sobota, 20 kwietnia 2019

„Wiek Hitlera”, tom 1 i 2. Autor: Leon Degrelle


Szanownym moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę – z okazji Świąt Wielkiejnocy – przede wszystkim dużo zdrowia i pogody ducha. Czyli tego, co najbardziej Wam niezbędne.

Leon Degrelle „Wiek Hitlera”, tom 1
Wydawca KATMAR sp. z o.o., Gdańsk 2016

Na wstępie konieczne zastrzeżenie. Występujący w tytule książki Adolf Hitler, także zaprezentowany na okładce (zdjęcie portretowe), na pewno zmyli oczekiwania czytelnika. Na 495 stronach książki autor poświęca mu bodajże tylko jedno zdanie, pisząc, iż należał do milionów niemieckich żołnierzy frontu zachodniego I wojny światowej.

Leon Degrelle (1906-1994), z jednej strony gorliwy katolik (twórca belgijskiej partii Chrystus Rex), z drugiej zaś wielbiciel Hitlera (jako wysoki oficer SS dowodził na froncie wschodnim II wojny światowej belgijską ochotniczą dywizją Waffen SS), napisał własną historię I wojny światowej – poczynając od przedstawienia kulisów zamachu na arcyksięcia Ferdynanda (1914), a kończąc na konferencji pokojowej w Wersalu (1919).
Jego obszerny esej historyczny jest wybitnie tendencyjny. Państwa centralne, w szczególności wilhelmińskie Niemcy, jawią się jako ofiary spisku francusko-rosyjskiego, do którego rychło dołączyła Wielka Brytania oraz następnie (w 1917 r.) Stany Zjednoczone. Natomiast Niemcy bynajmniej nie zamierzały wojować! Latem 1914 r., gdy Francja i Rosja już podejmowały nieodwracalne, militarne decyzje strategiczne, cesarz Wilhelm II oraz niemieccy najwyżsi politycy i dowódcy wojskowi beztrosko sobie urlopowali. Mało tego – także później, w trakcie trwania wojny, Niemcy pozytywnie reagowały na amerykańskie propozycje zaprzestania działań zbrojnych i tylko uporowi Francji i Anglii należy „zawdzięczać” kontynuację frontowej rzezi. Taki jednostronny przekaz historyczny otrzymujemy.

Książkę tę polecam zatem osobom, którym już nieobca jest znajomość historii powszechnej pierwszego dwudziestolecia XX wieku. Zapoznają się teraz (dodatkowo) z jej interpretacją przez zagorzałego germanofila – z jego racjami, których nie musimy i nie powinniśmy podzielać, ale dobrze jest je znać. Natomiast osoby, które o I wojnie światowej wiedzą tylko, iż takowa była, niech lepiej tę lekturę odłożą do czasu aż poznają bardziej obiektywnie napisaną jej historię. Podpowiadam tu m.in. monografię prof. Andrzeja Chwalby pt. „Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914-1918”, nie tak dawno omówioną na moim blogu.

To w takim razie dlaczego warto sięgnąć po książkę Leona Degrelle’a ?
Ano dlatego, że dzięki niej możemy poznać wiele szczegółów z zakresu dyplomacji jawnej i tajnej (z uwzględnieniem korupcji dyplomatycznej) oraz wojskowości, na ogół pomijanych w „mainstreamowych” opracowaniach dotyczących genezy i przebiegu I wojny światowej. Przykładowo: dowiadujemy się, kim był, skąd się wziął i jak ważną rolę w przystąpieniu USA do wojny odegrał „pułkownik” Edward House. A także, jak zwycięzcy obradujący w Wersalu byli bardzo niekompetentni w kwestiach geograficznych, etnicznych i historycznych, oraz jak spędzali tam swój wolny czas -  m.in. w ramionach licznie przybyłych do Paryża bezpruderyjnych, luksusowych rumuńskich pań do towarzystwa. Zerknijmy w tym momencie do atlasu historycznego i popatrzmy na przyrost terytorialny Rumunii po I wojnie światowej. 

Poza tym, ja osobiście jak dotąd nie natrafiłem (może jeszcze zbyt mało czytam książek historycznych) na lekturę tak szczegółowo opisującą rewolucję marksistowską w Niemczech w latach 1918 i 1919, jej genezę, przebieg i stłumienie. Rewolucję, która zdaniem autora miała szanse powodzenia, zaprzepaszczone tylko brakiem w Niemczech przywódców kalibru Lenina czy Trockiego, przedkładających ponad przedłużającą się agitację – zdecydowane działanie. Leon Degrelle, jakkolwiek będący ideologicznym wrogiem marksizmu-leninizmu, chyli czoło przed samym Leninem – jego inteligencją, przebiegłością, twardym charakterem i zdecydowaniem. Docenia przeciwnika.
Ale jednak Leon Degrelle nie postawił tu kropki nad „i”. Nie napisał bowiem, iż to sami Niemcy upletli sobie bat na własną dupę instalując w 1917 r. Lenina w Piotrogrodzie oraz wyposażając go w aktywa umożliwiające dokonanie i utrwalenie przewrotu październikowego. Rok później to już ambasador Rosji w Niemczech zaczął finansowo wspierać rewoltę komunistyczną, na której czele stali też emisariusze z bolszewickiej Rosji. Zauważamy tu hipokryzję autora: rewolucja w Niemczech jest wielkim złem, które opisuje i piętnuje, natomiast wcześniejsze przyczynienie się Niemiec do przewrotu bolszewickiego w Rosji było tylko wojenną, smutną koniecznością. Leon Degrelle usprawiedliwia Niemcy, które chciały – zawierając pokój z rządem Lenina – zlikwidować swój front wschodni i przerzucić wojsko na zachód, zanim jeszcze na kontynencie pojawi się armia Stanów Zjednoczonych.

Przez kartki książki przeziera również antysemityzm autora – w Żydach (i masonach) widzi ukrytych sprawców najpierw doprowadzenia do wojny światowej, później klęski państw centralnych, wreszcie wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji, na Węgrzech i w Niemczech. Głównie dostrzega żydowskich radykalnych rewolucjonistów. Tak jakby wśród tej nacji nie było osób o innej orientacji politycznej, w tym szczerych niemieckich i austrowęgierskich patriotów. A także światowej sławy naukowców, twórców i artystów, tylko niekiedy sympatyzujących z bolszewikami.
Nie negując istnienia dużego odsetka przywódców komunistycznych pochodzenia żydowskiego, pragnę więc zauważyć, iż Leon Degrelle analogicznie powiela tu nielogiczność prymitywnego ludowego antysemityzmu. Żydzi zabili Pana Jezusa. Oczywiście, że tak. (Akurat obchodzimy rocznicę Jego męczeńskiej śmierci i zmartwychwstania). Ale przecież sam Jezus Chrystus (w Jego ludzkiej naturze), Jego Matka i wszyscy Apostołowie oraz pierwsi chrześcijanie też byli Żydami.

