Anonyma
„Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku”
Wydawnictwo
Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2009
W Europie
dobiega końca II wojna światowa. Trzydziestoletnia Niemka w dniach od
20 kwietnia do 22 czerwca 1945 r. na gorąco przelewa na papier
własne obserwacje, refleksje, a przede wszystkim przeżycia, jakich ona i jej
znajomi doznają w tym czasie w Berlinie. To kobieta wykształcona, do
niedawna redaktorka w dużym wydawnictwie, przed wojną sporo podróżująca po
Europie i znająca języki obce, w tym rosyjski na poziomie
podstawowym. Panna, bezdzietna, narzeczony oczywiście na froncie. Dom, w którym
wcześniej mieszkała, runął pod bombami, przeniosła się więc do małego lokalu na
poddaszu w innej, ocalałej kamienicy, który użyczył jej kolega
z pracy, zmobilizowany i również gdzieś teraz wojujący. Mieszkanko
znajduje się na ostatnim, czwartym piętrze, zatem przebywanie w nim jest niebezpieczne
ze względu na radziecki ostrzał artyleryjski. Autorka wpada do niego jedynie na
krótko, głównie koczuje w piwnicy albo pomieszkuje na pierwszym piętrze u pewnej
pięćdziesięcioletniej wdowy, z którą się nieco zaprzyjaźniła. 27 kwietnia
tę dzielnicę Berlina zdobywa Armia Czerwona. Od tej chwili śmierć od kuli jest
już mniej prawdopodobna, ale za to pojawia się nowe zagrożenie, trwające nawet kilka
tygodni po kapitulacji, aż do czasu powołania cywilnej administracji miasta. Autorka,
nie przedstawiając się, zmieniając też dane identyfikacyjne swoje oraz innych
osób, nie owija w bawełnę i szczerze opisuje to co widzi i czuje.
A zatem poznajemy:
§ Strach i ekstremalnie
trudne warunki bytowania Berlińczyków, głównie kobiet, dzieci i starszych lub
chorych mężczyzn (nienadających się do Volksturmu albo dezerterów
z tej formacji), ukrywających się w piwnicach najpierw przed
ostrzałem (skutecznie), a później przed rabunkami i gwałtami kobiet
przez zwycięskich czerwonoarmistów (z reguły już nieskutecznie). Autorka
charakteryzuje indywidualnie swoich sąsiadów, przedstawia ich mentalność oraz wymuszone
sytuacyjnie zachowania egoistyczne. Wśród nich zdarzają się jeszcze nazistowscy
doktrynerzy, którzy do samego końca wierzą w Führera – że ów w ostatniej
chwili wykona jakiś efektywny manewr militarny, albo zawrze antyradziecki
sojusz z aliantami zachodnimi. Bywało, że tacy najbardziej fanatyczni i prominentni
hitlerowcy już wkrótce po kapitulacji Niemiec padali ofiarą sąsiedzkich
donosów.
§ Rabunki i zgwałcenia
niemieckich kobiet (często zbiorowe) dokonywane przez czerwonoarmistów. Różne
reakcje tak potraktowanych niewiast – od wielkiej, długotrwałej, autentycznej
traumy, po szybkie przejście nad tym do porządku dziennego, pogodzenie się z losem
i utrzymywanie się tylko strachu przed chorobą weneryczną i niepożądaną
ciążą. Cyniczne damskie żarty ze łzą w oku, że „już lepszy Rosjanin na
brzuchu, niż Amerykanin czy Anglik nad głową” (to drugie nawiązywało do dywanowych
nalotów bombowych). Spotykające się później panie pytały się nawzajem: „Ile
razy” lub „Ilu ich było”, od razu wiedząc czego i kogo takie zapytanie dotyczy.
Jedna z koleżanek autorki nawet pozycjonuje rosyjskich i niemieckich
mężczyzn w hierarchii sprawnych kochanków, zdecydowane pierwszeństwo
przyznając rodakom.
§ Autorka, gdy ją
zgwałciło paru przypadkowych żołnierzy radzieckich, postanowiła przejąć
inicjatywę, wybierając tzw. ucieczkę do przodu. Poderwała porucznika Armii
Czerwonej, zapewniając sobie jego wyłączność i w ten sposób ochronę
przed innymi. Gdy ów porucznik otrzymał rozkaz wyjazdu, zainteresowała sobą
radzieckiego majora, który okazał się wobec niej niezwykle uprzejmy i delikatny,
zaczął się nawet w niej podkochiwać. Równolegle autorka ogólnie przedstawia
sylwetki czerwonoarmistów kwaterujących w Berlinie, z reguły niecywilizowanych
prymitywów, choć wymienia również paru żołnierzy wykształconych, znających
języki obce (z jednym radzieckim oficerem konwersuje po francusku).
