studniowy okres pierwszej, nieudanej pieriestrojki. To popularnonaukowe opracowanie prof. Donalda Rayfielda można też określić jako opisanie dwudziestowiecznej historii Rosji i ZSRR do roku 1953 – historii tworzonej przy udziale służb specjalnych. Lub wręcz bezpośrednio przez owe służby.

Poznamy biografie - samego Stalina oraz kolejnych przywódców jego policji politycznej: Dzierżyńskiego, Mienżyńskiego, Jagody, Jeżowa i Berii. Tylko ostatni z tej złowieszczej piątki prywatnie nie miał nic wspólnego z polskością. Dzierżyński był Polakiem, za Polaka oficjalnie podawał się Mienżyński (pochodził z polskiej, zrusyfikowanej rodziny), Jagoda był polskim Żydem, a Jeżow chwalił się znajomością języka polskiego (w młodości jakiś czas mieszkał na ziemiach polskich).

Koncentrując się na działalności politycznej swoich „bohaterów” autor nie pomija też wątków z ich życia prywatnego, niekiedy mocno bulwersujących, wręcz obscenicznych.

W książce opisani są także i inni stalinowscy oprycznicy, podwładni tych tytułowych. Autor charakteryzuje ich pochodzenie społeczne i narodowe, wykształcenie, działalność przedrewolucyjną (nie zawsze w szeregach bolszewików), życie osobiste.

Wszystkie powyższe biografie są wkomponowane w historię politycznego, państwowego terroru panującego w ZSRR. Przeczytamy:

-       o okrucieństwie wojny domowej,

-       o tłumieniu występujących już po niej chłopskich i robotniczych buntów,

-       o kolektywizacji rolnictwa i związanym z tym wielkim głodzie,

-       o zagładzie starych kadr bolszewickich (!),

-       o Wielkim Terrorze lat 1937 i 1938,

-       o niewolniczej pracy w łagrach,

-       o agresji ZSRR na Polskę i Finlandię w 1939 r. oraz na państwa bałtyckie w 1940 r.,

-       o zbrodni katyńskiej,

-       o cenie i konsekwencjach zwycięstwa ZSRR nad Niemcami,

-       o wytworzeniu w ZSRR broni atomowej,

-       wreszcie o powojennych stalinowskich represjach wobec Żydów, „kosmopolitów”, lekarzy, a także wobec zbyt samodzielnych przywódców nowopowstałych państw tzw. demokracji ludowej.

Autor podkreśla też ręczne sterowanie przez Stalina działalnością twórców na polu literatury, sztuki i nauki. Niepokorni i niestosujący się do poleceń Wodza mieli „szczęście”, jeśli tylko trafiali do łagru. Nierzadko bowiem kończyli z kulą w potylicy.

Podczas lektury czytelnik będzie nieraz odczuwał tzw. Schadenfreude (też się przyznaję). Poczynając od kadencji Jeżowa każda kolejna sfora czekistów będzie starała się zagryźć swoich poprzedników, i to nie tylko tych na eksponowanych stanowiskach. Okrutni sadyści, mordercy bywali ciężko bici, zsyłani do łagrów, rozstrzeliwani – bynajmniej nie za swoje wcześniejsze, zbrodnicze postępki, lecz w ramach tak rozumianej wymiany kadr. Tak też zresztą skończyli ich dwaj kolejni szefowie, Jagoda i Jeżow – zeszmaceni, storturowani, rozstrzelani, bez prawa do pogrzebu. I jak tu nie czytać o tym z uśmiechem na twarzy?

Podobnie wykończono Berię, choć nastąpiło to w diametralnie odmiennych okolicznościach politycznych. Ławrientij Beria przez sto dni po śmierci Stalina współrządził ZSRR (wraz z Chruszczowem, Malenkowem i Bułganinem). W tym czasie starał się przeforsować wprowadzenie reform godnych … Michaiła Gorbaczowa. Niestety, mimo że stał na czele skonsolidowanego resortu bezpieczeństwa, to zawiodła go dawna czekistowska czujność i dał się ograć politycznym miernotom, których spiskowania oraz ogromnej determinacji w utrzymaniu radzieckiego status quo nie zauważył. Czytelnikom zainteresowanym tą bardzo kontrowersyjną postacią polecam monografię Francoise Thom pt. „Beria. Oprawca bez skazy” (przedstawioną już wcześniej na tym blogu). Jej omówienie mogą Państwo odszukać poprzez katalog tematyczny nr 6 (grupujący też wiele innych pasjonujących książek traktujących o historii ZSRR). Za ciekawie napisaną uważam również zbeletryzowaną historię ostatnich miesięcy życia Ławrientija Berii, a mianowicie książkę Jeleny Prudnikowej pt. „Śmiertelne żądła Berii”, wydaną przez warszawską Bellonę w 2012 r. (nieomówioną na blogu).