Zastanawiając się nad dokonanym przez Leona Degrelle’a wyborem drogi życiowej, mając zwłaszcza na względzie jego gorliwy katolicyzm, dziwi mnie jego atencja wobec Adolfa Hitlera, nieskrywającego swego antychrystianizmu. To, co dla Degrelle’a  (i wszystkich chrześcijan) powinno być kanonicznym przekazem oraz świętością, niemiecki Führer nieraz określał wprost bluźnierczo. Możemy o tym przeczytać m.in. w „Niemcach (…)” Piotra Zychowicza (część V pt. „Lewicowa III Rzesza”, rozdział 3 pt. „Ostateczne rozwiązanie kwestii chrześcijańskiej”), książce już omówionej na blogu. Owo niechętne, złośliwe, wręcz wrogie podejście Hitlera do chrześcijaństwa jakoś nie odstręczało Degrelle’a  i jemu podobnych od ścisłej, ochotniczej kolaboracji z III Rzeszą.

Poloniców w tej książce jest jak na lekarstwo. Problemu Polski jako państwa wyłaniającego się z powojennej zawieruchy autor w ogóle nie analizuje, kilka razy tylko wymienia nas „w rządku” razem z Czechosłowacją i innymi nowo powstałymi państwami. No i z przekąsem zauważa, że artysta, światowej sławy kompozytor Ignacy Paderewski, został premierem rządu Polski. Niezwykle obszernie użalając się nad stratami terytorialnymi Niemiec na rzecz Francji, autor również, ale tylko jednym zdaniem (na str. 489), piętnuje odebranie Niemcom naszych ziem Wielkopolski, Pomorza i Górnego Śląska. Aż mi się wierzyć nie chce. Czy aby na pewno polskie tłumaczenie książki jest wierne z oryginałem ? Jakieś wyjaśnienie powinna tu przynieść lektura tomu 2, traktującego o okresie międzywojennym. Zobaczymy, czy i jak obszernie zostanie w nim zaprezentowany wątek polski.
Treść tomu 1 w zasadzie kończy się na podpisaniu układu pokojowego w Wersalu, ale autor kilkakrotnie czyni też aluzje do przyszłych wydarzeń i wyciąga wnioski historyczne. Dość obszernie i ciekawie (jak już wspomniałem) opisując rewolucję w Niemczech w latach 1918 i 1919, stwierdza, iż jej stłumienie uratowało Europę zachodnią, gdyż postawiło tamę przed nawałą rosyjskiego bolszewizmu. A rozpoczęta właśnie w pierwszym kwartale 1919 r. wojna polsko-bolszewicka ? Autor nawet się o niej nie zająknął. Może coś na ten temat będzie w tomie 2.

Reasumując, lekturę uważam jednak za godną polecenia. Przede wszystkim ze względu za mnóstwo ciekawych szczegółów historycznych, dyplomatycznych i militarnych – co prawda wybranych i przedstawionych tendencyjne, ale rzeczywistych. Nie zapominajmy przy tym o podstawowej prawdzie spostrzeganej również w oficjalnym, „mainstreamowym” przekazie historycznym. Otóż Niemcy i Austro-Węgry są powszechnie uznawane za państwa tylko współwinne wybuchu I wojny światowej. A to już jest trochę tak, jak z tym orzeczeniem rozwodu z winy obopólnej – za rozkład małżeństwa nie można winić wyłącznie jednej osoby, ponieważ ta druga również się do tego przyczyniła. Na wszelki wypadek zastrzegam, iż owo refleksyjne porównanie nie wypływa z autopsji lecz z obserwacji życiorysów moich niektórych kolegów.

No i na zakończenie o koniecznych poprawkach w tekście książki.
1.      Str. 27, wiersz 4 od góry. Wyraz „Serbii” należy zastąpić wyrazem „Syberii” (z kontekstu wynika, iż chodzi o dyslokację wojsk rosyjskich z azjatyckiej do europejskiej części Rosji).
2.      Str. 43, środek strony. Rok „191” należy poprawić na „1911”.
3.      Str. 54, wiersz 13 od dołu. Imię ambasadora „John” proszę zamienić na „George” (chodzi o George’a Buchanana).
4.      Str. 158, wiersz 1 od góry. Rok „1914” należy poprawić na „1915” (wiosną 1914 r. wojna jeszcze nawet się nie rozpoczęła).
5.      Str. 166, wiersz 17 od dołu. Błąd ortograficzny. Wyraz „użynających” należy zamienić na „urzynających” (chodzi tam o urzynanie rąk, a nie o dożynki, żęcie zboża).
6.      Str. 260, wiersz 3 od góry. Datę „3 lipca” proszę zastąpić datą „28 czerwca” (chodzi o dzień zabójstwa arcyksięcia Ferdynanda).
7.      Str. 320, środek strony. Błędnie podany rok śmierci Rasputina („1917”). 17 grudnia 1917 r. Rosją już rządzili bolszewicy. Proszę zmienić na rok „1916”.
8.      Str. 321, wiersze 10 i 11 od dołu. Treść (cyt.) „7 marca 1917 roku (…) na pięć miesięcy przed tym, jak został zamordowany w Jekaterynburgu”. Dużo dłużej. Cara Mikołaja II wraz z żoną, czterema córkami i synem, bolszewicy zamordowali w lipcu 1918 r. Powinno być: „(…) na rok i pięć miesięcy (…)”.
9.      Str. 353, wiersz 9 od góry. Rok „1917” należy poprawić na „1918” (data pierwszego i jedynego posiedzenia rosyjskiej Konstytuanty w styczniu 1918 r., rozpędzonej przez bolszewików po jednym dniu obrad; owo słynne: „Proszę już wyjść, gdyż wartownicy są zmęczeni”).
10.   Str. 413, wiersz 3 od dołu. Błąd ortograficzny. Wyraz „morze” (w kontekście władzy, która może być dana) powinien być napisany przez „ż”.
11.   Str. 467, wiersz 2 od góry. Rok „1798” proszę poprawić na „1789” (chodzi o rok wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej).

Być może coś tam jeszcze przeoczyłem. Większość ww. nieścisłości historycznych pochodzi zapewne z tekstu angielskiego, z którego dokonano tłumaczenia na język polski. Szkoda że wydawca nie opatrzył ich korygującymi przypisami. 

Dopisuję dn. 11 sierpnia 2021 r.

Leon Degrelle „Wiek Hitlera”, tom 2. „Hitler demokrata”

Wydawca KATMAR sp. z o.o., Gdańsk 2016

W powyższym tekście wspomniałem o istnieniu drugiego tomu „Wieku Hitlera”. Akurat dokończyłem tę lekturę. No, niezupełnie. Mniej więcej 80% tekstu książki przeczytałem, resztę już tylko pobieżnie przekartkowałem. I absolutnie jej nie polecam – z przyczyny wyłącznie „warsztatowej”, a nie jej „niepoprawności politycznej”. Książka jest bezczelnie tendencyjną charakterystyką osoby Adolfa Hitlera i jego działalności do roku 1937, także z wypadami w wojenną przyszłość. Wszystko co ów czynił, było usprawiedliwione i doskonałe. Psiakrew, bohater bez zmazy i skazy, chodzący ideał, bez najmniejszej wady charakteru, wszędzie i zawsze mający rację. Gdyby Degrelle pisał o wypróżnianiu się Hitlera, to zapewne też rozpływałby się z zachwytu nad kształtem, zapachem i konsystencją jego kupki. Nie cierpię takiej nachalnie hagiograficznej literatury, obojętnie komu by nie była poświęcona. Polonica w książce spotykamy nieliczne. Leon Degrelle wypowiada się o Polsce i Polakach sporadycznie i obraźliwie, m.in. kraj nasz obdarza epitetem (cyt., str. 460) „nadmiernie rozdętego bukłaku z koźlej skóry”. Na uwagę zasługują więc chyba tylko wstępne teksty „Od wydawcy” (str. 7-12) i „Sprostowanie” (str. 13 i 14), oba autorstwa p. Andrzeja Ryby. Cała reszta to nie historia (choćby i tendencyjnie przedstawiona), ale bezczelna hagiografia osoby Hitlera oraz ordynarna propaganda jego ideologii i polityki.

