czwartek, 28 maja 2026

„Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku”. Autorka anonimowa

 

Anonyma „Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku”

Wydawnictwo Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2009

W Europie dobiega końca II wojna światowa. Trzydziestoletnia Niemka w dniach od 20 kwietnia do 22 czerwca 1945 r. na gorąco przelewa na papier własne obserwacje, refleksje, a przede wszystkim przeżycia, jakich ona i jej znajomi doznają w tym czasie w Berlinie. To kobieta wykształcona, do niedawna redaktorka w dużym wydawnictwie, przed wojną sporo podróżująca po Europie i znająca języki obce, w tym rosyjski na poziomie podstawowym. Panna, bezdzietna, narzeczony oczywiście na froncie. Dom, w którym wcześniej mieszkała, runął pod bombami, przeniosła się więc do małego lokalu na poddaszu w innej, ocalałej kamienicy, który użyczył jej kolega z pracy, zmobilizowany i również gdzieś teraz wojujący. Mieszkanko znajduje się na ostatnim, czwartym piętrze, zatem przebywanie w nim jest niebezpieczne ze względu na radziecki ostrzał artyleryjski. Autorka wpada do niego jedynie na krótko, głównie koczuje w piwnicy albo pomieszkuje na pierwszym piętrze u pewnej pięćdziesięcioletniej wdowy, z którą się nieco zaprzyjaźniła. 27 kwietnia tę dzielnicę Berlina zdobywa Armia Czerwona. Od tej chwili śmierć od kuli jest już mniej prawdopodobna, ale za to pojawia się nowe zagrożenie, trwające nawet kilka tygodni po kapitulacji, aż do czasu powołania cywilnej administracji miasta. Autorka, nie przedstawiając się, zmieniając też dane identyfikacyjne swoje oraz innych osób, nie owija w bawełnę i szczerze opisuje to co widzi i czuje. A zatem poznajemy:

§  Strach i ekstremalnie trudne warunki bytowania Berlińczyków, głównie kobiet, dzieci i starszych lub chorych mężczyzn (nienadających się do Volksturmu albo dezerterów z tej formacji), ukrywających się w piwnicach najpierw przed ostrzałem (skutecznie), a później przed rabunkami i gwałtami kobiet przez zwycięskich czerwonoarmistów (z reguły już nieskutecznie). Autorka charakteryzuje indywidualnie swoich sąsiadów, przedstawia ich mentalność oraz wymuszone sytuacyjnie zachowania egoistyczne. Wśród nich zdarzają się jeszcze nazistowscy doktrynerzy, którzy do samego końca wierzą w Führera – że ów w ostatniej chwili wykona jakiś efektywny manewr militarny, albo zawrze antyradziecki sojusz z aliantami zachodnimi. Bywało, że tacy najbardziej fanatyczni i prominentni hitlerowcy już wkrótce po kapitulacji Niemiec padali ofiarą sąsiedzkich donosów.

§  Rabunki i zgwałcenia niemieckich kobiet (często zbiorowe) dokonywane przez czerwonoarmistów. Różne reakcje tak potraktowanych niewiast – od wielkiej, długotrwałej, autentycznej traumy, po szybkie przejście nad tym do porządku dziennego, pogodzenie się z losem i utrzymywanie się tylko strachu przed chorobą weneryczną i niepożądaną ciążą. Cyniczne damskie żarty ze łzą w oku, że „już lepszy Rosjanin na brzuchu, niż Amerykanin czy Anglik nad głową” (to drugie nawiązywało do dywanowych nalotów bombowych). Spotykające się później panie pytały się nawzajem: „Ile razy” lub „Ilu ich było”, od razu wiedząc czego i kogo takie zapytanie dotyczy. Jedna z koleżanek autorki nawet pozycjonuje rosyjskich i niemieckich mężczyzn w hierarchii sprawnych kochanków, zdecydowane pierwszeństwo przyznając rodakom.

§  Autorka, gdy ją zgwałciło paru przypadkowych żołnierzy radzieckich, postanowiła przejąć inicjatywę, wybierając tzw. ucieczkę do przodu. Poderwała porucznika Armii Czerwonej, zapewniając sobie jego wyłączność i w ten sposób ochronę przed innymi. Gdy ów porucznik otrzymał rozkaz wyjazdu, zainteresowała sobą radzieckiego majora, który okazał się wobec niej niezwykle uprzejmy i delikatny, zaczął się nawet w niej podkochiwać. Równolegle autorka ogólnie przedstawia sylwetki czerwonoarmistów kwaterujących w Berlinie, z reguły niecywilizowanych prymitywów, choć wymienia również paru żołnierzy wykształconych, znających języki obce (z jednym radzieckim oficerem konwersuje po francusku). Przeważnie jednak w kontaktach z nimi posługuje się swoim słabym rosyjskim, który w międzyczasie znacznie podszkala, łącząc w ten sposób nieprzyjemne z pożytecznym. W razie potrzeby służy też sąsiadom za tłumaczkę.