 

piątek, 11 września 2020

„Piekiełko nad Wisłą. Sceny z życia polskich elit pod okupacją”. Autor: Sławomir Koper

 

Sławomir Koper „Piekiełko nad Wisłą. Sceny z życia polskich elit pod okupacją”

Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2019

Pan Sławomir Koper, znany eseista – popularyzator historii, napisał kolejne 9 esejów historycznych, w których ukazuje mało znane, nieraz wstydliwe aspekty ważnych wydarzeń z okresu II wojny światowej. Prezentując sylwetki ich sprawców nie zapomina o ułomnościach ludzkiej natury, dzięki czemu czytamy o postaciach z krwi i kości, oprócz zalet posiadających także sporo wad. Mało tego – autor również wkracza na obszary intymności życia ludzkiego. Uważam, że słusznie. Postacie historyczne muszą się liczyć z możliwością odarcia ich z prywatności, z ewentualnością upublicznienia (nawet po wielu latach) ich spraw natury bardzo osobistej.

Lektura książki przybliży nam takie „niewygodne” fakty, najczęściej pomijane w programach nauki historii aż do poziomu maturalnego. Oto one, tylko skrótowo tu zasygnalizowane (szczegółowe rozwinięcie w książce).

-       Gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz, komendant konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polski (poprzedniczki ZWZ/AK) pozostawał na bakier z przestrzeganiem elementarnych zasad bezpieczeństwa. Autor podnosi również jego przynależność do marginalnego związku wyznaniowego oraz, z tym związaną, rozwiązłość seksualną generała.

-       Sporą część swoich sukcesów Gestapo mogło odnotować dzięki polskim donosom, także tym anonimowym, a więc nienastawionym na uzyskanie nagrody od okupanta.

-       W pierwszych miesiącach okupacji wystąpiła konieczność ewakuacji z Polski żony gen. Kazimierza Sosnkowskiego oraz żony i córki gen. Władysława Sikorskiego. Powstał też problem dostarczania gotówki do okupowanego kraju, niezbędnej dla organizującej się konspiracji. Jak to załatwiono, kto to wykonywał i kto za tym stał, dowiemy się z książki.

-       Podobnie jak panowie Dariusz Baliszewski i Piotr Zychowicz, także pan Sławomir Koper drąży sprawę polskiej organizacji konspiracyjnej Muszkieterzy i jej powiązania z przybyłym jesienią 1941 r. do Warszawy marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem. Chwała tym trzem autorom za to. Szkoda tylko, iż żaden z nich nie dotarł do archiwów wywiadu węgierskiego (ach ten trudny język węgierski) i Abwehry (tu już byłoby im zapewne łatwiej). Moim zdaniem właśnie tam znaleziono by informacje pozwalające postawić „kropkę nad i”. Ale, jak dotąd, polska historiografia wzdraga się ową kropkę postawić.

-       Gdyby nie tego tragiczne następstwa, organizacja i działalność Związku Walki Zbrojnej we Lwowie podczas pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941) przypominałyby wojenną komedię. Jeden z podrozdziałów autor celnie zatytułował „Oszuści, konfidenci, samozwańcy”. Co się kryje pod tym bardzo trafnym określeniem, przeczytamy w rozdziale pt. „Tragedia lwowskiego ZWZ”.

-       Za niezwykle trafny uważam też tytuł rozdziału 6: „Zapomniany bohater”.  Ów rzeczywisty bohater to z pochodzenia pół-Austriak, pół-Czech, a z wyboru wielki Polak. To profesor Rudolf Weigl. Nie dał się skusić ani zastraszyć kolejno NKWD, Gestapo i znów NKWD. A jego powojenne losy potwierdzają słuszność ponurego dowcipu o polskim piekle, którego kotła żaden diabeł nie musi pilnować. W 1946 r. władze Polski (autor przedwcześnie nazywa ją PRL) już w Sztokholmie wycofały kandydaturę prof. Weigla do Nagrody Nobla. Nóż się w kieszeni otwiera. Przepraszam za kolokwializm.

-       Władze Polski podziemnej czasem zbyt szafowały wyrokami śmierci. Bywa że ginęły osoby niewinne zarzucanych im czynów, padające ofiarą pomyłki albo prowokacji (radzieckiej, niemieckiej lub zgoła rodzimej). O mało co nie zginął w ten sposób znany pisarz Józef Mackiewicz. Życie zawdzięczał Sergiuszowi Piaseckiemu (nb. również znanemu pisarzowi), kierującemu w Wilnie specjalną, egzekutorską komórką Armii Krajowej. Piasecki nie uwierzył w słuszność zarzutów postawionych Mackiewiczowi i odmówił wykonania egzekucji.

-       Pochodzenie arystokratyczne mogło czasem pomagać w latach wojny, okupacji i w okresie powojennym. Tak było z jednym z przedstawicieli wielkiego rodu litewsko-polskiego. Liczyły się z nim i władze NKWD, i Gestapo, a gdy zmarł po wojnie, to władze Polski Ludowej urządziły mu pogrzeb państwowy.

-       Brygada Świętokrzyska NSZ jest przez jednych (bardziej polityków niż historyków) uważana za jednostkę wojskową wyłącznie kolaborującą z Niemcami, przez innych zaś za takąż jednostkę nieprzerwanie walczącą o wyzwolenie Polski i niesplamioną krwią bratobójczą. W ostatnim rozdziale książki autor stara się słusznie dowieść, iż prawda leży tu pośrodku.

Reasumując, powyżej omówioną lekturę polecam wszystkim entuzjastom historii. Oprócz blasków poznają również jej cienie. Co już skłania do głębszej refleksji i dużej ostrożności przy wydawaniu opinii.