Troszkę się jednak w tej krytyce zagalopowałem. Obszernie i ciekawie opisany jest konflikt wewnętrzny w NSDAP, tj. pomiędzy Hitlerem a Rőhmem, radykalnie rozwiązany podczas „nocy długich noży”. Przekonywujące jest również uzasadnienie przejścia polityki Włoch na stronę Niemiec, mimo że państwa te były przeciwnikami w I wojnie światowej. Także interesujące są zamieszczone na końcu książki zapowiedzi wydawnicze KATMAR-u oraz dokumentacja fotograficzna. A szokujący podtytuł drugiego tomu jest niestety w pewnym, przewrotnym sensie prawdziwy – Adolf Hitler doszedł do władzy, objął urząd kanclerza, w sposób jak najbardziej demokratyczny. Także swoje specjalne pełnomocnictwa uzyskał w drodze ich demokratycznego przegłosowania w parlamencie.

 

 

 



czwartek, 11 kwietnia 2019

"Lenin w pociągu". Autorka: Catherine Merridale


Catherine Merridale „Lenin w pociągu”
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2017

Bardzo interesująco napisana książka – trochę esej, trochę reportaż historyczny.

Trwa I wojna światowa. Niemcy poszukują także niemilitarnych sposobów pokonania państw ententy. Myślą o wywołaniu rewolty w Rosji, co by ją przymusiło do zawarcia pokoju separatystycznego. Niemcy mogliby wtedy rzucić znaczną większość swoich sił na front zachodni. Austro-Węgry i Turcję też by to bardzo odciążyło. Są to jednak na razie tylko polityczne kalkulacje i sztabowe hipotezy.
W 1917 r. w Rosji wybucha rewolucja lutowa, zostaje obalony carat. Wielkie państwo – mimo trwającej wojny – demokratyzuje się, wręcz doznaje spazmów demokracji. Wiece, demonstracje, pochody, likwidacja cenzury, nieograniczona wolność prasy, powrót z więzień i z zesłania wszystkich więźniów politycznych.
Ale Rząd Tymczasowy kontynuuje niepopularną w społeczeństwie wojnę – jest lojalny wobec aliantów zachodnich. Po oczekiwanym zwycięstwie nad państwami centralnymi marzą mu się nawet nowe nabytki terytorialne Rosji: austriacka Galicja wschodnia (zamieszkana w znacznej części przez Rusinów) i turecki Stambuł z okolicami (wszak to starożytny Konstantynopol, o odbiciu którego z rąk Turków marzyli niemal wszyscy carowie). Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że owe rosyjskie marzenia zostałyby spełnione, gdyby tylko Rosja wytrwała w wojnie aż do listopada 1918 r., wiążąc na froncie wschodnim milionowe armie niemieckie i austro-węgierskie (niewykluczone, iż w takiej sytuacji I wojna światowa zakończyłaby się kilka miesięcy wcześniej). A tzw. sprawa polska wyglądałaby wtedy raczej beznadziejnie, alianci zachodni nie poważyliby się skrzywdzić swojego wielkiego sojusznika (ale to już zupełnie odrębny temat).

I właśnie wtedy rozpoczyna się rzeczywista tajna wojna służb specjalnych. Niemcy robią wszystko, aby wyprowadzić Rosję z wojny. Nie skąpią na to funduszy, przystają na plan podsunięty przez Aleksandra Helphanda-Parvusa, bogatego biznesmena o przeszłości rewolucjonisty. Jest to plan iście szatański, polegający na przerzuceniu do Rosji znanego radykalnego polityka – przywódcy bolszewików, dotychczas przebywającego na przymusowej emigracji w Szwajcarii. A wraz z nim około 30 innych towarzyszących osób. Ale jak to zrobić, aby uniknąć oskarżenia o dywersję – przecież będą oni musieli przejechać przez Niemcy pozostające z Rosją w stanie wojny. Zachowujemy więc pozory, pociągowi (z jednym tylko wagonem) zostaje nadany status eksterytorialności, drzwi zewnętrzne są zablokowane, a obsługa niemiecka ma w korytarzu wagonu narysowaną kredą linię, której nie wolno jej przekroczyć.
To oczywiście nie wystarczy. Lenin – aby skutecznie rozsadzić Rosję – będzie przecież potrzebował pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Masowe wydawanie bolszewickiej prasy i ulotek (w dziesiątkach i setkach tysięcy egzemplarzy) będzie bardzo kosztowne, a poza tym na pewno dojdą inne znaczne koszty logistyczne. Koszty niezbędne nie tylko w celu umożliwienia bolszewikom zdobycia władzy, ale również w celu jej skutecznego utrzymania w pierwszym okresie po przewrocie. Niemcy są jednak bogaci i hojni, a praniem ich brudnych  pieniędzy (faktycznie pochodzących z budżetu niemieckiego wywiadu) zajmą się biznesmeni Aleksander Helphand-Parvus i nasz rodak Jakub Fürstenberg-Hanecki.

Francuzi, Anglicy i sami Rosjanie nie są tym planem zaskoczeni, ale jakby go bagatelizują, w każdym razie nie przeciwdziałają na miarę swoich rzeczywistych możliwości.
Na str. 9 książki mamy mapkę z trasą podróży Lenina. Radzę do niej podczas lektury powracać. Okazuje się, że największe niebezpieczeństwo czyhało na Lenina w nadgranicznym Tornio, leżącym już po stronie fińskiej (Finlandia była wówczas autonomiczną częścią Rosji). Ów daleko na północ wysunięty punkt granicy szwedzko-fińskiej (a faktycznie szwedzko-rosyjskiej) miał wówczas znaczenie strategiczne. Przez szwedzką Haparandę i tuż obok leżące fińskie Tornio wiodła wtedy lądowa trasa komunikacyjna z państw ententy i neutralnych (w tym ze Szwecji) do Rosji. Ponieważ obszar na południe od tej granicy był już zajęty przez wojska Niemiec i Austro-Węgier.
Rosjanie mieli więc w Tornio celników, pograniczników, agentów służb specjalnych. Alianci zachodni również zainstalowali tam swoich „przedstawicieli” pilnujących, aby do Rosji nie przedostali się agenci państw centralnych i aby nie przeniknęła tam np. jakaś pacyfistyczna propaganda.