§  Dokuczliwy brak wody, żywności, oświetlenia elektrycznego, opału, szyb w oknach. Autorka nie głoduje tylko podczas swoich romansów kolejno z porucznikiem, którego owinęła sobie wokół palca, i majorem, nad którym dominuje (tak się przechwala). Ci przynoszą jej dużo jedzenia oraz alkoholi. W tym czasie, jak pisze, wręcz się obżera, dzieląc się wiktuałami z wdową, u której wygodnie mieszka. Gdy również major otrzymuje rozkaz wyjazdu, zaopatrzenie w żywność się kończy, a wdowa odsyła autorkę do jej zrujnowanego i okradzionego lokalu na poddaszu. Nb. owa pięćdziesięcioletnia, wyglądająca młodziej wdowa też nie jest święta. Dobrowolnie kolejno ulega dwóm molestującym ją bardzo młodym żołnierzom: szesnastoletniemu Rosjaninowi Wani oraz przystojnemu Polakowi ze Lwowa. Z wojny powraca narzeczony autorki (uciekł z obozu jenieckiego), ale zaszokowany i zniesmaczony zastaną w Berlinie sytuacją niemieckich kobiet, także tej do niedawna mu najbliższej, bardzo się denerwuje i niebawem odchodzi.

§  Początki normalizacji miejskiego życia. Stopniowe uruchamianie elektrowni, gazowni i sieci wodociągowo-kanalizacyjnych. W prasie i radiu sukcesywne informowanie Niemców o ujawnianych ich zbrodniach w obozach koncentracyjnych. Rejestracja Berlińczyków w urzędach, wydawanie im kartek na żywność, wprowadzenie obowiązku pracy przy sprzątaniu i odgruzowywaniu miasta, co wobec deficytu mężczyzn dotyczy głównie kobiet. Także przymusowe zatrudnienie przy demontażu urządzeń technicznych wywożonych do ZSRR, oraz (również niedobrowolne) usługi pralnicze kobiet w koszarach radzieckich. Wynagrodzeniem jest dodatkowy, pozakartkowy posiłek. Próba powrotu autorki do pracy zawodowej w nowotworzonym wydawnictwie – tu pamiętnik się kończy, nie wiemy zatem, czy udana.

Dziennik autorki, po odpowiednim uzupełnieniu i przeredagowaniu, został anonimowo opublikowany kilka lat później. Autorkę przekonał do tego Kurt Wilhelm Marek, znany na całym świecie niemiecki pisarz, tworzący pod pseudonimem C.W. Ceram (Bogowie, groby i uczeni. Powieść o archeologii - to jego dzieło). Owe autobiograficzne wspomnienia pani Marty Hillers (imię i nazwisko wg Wikipedii, przed którą nic się nie ukryje) nabyłem dość przypadkowo w antykwariacie. Nowszych polskich wydań niż to z 2009 r. w Internecie nie zauważyłem. Powstała też niemiecka ekranizacja książki (pod niezmienionym tytułem), w 2009 r. dostępna również i u nas, owego czasu hit w polskich kinach. Nie oglądałem, jakoś mi ten film umknął.

PS.1. Pod nw. linkiem odnajdziemy życiorys autorki (tekst po angielsku, z opcją przetłumaczenia na polski, choć trochę niegramatycznie), a nawet jej fotografię:

https://en.wikipedia.org/wiki/Marta_Hillers

PS.2. Ot, takie wspomnienie mnie naszło z przełomu lat 60. i 70. ub. wieku. Ruch turystyczny pomiędzy Polską a Niemiecką Republiką Demokratyczną odbywał się wówczas na podstawie posiadania odpowiednich pieczęci w dowodach osobistych, z czego dość powszechnie korzystała młodzież obu państw, przy okazji nawiązując więzi koleżeńskie. Moi znajomi z Radomia zaprzyjaźnili się z młodym Niemcem (świeżo upieczonym absolwentem enerdowskiego uniwersytetu), którego dzięki nim też miałem okazję trochę poznać. Był on bardzo „niemiecki”, tzn. praworządny, zdyscyplinowany, dokładny i pedantyczny. W Polsce denerwowały go liczne, włóczące się po ulicach i „wróżące” Cyganki (widok dość powszechny w miastach), strasznie też go irytował fatalny stan sanitarny toalet publicznych, zwłaszcza na dworcach PKP i PKS (przypominam sobie, że trzeba było nie lada odwagi i samozaparcia, aby do nich wejść, nie mówiąc już o skorzystaniu). Posturę ów Niemiec (imienia nie pamiętam) posiadał też jak najbardziej nordycką – był wysoki, dobrze zbudowany, z lekką nadwagą (taki „miśkowaty”). Ale już aparycję miał zupełnie nieeuropejską – rysy twarzy wyraźnie azjatyckie (mongolskie, tatarskie itp.). Zażartowałem (rozmawialiśmy po rosyjsku, którego w NRD też powszechnie uczono), że być może miał jakichś odległych, wschodnich przodków, którzy po wielu pokoleniach znienacka odezwali się w jego genach. Tematu nie podjął, a ja się wtedy nie zorientowałem. Był pięć lat ode mnie starszy, a konkretnie – wywodził się z rocznika 1946.