A przecież Włodzimierz Uljanow (Lenin), postać znana, bynajmniej nie podróżował incognito !!! O jego podróży przez Niemcy i Szwecję rozpisywała się ówczesna europejska prasa, a w Szwecji został przez tamtejszych socjalistów mile powitany i „kwatermistrzowsko” wspomożony. Po męczącej podróży nakarmiony, umyty i przenocowany.
Po latach znawcy historii są zgodni, że w owym odległym Tornio mogło dojść do innego pokierowania losami Europy i świata. Trwała przecież wojna. Wystarczyłby dosłownie jeden średnio sprawny komandos (rosyjski, brytyjski lub francuski) i mało znane hasło „Lenin” byłoby dziś odnajdowane w encyklopediach z adnotacją, iż przywódca bolszewików zginął w zamachu w Tornio w kwietniu 1917 r.
Wystarczyłoby też zresztą Lenina do Rosji po prostu nie wpuścić ! Był przez kilka godzin przetrzymywany („sprawdzany”, rewidowany) na przejściu granicznym w Tornio. Rosyjski funkcjonariusz najwyraźniej nie miał ochoty go przepuścić, nadaremnie jednak oczekiwał instrukcji z Piotrogrodu. Nie doczekawszy się, pozwolił Leninowi wjechać ! Dzieje się to już wszak po obaleniu caratu, Rosja to przecież teraz państwo na wskroś demokratyczne i  nie można jej obywatelowi zabronić wjazdu do ojczyzny, ani bez twardych dowodów zatrzymać go w areszcie.

Cały opis „leninowskiego” przejazdu (łącznie z przygotowaniami do niego) z Zurychu aż do Piotrogrodu autorka niezwykle ciekawie opisuje, przedstawiając dość szczegółowo także bytowo-socjalne warunki tamtej podróży. W tle mamy oczywiście politykę i wydarzenia wstrząsające ówczesną Europą – wielką wojnę (później nazwaną I wojną światową), ciężką sytuację ludności państw wojujących (szczególnie trudną w Rosji), obalenie caratu i rewolucję lutową (faktycznie marcową) w 1917 r., następujący po niej bałagan polityczno-organizacyjno-administracyjny w Rosji, a wreszcie pucz Lenina, określany jako Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa, której kolejne rocznice obchodzono 7 listopada.

Należy podkreślić, iż bez Lenina bolszewicy nie sięgnęliby zbrojnie po władzę !!! Po przyjeździe do Rosji musiał się borykać także z ich opozycją, przekonywać ich, ośmielać, przełamywać ich opory. Wkrótce jednak Lenin, jego inteligencja i energia, śmiałe marksistowskie tezy zmodyfikowane przez niego do aktualnej sytuacji w Rosji, oraz strumienie niemieckich pieniędzy (!), nadały partii bolszewickiej wielkiego politycznego dynamizmu.

Jako sympatyczną ciekawostkę należy dodać, iż pani Catherine Merridale specjalnie osobiście pokonała trasę Lenina z Zurychu do Petersburga, zatrzymując się w miejscach i budynkach (jeśli się zachowały) jego przerw w podróży. Mimo upływu 100 lat na pewno odczuwała powiew wiatru historii. M.in. zawitała do istniejącego do dziś hotelu w Malmö, w którym zatrzymali się Lenin et consortes zaraz po przybyciu z Niemiec. Indagowana przez nią kierowniczka hotelowej restauracji długo nie mogła pojąć, czyich śladów autorka szuka, o jakiego sławnego człowieka jej chodzi, a usłyszawszy nazwisko Lenin pomyliła go z Johnem Lennonem.

PS
Osoby pragnące poznać więcej szczegółów realizacji szatańskiego planu niemieckiego wywiadu mogą sięgnąć po książkę Elisabeth Heresch pt. „Jak bankierzy Zachodu finansowali Lenina” (omówioną na blogu, proszę odszukać w katalogu tej czytelni).


sobota, 30 marca 2019

„Polscy szpiedzy”. Autorzy: Sławomir Koper, Arek Biedrzycki


Sławomir Koper, Arek Biedrzycki „Polscy szpiedzy”
Wydawnictwo Bellona Sp. z o.o., Warszawa 2018

Dziś kontynuacja tematu szpiegostwo. Proponowana książka stanowi rozwinięcie scenariuszy cyklu audycji telewizyjnych poświęconych słynnym polskim agentom. Jest wzbogacona zarówno o ich autentyczne fotografie, jak i o zdjęcia aktorów z planu filmowego. Nazwisko znanego publicysty historycznego - współautora książki, oraz informacja o udziale ekspertów w tworzeniu scenariuszy, gwarantują, że nie mamy tu do czynienia z jakimś powierzchownym, „reporterskim” podejściem do tematu, lecz z rzetelnym przekazem historycznym. Autorzy kilkakrotnie przyznają, że nie wszystkie motywy i dokonania szpiegowskie bohaterów książki, jak też wątki ich biografii, zostały dotąd należycie wyjaśnione, a część zapewne pozostanie skryta na wieki. Sugerują też hipotetyczne, odbiegające od głoszonych oficjalnie, wersje motywacji wymienionych imiennie polskich szpiegów oraz ich (i niekiedy ich rodzin) możliwych dalszych losów.

W książce przeczytamy o (m.in.):
-    niesłusznej (?) ocenie dokonań wywiadowczych Jerzego Sosnowskiego przez przełożonych z II Oddziału Sztabu Głównego WP, a także o bardzo smutnym końcu jego życia,
-    „podzielności uczuć” Krystyny Skarbek, co jej długo pomagało w życiu osobistym i zawodowym, ale w końcu skończyło się dla niej tragicznie,
-    mającej podwójne, potrójne, poczwórne, itd. dno działalności agenturalnej Romana Czerniawskiego,
-    nieznanych, dotąd medialnie skrywanych aspektach prywatnego życia Ryszarda Kuklińskiego,
-    przyczynie uwolnienia w 1985 r. Mariana Zacharskiego oraz komu on to faktycznie zawdzięczał,
-    rzeczywistej motywacji i efektach agenturalnego usytuowania w RWE Andrzeja Czechowicza,
-    działalności w Niemczech polskiego „nielegała” Jerzego Kaczmarka, w tym o budzących dziś grozę perturbacjach związanych z jego „wtórnym” życiorysem,
-    funkcjonowaniu szkoły szpiegów Departamentu I MSW PRL, jej programie i absolwentach, a także o dalszych losach tychże absolwentów i zatrudnieniu ich w służbach specjalnych już III RP z dużą korzyścią dla interesów państwa.
Wartym podkreślenia szczególikiem jest dbałość autorów o „urealnienie” dochodów i wydatków bohaterów ich książki. Znane z odtajnionych dokumentów nominalne kwoty w dolarach, markach, funtach (sprzed kilkudziesięciu lat) zwaloryzowali i przeliczyli na walutę euro. Dzięki temu mamy wyobrażenie o dzisiejszej sile nabywczej pieniędzy, które otrzymywali i którymi nieraz bardzo szastali polscy szpiedzy.

Reasumując, polecam tę książkę wszystkim choć trochę interesującym się działalnością szpiegów w okresie międzywojennym, podczas II wojny światowej i następującej po niej zimnej wojnie. Osoby bardziej pasjonujące się tą tematyką mogą również sięgnąć po niedawno tu omówioną pracę Maxa Hastingsa.

Nazwiska szpiegów, wymienione przez panów Kopera i Biedrzyckiego, bynajmniej nie wyczerpują katalogu polskich agentów. Wg mnie autorzy książki (a przedtem scenariuszy) wybrali je nieco na „chybił trafił”. Szkoda że nie pomyśleli o biografiach i dokonaniach wywiadowczych choćby (przykładowo) Władysława Boczonia, Kazimierza Leskiego czy Józefa Mützenmachera. O dwóch pierwszych, jak dotąd, nie pisałem na blogu – książki im poświęcone przeczytałem bowiem sporo wcześniej niż zacząłem w Internecie dzielić się wrażeniami z lektur. Podaję jednak, aby nie być gołosłownym, ich autorów i tytuły:
-    Alfons Filar „Nasz człowiek w Abwehrze”,
-    Kazimierz Leski „Życie niewłaściwie urozmaicone. Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK”. Tom 1 i 2.
Natomiast „Biografię agenta (…)” autorstwa Bogdana Gadomskiego, poświęconą postaci Józefa Mützenmachera, omówiłem tu całkiem niedawno (w zakamarkach komputera udało mi się odnaleźć tekst recenzji napisanej kilka lat temu).
W poszukiwaniu możliwości zakupu tych książek proponuję poszperać w Internecie. Przypuszczam, iż ww. tytułami powinny dysponować również niektóre biblioteki publiczne.


czwartek, 21 marca 2019

„Moja Piątka z Cambridge”. Autor: Yuri Modin


Yuri Modin „Moja Piątka z Cambridge”
Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o., Warszawa 2015

Ową tytułową Piątkę stanowili (w kolejności alfabetycznej nazwisk):
1)     Anthony Blunt,
2)     Guy Burgess,
3)     John Cairncross,
4)     Donald Maclean,
5)     Harold “Kim” Philby.
Wyraz zaś „moja” w tytule książki oznacza, iż ww. Anglicy – agenci radzieccy są „jego”, czyli są agentami prowadzonymi przez Jurija Modina (1922-2007), funkcjonariusza KGB, później emerytowanego wysokiego oficera i autora tej książki (napisanej na początku lat 90. ub. wieku). Z kolei imię autora „Yuri” zamiast „Jurij” to efekt polskiego wydania dokonanego na podstawie tłumaczenia angielskiego.
Książkę polecam wszystkim choć trochę zainteresowanym działalnością służb specjalnych. Wartkiej i zapierającej dech w piersiach akcji szpiegowskiej raczej tu się nie spodziewajmy, może poza trzymającą w napięciu historią eksfiltracji Burgessa i Macleana (1951) i Philby’ego (1963) do ZSRR, kiedy już w zasadzie zostali zdemaskowani i groziło im aresztowanie.

Autor przedstawia w książce swój życiorys, wskazuje okoliczności podjęcia służby w NKWD. Nie unika omawiania problemów, z jakimi borykał się pracując w szpiegowskim fachu. To samo dotyczy tytułowej Piątki – zostajemy zapoznani z biografiami, charakterami, motywacjami i szczegółami pracy agenturalnej pięciu Anglików, absolwentów renomowanej uczelni, którzy służbę dla ZSRR przedłożyli ponad pracę dla ojczyzny i Rządu JKM. Początkowo z ich agenturalną działalnością Modin zetknął się tylko „zdalnie” – pracując w charakterze tłumacza i analityka wywiadu radzieckiego. Gdy później awansował do funkcji oficera operacyjnego działającego za granicą, czterech z nich poznał osobiście. Tylko z Kimem Philbym bezpośrednio spotkał się dopiero w Moskwie (wcześniej uznał to za grożące dekonspiracją).

Autor, jak przystało na emerytowanego oficera wywiadu, bardzo waży swoje wspomnienia. Nie szczędząc szczegółów biografii i opisów detali działalności szpiegowskiej agentów oraz swojej własnej, jest jednak dość ostrożny we wskazywaniu korzyści odniesionych przez ZSRR. Głównie uwypukla znaczenie służby wywiadowczej dla skuteczności działań militarnych na froncie wschodnim, oraz wyprzedzających informacji przekazywanych dyplomacji radzieckiej, co ułatwiało rokowania ZSRR z państwami zachodnimi. To drugie dotyczyło zarówno okresu wojennego, gdy Stalina zaznajamiano ze szczegółami negocjacji angielsko-amerykańskich oraz m.in. rozmów angielsko-polskich, jak też lat powojennych, gdy agenci dostarczali tajne informacje dotyczące tworzonego wtedy NATO.
Natomiast o tym, że krecia robota Kima Philby’ego umożliwiła likwidację (najczęściej w znaczeniu fizycznym) wielu angielskich agentów w Europie wschodniej, autor ledwie wspomina. W zasadzie opisuje tylko jeden podobny przypadek, dotyczący funkcjonariusza radzieckiego, który zamierzał przejść na stronę angielską. Opóźniające działanie zainicjowane wówczas przez Kima Philby’ego (gra na zwłokę) i jednoczesne poinformowanie centrali w Moskwie, pozwoliło kagebistom ująć niedoszłego zdrajcę, ze skutkiem dla niego wiadomym.

Reasumując, przekłamań ani konfabulacji w tej książce się nie dopatrzyłem. Za to przemilczeń zauważyłem całkiem sporo. Np. ani mru-mru w sprawie katastrofy (?) gibraltarskiej, w której zginął generał Władysław Sikorski. A przecież, jak się dowiadujemy z literatury przedmiotu (autorzy: Tadeusz A. Kisielewski, Dariusz Baliszewski), w tych tragicznych dniach lipca 1943 r. na Gibraltarze gościł incognito sam Kim Philby.

Natomiast jedna informacja z zakresu tzw. poloniców nie daje mi spokoju. Z naszego przekazu historycznego wiemy, że radziecki generał Iwanow (faktycznie: Sierow) wiosną 1945 r. zaprosił 16-tu przywódców Polski podziemnej na „rokowania dyplomatyczne” do Moskwy, co już od początku było fikcją – grą operacyjną NKWD obliczoną na ich aresztowanie i skazanie. Jurij Modin tego ostatniego nie kwestionuje, podaje jednak dwukrotnie (na str. 119 i 206) zupełnie inne okoliczności uwięzienia 16-tu Polaków. Mieliby oni jakoby wsiąść do samolotu udającego się do Londynu, a ów samolot został następnie przymusowo przekierowany do Moskwy.
Być może jednak nie ma sprzeczności w tych dwóch pozornie odmiennych wersjach. Może zaproszeni i przyjęci przez gen. Iwanowa nasi przywódcy polityczni i wojskowi poprosili go o umożliwienie im udania się na konsultacje do Londynu, a ten się pozornie zgodził i nawet udostępnił samolot. Albo – korzystając z radzieckiej radiostacji – poprosili Londyn o wysłanie po nich samolotu do Polski.

No i na zakończenie jak zwykle trochę pomarudzę, ani trochę nie pomniejszając kierowanej do Państwa mojej zachęty do sięgnięcia po tę książkę.
·        Na str. 17, w wierszu 12 od góry, sformułowanie „z koszarów” proszę poprawić na „z koszar” (chodzi o koszary jednostki wojskowej, w której służył ojciec autora).
·        Na str. 181 polscy tłumacze wykazali się nieznajomością pracy silników samochodowych produkowanych dawniej. Panie Piotrze i Panie Marcinie, silnik zalewał się nie wtedy, gdy zapomniano włączyć ssanie, lecz wtedy, gdy je zapomniano wyłączyć. Jako niegdysiejszy posiadacz kolejno syreny, malucha i polskiego dużego fiata pamiętam to doskonale z autopsji.
·        Na str. 249, w 1 wierszu od góry, wyraz „obaj” proponuję zastąpić wyrazem „oboje” (chodzi o małżeństwo Pietrowów).

PS
Podaną na wstępie informację o roku śmierci Modina (2007) zaczerpnąłem z Wikipedii. Przy okazji zauważyłem tam też inny, niż w dziś omawianej autobiograficznej książce, rok jego urodzin (1921). Ponieważ jednak na str. 15 książki czytamy wyraźnie „W roku 1922, kiedy przyszedłem na świat (…)”, uważam tę informację – podaną przez samego autora – za bardziej wiarygodną (z zastrzeżeniem, że nie doszło gdzieś po drodze, w oryginale i dwóch tłumaczeniach, do błędu edytorskiego).



niedziela, 10 marca 2019

„Biografia agenta. Największy agent policji politycznej II RP. Józef-Josek Mützenmacher (1903-1947)”. Autor: Bogdan Gadomski


Bogdan Gadomski „Biografia agenta. Największy agent policji politycznej II RP. Józef-Josek Mützenmacher (1903-1947)”
Wydawnictwo Tedson, Warszawa 2009

Jest to praca doktorska p. Bogdana Gadomskiego i nie czyta się jej jak powieści sensacyjnej. Za to przedstawia treści naprawdę sensacyjne, weryfikując przy okazji niektóre mity, w jakie w latach minionych obrosła historia tytułowego bohatera.
Powyższe zastrzeżenie nie oznacza, że książka jest nudna czy trudna w odbiorze. Absolutnie nie ! Czyta się ją jak np. interesujący artykuł w tygodniku społeczno-polityczno-kulturalnym.

Niektórzy historycy są zdania, że działalność Mützenmachera, agenturalnie usytuowanego w centralnych władzach Komunistycznej Partii Polski, była praprzyczyną likwidacji tej partii przez Stalina w latach 1937 i 1938. Stalin powziął bowiem przekonanie, iż takich „wtyczek” polskiego wywiadu może być więcej i „na wszelkich wypadek” polecił wykończyć wszystkich czołowych polskich komunistów przebywających wówczas w Związku Radzieckim. A tych, których tam nie było, należało z Polski i z Hiszpanii (gdzie wtedy walczyli w wojnie domowej) koniecznie ściągnąć pod byle pretekstem do ZSRR.
Wykonaniem rozkazu zajął się towarzysz Nikołaj Jeżow. Skutecznie. Prawie wszyscy polscy komuniści zostali po brutalnym śledztwie rozstrzelani, a ich rodziny (jeśli znajdowały się w ZSRR) skazano na zgnicie w łagrach. Ocaleli w zasadzie tylko ci, którzy – z racji przebywania na państwowym wikcie w polskich więzieniach – nie mogli się stawić w ZSRR na wezwanie.

Jak do tego doszło ? Skąd ten związek przyczynowo-skutkowy ?
Polski wywiad postanowił wycofać Mützenmachera ze szpiegowskiej roboty, pozorując jego śmierć na terenie dzisiejszego warszawskiego Parku Szczęśliwickiego (wówczas też był to teren rekreacyjny warszawiaków). Owa mistyfikacja była jednak skuteczna tylko do czasu. W 1934 r. w Polsce wydano demaskatorską książkę pt. „Historia Komunistycznej Partii Polski w świetle faktów i dokumentów”. Jej autor, Jan Alfred Reguła, został za wschodnią granicą prawidłowo rozpoznany właśnie jako Józef Mützenmacher. Wtedy to Stalin wyraził pogląd o powszechnej infiltracji środowiska polskich komunistów przez nasz wywiad i oddał sprawę w ręce towarzysza Jeżowa.
Czy to hipoteza słuszna? W pewnym sensie tak, chociaż – mając na względzie paranoję Stalina – niewykluczone, iż i bez tego wydałby wyrok śmierci na polskich komunistów. Podobnie jak to uczynił w odniesieniu do większości starych bolszewików – uczestników Rewolucji Październikowej, wojny domowej i twórców ZSRR.

Dzięki książce, zgodnie z jej tytułem, poznamy całą biografię Józefa Mützenamachera. Dowiemy się, w jakich okolicznościach został polskim wywiadowcą i jakie miał osiągnięcia na tym polu działalności. A następnie, jak sobie radził w realiach okupacyjnych, i o tym, że jego żydowskie pochodzenie jakoś nie przeszkadzało hitlerowcom. Po wojnie zaś udał się na „ziemie odzyskane”, gdzie wznowił działalność komunistyczną, którą przerwała nagła (naturalna) śmierć w wieku „aż” 44 lat. Niektórzy publicyści historyczni w nią nie wierzą, uważają, iż została ponownie sfingowana. Mützenamachera rzekomo widziano później w Izraelu.
Autor, koncentrując się na „zawodowych” dokonaniach tego polskiego, a następnie niemieckiego agenta, nie pomija szczegółów z jego biografii osobistej, w tym dość intensywnych i dramatycznych kontaktów z płcią piękną.

Na zakończenie pozwolę sobie wyrazić wielkie zdziwienie, iż po życiorys Józefa Mützenmachera nie sięgnął jak dotąd żaden producent filmowy. Przecież to wręcz idealny materiał na scenariusz dobrego filmu – zarazem sensacyjnego i historycznego.

PS
O tytułowym bohaterze pisali też inni autorzy. Na uwagę zasługuje tu zwłaszcza książka Jacka Wilamowskiego i Andrzeja Zasiecznego pt. „Afera Joska Mitzenmachera. Tajemnice policji politycznej”, wydana w 2006 r. przez warszawską Agencję Wydawniczą CB. Na tym blogu nie była omawiana. I już nie będzie. Uważam bowiem, że odwołanie do dysertacji doktorskiej Bogdana Gadomskiego wyczerpuje temat.


środa, 27 lutego 2019

„Tajna wojna 1939-1945. Szpiedzy, szyfry i partyzanci”. Autor: Max Hastings


Dzisiejsza i trzy następne propozycje czytelnicze dotyczyć będą „ciemnej strony mocy”, czyli działalności szpiegowskiej i agenturalnej. Tych dwóch określeń proszę nie uznawać za synonimy. „Szpiegować” bowiem można na różne sposoby. Także z wykorzystaniem techniki, czyli niekoniecznie plasując własnego człowieka w obozie przeciwnika. „Agent” zaś to już jednak konkretna osoba rozpoznająca możliwości i plany wroga, a niekiedy nawet wpływająca na nie.
Tematyka ta już nieraz gościła na blogu. Osoby nią zainteresowane mogą odnaleźć w zakładce „Katalog czytelni” moje wcześniejsze omówienia lektur dot. działalności służb specjalnych. Autorami takich książek są (wymienieni w porządku alfabetycznym nazwisk): Nicholas Booth, Grzegorz Chlasta, Stefan Dąmbski, Sylwia Frołow, Elisabeth Heresch, Bogdan Jaxa-Ronikier, Marian Kaleta, Tadeusz A. Kisielewski, Elżbieta Kowalczyk [red.], Andrzej Kowalski, Jerzy Rostkowski, Joanna Siedlecka, Robert Spałek, Wiktor Suworow, Ryszard Terlecki, Leopold Trepper, Jacek Wilamowski i Andrzej Zasieczny (współautorzy), Andrzej Witkowski, Piotr Wroński.

Max Hastings „Tajna wojna 1939-1945. Szpiedzy, szyfry i partyzanci”
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2017

Max Hastings stworzył niezwykle interesującą monografię tajnego (sekretnego i partyzanckiego) frontu drugiej wojny światowej. W latach 1939-1945, w przeciwieństwie do wcześniejszych konfliktów zbrojnych, główne działania militarne państw walczących były na szeroką skalę wspierane operacjami wywiadowczymi oraz dywersją partyzancką. Książka liczy 890 stron i choćby już ta jej objętość wskazuje na całościowe podejście do tematyki tytułowej. Czy rzeczywiście? O tym w dalszej części dzisiejszego artykułu.

Zacznijmy jednak od naprawdę przeważających pozytywów.

Najpierw o wywiadzie. Sukcesy na tym polu, czyli skuteczne rozpoznanie sił i zamiarów przeciwnika, walczące strony uzyskiwały dzięki rozszyfrowywaniu zakodowanej komunikacji radiowej (wojskowej i dyplomatycznej), działalności agenturalnej oraz uważnej analizie oficjalnych informacji podawanych za linią frontu.
Chyba nie zniechęcę do sięgnięcia po książkę Maxa Hastingsa, gdy wyprzedzająco napiszę, że autor za niekwestionowanych liderów w zakresie dekryptażu uznaje Brytyjczyków (Bletchley Park i słynna Ultra), w zakresie wywiadu agenturalnego – Rosjan, a w zakresie analityki informacji – Amerykanów.
Max Hastings wszystko to dokładnie opisuje, podając liczne przykłady. W efekcie lektura tego opracowania popularnonaukowego przechodzi chwilami w czytanie książki sensacyjnej, nie tracąc przy tym charakteru poznawczego – informacji o autentycznych wydarzeniach.

Dowiadujemy się o licznych problemach napotykanych w Bletchley Park. Odczytywanie zaszyfrowanych informacji wymagało żmudnego nad nimi ślęczenia i stosowania skomplikowanych urządzeń technicznych. Aby te informacje były dla sił zbrojnych przydatne, musiały być aktualne, tj. dostarczone im w odpowiednim czasie. Nie zawsze tak bywało, nieraz okazywały się przysłowiową musztardą po obiedzie.
Autor nie demonizuje wpływu Ultry na przebieg wojny, chociaż podkreśla jej wielkie znaczenie. Bletchley Park swoje największe dekryptażowe sukcesy zaczął odnosić dopiero w końcu 1942 r., gdy militarna przewaga aliantów już się zaczęła powoli zarysowywać (bój pod Stalingradem, lądowanie sił sprzymierzonych w Afryce).
Natomiast czytając o agentach walczących stron wkraczamy, jak już nadmieniłem, w literaturę sensacyjną. Autor nie tylko ciekawie opisuje ich wojenne dokonania i niedokonania, ale także skrótowo przedstawia nam ich życiorysy przed- i powojenne (jeśli nie zginęli). Sporo miejsca poświęca także organizacjom oraz szefom tajnych służb, odpowiednio tych szefów chwaląc bądź bezlitośnie krytykując.

Teraz nieco o tytułowych partyzantach. Max Hastings dość dokładnie charakteryzuje strukturę i działalność ruchu oporu w ZSRR oraz we Francji, Grecji i Jugosławii. Skuteczność partyzantów francuskich raczej bagatelizuje, podkreślając jednak ich osobistą ofiarność. U Greków spostrzega już chęć walki bratobójczej (słusznie, bo po wyzwoleniu doszło tam do wojny domowej). Jedynie partyzanci radzieccy i jugosłowiańscy (zwłaszcza ci pierwsi) byli w stanie powodować wymierne straty Wehrmachtu.

Jak Państwo zauważyli, na wstępie zakwestionowałem wszechstronność monografii opracowanej przez Maxa Hastingsa. Nie wiem dlaczego, ale ta książka jest niezwykle uboga w polonica. Autor jakby nas unikał, bo nie sądzę, aby nie znał polskiego udziału w II wojnie światowej. Dość obszernie tylko wskazuje (w różnych miejscach książki) na polski wkład w rozszyfrowanie enigmy, czyli zaczyn, bez którego genialny Alan Turing mógłby nie wpaść na właściwy trop. Tu Max Hastings jest obiektywny i sprawiedliwy, w przeciwieństwie do niektórych innych zachodnich publicystów historycznych.
I to w zasadzie już wszystko. O partyzantach ZWZ/AK, BCh, NSZ, czy GL/AL - ani mru, mru. Jakby w ogóle nie istnieli. Takoż prawie nic o powstaniu warszawskim. Polscy słynni szpiedzy i wywiadowcy (Władysław Boczoń, Kazimierz Leski, Krystyna Skarbek) też nie pojawiają się na kartach tej książki. Autor bąka tylko raz o zdobyciu przez naszych partyzantów pocisku niemieckiej rakiety V2 i odtransportowaniu go drogą lotniczą do Anglii. Rzeź polskiej ludności na Wołyniu w 1943 r., polski odwet i bratobójcze walki polsko-ukraińskie też autora nie interesują (mimo że analogicznym konfliktom w Jugosławii i Grecji poświęca sporo miejsca).

Teraz, na zakończenie, jeszcze o koniecznej erracie. Nie uczynił tego wydawca (przypisami), muszę więc ja.
§  Na str. 168, w 6-tym wierszu od dołu, proszę poprawić czerwiec roku 1942 na czerwiec roku 1941 (z kontekstu bowiem wynika, iż chodzi o początek wojny niemiecko-radzieckiej, a ta rozpoczęła się dn. 22.06.1941 r.).
§  Na str. 174, w wierszach 11 i 12 od góry, czytamy (cyt.) „(…) na wiosnę 1942 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny.”. Jest to chyba jakiś niedostatek polskiego tłumaczenia, bo nie wierzę, aby Max Hastings nie wiedział, że USA weszły do wojny już w grudniu 1941 r. - po japońskim ataku na Pearl Harbour i formalnym wypowiedzeniu wojny Stanom Zjednoczonym przez Niemcy. Niezmiernie spodobało mi się gdzieś przeczytane, super trafne stwierdzenie prof. Andrzeja Paczkowskiego, iż czynem tym Adolf Hitler podpisał sam na siebie wyrok śmierci.
§  Na str. 706, w wierszach 8 i 9 od góry, czytamy (cyt.) „W sierpniu 1944 roku Turcja zerwała stosunki dyplomatyczne z Niemcami, chociaż przezornie odmówiła przystąpienia do wojny.”. Autor zapomniał tu dodać, iż Turcja wypowiedziała wojnę III Rzeszy, wprawdzie dopiero w 1945 r., ale jednak.
§  Na str. 732, mniej więcej w środku strony, czytamy, że w ostatnich tygodniach wojny sto tysięcy więźniów hitlerowskiego obozu w Ravensbrück zostało – dzięki tajnym negocjacjom Schellenberga z amerykańskimi Żydami – uratowanych od zagłady. Nie wiem, skąd autor wziął tę „astronomiczną” liczbę sto tysięcy. Inne źródła podają ją na kilka tysięcy. Zakrawa to na ewidentny błąd merytoryczny lub edytorski.

Pragnę zauważyć, że te tylko cztery nieścisłości – na 890 stron książki – to naprawdę niewiele, prawie nic. Gorąco więc Państwa zachęcam do lektury książki Maxa Hastingsa. Uważam, że powinna znaleźć się w każdej bibliotece. Oczywiście także inna literatura poświęcona całościowo II wojnie światowej „coś tam” wspomina o tajnym froncie, ale tylko w formie suplementów do opisów przedsięwzięć dyplomatycznych i działań zbrojnych. Natomiast praca Maxa Hastingsa stanowi tu, jak nadmieniłem, monografię owego tajnego frontu. A że z pominięciem jego polskiego odcinka? Trudno. Wszak w naszych księgarniach i bibliotekach znajdujemy mnóstwo książek to uzupełniających.


środa, 20 lutego 2019

„Polska – Rosja. Czas wojny, czas pokoju”. Autor: Jan Kochańczyk


Jan Kochańczyk „Polska – Rosja. Czas wojny, czas pokoju”
Wydawnictwo Videograf SA, Chorzów 2014

Chciałoby się takich książek, jak dziś polecana, więcej. Jej lektura powiększy liczbę miłośników historii, może też zafascynować osoby o innych zainteresowaniach niż humanistyczne. Sugeruję, aby zalecali ją swoim uczniom nauczyciele historii szkół średnich, i to niekoniecznie licealnych.
Powyższego proszę nie zrozumieć jako deprecjacji poziomu książki. Powinni być z niej zadowoleni również „zaawansowani” znawcy historii, magistrów historii nie wyłączając. Z bardzo ważnym jednak zastrzeżeniem, o którym na końcu dzisiejszego artykułu.

Autor prowadzi czytelnika przez stulecia stosunków polsko-ruskich, polsko-moskiewskich, polsko-rosyjskich, polsko-radzieckich i znów polsko-rosyjskich. Osiem ponumerowanych rozdziałów dotyczy wydarzeń historycznych, uszeregowanych chronologicznie, natomiast wstęp oraz dwa ostatnie rozdziały („Uzupełnienia”) traktują o zagadnieniach przekrojowych, niedających się przypisać konkretnej epoce. Każdy z rozdziałów składa się z kilku krótkich i tematycznie odrębnych esejów, z których co jeden, to ciekawszy.
Autor potrafi zainteresować czytelnika. Oprócz dużej erudycji cechuje go umiejętność przelewania myśli na papier i tzw. lekkie pióro. Proszę mi teraz wybaczyć ów archaizm językowy. Dziś myśli, zanim zostaną uwiecznione na papierze, przelewa się przecież na ekran komputera, a talent piszącego powinno się określać jako posiadany przez niego dar „miękkiej klawiatury”.

Książka, jak nadmieniłem, zawiera przekrój przez stulecia. Autor ciekawie opisuje wybrane i najważniejsze wydarzenia wspólne dla historii Polski i Rosji, starając się przedstawić ich ogląd także z punktu widzenia elit rosyjskich. Najpierw czytamy więc o polityce Piastów – od wypraw wschodnich Bolesława Chrobrego poczynając, a na przyłączeniu do Polski części ziem ruskich przez Kazimierza Wielkiego kończąc. Następnie jest o czasach Jagiellonów, m.in. o tym, jak unie polsko-litewskie (jeszcze przed tą najważniejszą w 1569 r.) wciągnęły Polskę w spory terytorialne z Wielkim Księstwem Moskiewskim, wówczas tylko Moskwą (nazwa państwa) a nie Rosją. I jak później (już w czasach królów elekcyjnych) to Rzeczpospolita pozwoliła, sobie na pohybel, urosnąć owej Moskwie do rangi wielkiej Rosji – przez niekonsekwencję polskiej polityki wschodniej oraz królewski dogmatyzm religijny. Król Zygmunt III Waza wprawdzie nieźle sobie radził w doraźnych wojnach z Moskwą (miał wspaniałych hetmanów), ale zaprzepaścił szansę politycznej fuzji obu organizmów państwowych. To głównie „dzięki” niemu zamiast królewicza Władysława na tronie moskiewskim ostatecznie zasiadł Michał Romanow, założyciel dynastii, która później najbardziej przyczyniła się do osłabienia i każdego z rozbiorów Rzeczypospolitej.

Kolejne rozdziały książki traktują o naszych powstaniach narodowych, odrodzeniu się Polski 100 lat temu, polskiej polityce Lenina i Stalina, ich następców na czele ZSRR (Chruszczow, Breżniew, Gorbaczow) i następnie Rosji (Jelcyn, Putin). Autor doprowadza nas aż do roku 2014, w którym Rosja zagarnęła Krym i wszczęła tzw. wojnę hybrydową z Ukrainą. Po drodze oczywiście mamy też tragiczną katastrofę lotniczą pod Smoleńskiem dn. 10 kwietnia 2010 r.

Jak już wspomniałem, autor – nie stroniąc od polonocentryzmu (co uważam za naturalne dla każdego myślącego i piszącego po polsku) – przedstawia również obraz Polski i Polaków w oczach elit rosyjskich i tzw. przeciętnych, szarych obywateli Rosji. Jest to dla nas bardzo ważne. Z jednej strony możemy się bowiem zorientować o stopniu spustoszenia umysłów tych ludzi wielowiekową indoktrynacją polityczną i ideologiczną, z drugiej zaś – zastanowić się także nad naszą polską naturą, czy aby rzeczywiście byliśmy w historii tylko tacy niewinni, wyłącznie uciskani i ciemiężeni przez wschodniego sąsiada.

Na zakończenie muszę także, choć z wielką przykrością, zwrócić uwagę na trzy dość istotne błędy merytoryczne. Istotne m.in. dlatego, iż autor jest popularyzatorem historii, a więc może niechcący wprowadzić w błąd czytelnika nieobznajmionego z tematem.
§  Na str. 40 w wierszach 9 i 10 od dołu czytamy (cyt.) „Wschodnie zdobycze Kazimierza Wielkiego wchodziły w skład Korony aż do trzeciego rozbioru Polski (…)”. Nieprawda. Odpadły one od Rzeczypospolitej już w ramach pierwszego rozbioru. Proszę choćby zerknąć do atlasu historycznego – na mapę Polski za Kazimierza Wielkiego i na mapę I rozbioru w 1772 r.
§  Na str. 98 w wierszach 14 i 15 od dołu czytamy (cyt.) „Nastąpił drugi rozbiór ziem polskich przez Rosję, Prusy i Austrię.”. Niezupełnie tak było. Austria nie uczestniczyła bowiem w drugim rozbiorze Rzeczypospolitej w 1793 r. Potwierdzenie tego znajdziemy w dowolnym podręczniku historii Polski, obejmującym XVIII wiek.
§  Na str. 241 w wierszach 5 i 6 od dołu czytamy (cyt.) „W styczniu 1918 roku powstał oficjalnie Związek Radziecki.”. Nieprawda. ZSRR formalnie powstał dopiero w styczniu 1923 r. Wyjaśnia to m.in. prof. Antoni Czubiński w „Historii powszechnej XX wieku” (Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2011), cyt. str. 160: „Przedstawiciele poszczególnych republik zebrali się w Moskwie 30 grudnia 1922 r., uchwalili formalną uchwałę o zjednoczeniu i utworzeniu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR) oraz wybrali Centralny Komitet Wykonawczy (CKW) ZSRR, który wyłonił spośród siebie Prezydium.”.
Proponuję teraz dokonać długopisem odpowiednich (koniecznych !) poprawek w posiadanym egzemplarzu książki. A następnie ustawić ją na półce biblioteki domowej, na co zasługuje.