Przeważnie jednak w kontaktach z nimi posługuje się swoim słabym
rosyjskim, który w międzyczasie znacznie podszkala, łącząc w ten
sposób nieprzyjemne z pożytecznym. W razie potrzeby służy też sąsiadom
za tłumaczkę.
§ Dokuczliwy brak wody, żywności,
oświetlenia elektrycznego, opału, szyb w oknach. Autorka nie głoduje tylko
podczas swoich romansów kolejno z porucznikiem, którego owinęła sobie
wokół palca, i majorem, nad którym dominuje (tak się przechwala). Ci
przynoszą jej dużo jedzenia oraz alkoholi. W tym czasie, jak pisze, wręcz
się obżera, dzieląc się wiktuałami z wdową, u której wygodnie mieszka.
Gdy również major otrzymuje rozkaz wyjazdu, zaopatrzenie w żywność się
kończy, a wdowa odsyła autorkę do jej zrujnowanego i okradzionego lokalu
na poddaszu. Nb. owa pięćdziesięcioletnia, wyglądająca młodziej wdowa też
nie jest święta. Dobrowolnie kolejno ulega dwóm molestującym ją bardzo młodym żołnierzom:
szesnastoletniemu Rosjaninowi Wani oraz przystojnemu Polakowi ze Lwowa. Z wojny
powraca narzeczony autorki (uciekł z obozu jenieckiego), ale zaszokowany
i zniesmaczony zastaną w Berlinie sytuacją niemieckich kobiet, także
tej do niedawna mu najbliższej, bardzo się denerwuje i niebawem odchodzi.
§ Początki normalizacji miejskiego
życia. Stopniowe uruchamianie elektrowni, gazowni i sieci wodociągowo-kanalizacyjnych.
W prasie i radiu sukcesywne informowanie Niemców o ujawnianych ich
zbrodniach w obozach koncentracyjnych. Rejestracja Berlińczyków w urzędach,
wydawanie im kartek na żywność, wprowadzenie obowiązku pracy przy sprzątaniu
i odgruzowywaniu miasta, co wobec deficytu mężczyzn dotyczy głównie kobiet.
Także przymusowe zatrudnienie przy demontażu urządzeń technicznych wywożonych
do ZSRR, oraz (również niedobrowolne) usługi pralnicze kobiet w koszarach
radzieckich. Wynagrodzeniem jest dodatkowy, pozakartkowy posiłek. Próba powrotu
autorki do pracy zawodowej w nowotworzonym wydawnictwie – tu pamiętnik się
kończy, nie wiemy zatem, czy udana.
Dziennik
autorki, po odpowiednim uzupełnieniu i przeredagowaniu, został anonimowo
opublikowany kilka lat później. Autorkę przekonał do tego Kurt Wilhelm Marek,
znany na całym świecie niemiecki pisarz, tworzący pod pseudonimem C.W. Ceram
(Bogowie, groby i uczeni. Powieść o archeologii - to jego
dzieło). Owe autobiograficzne wspomnienia pani Marty Hillers (imię
i nazwisko wg Wikipedii, przed którą nic się nie ukryje) nabyłem dość
przypadkowo w antykwariacie. Nowszych polskich wydań niż to
z 2009 r. w Internecie nie zauważyłem. Powstała też niemiecka ekranizacja
książki (pod niezmienionym tytułem), w 2009 r. dostępna również i u nas,
owego czasu hit w polskich kinach. Nie oglądałem, jakoś mi ten film
umknął.
PS.1. Pod nw. linkiem odnajdziemy
życiorys autorki (tekst po angielsku, z opcją przetłumaczenia na
polski, choć trochę niegramatycznie), a nawet jej fotografię:
https://en.wikipedia.org/wiki/Marta_Hillers
PS.2. Ot, takie
wspomnienie mnie naszło z przełomu lat 60. i 70. ub. wieku.
Ruch turystyczny pomiędzy Polską a Niemiecką Republiką Demokratyczną
odbywał się wówczas na podstawie posiadania odpowiednich pieczęci w dowodach
osobistych, z czego dość powszechnie korzystała młodzież obu państw, przy
okazji nawiązując więzi koleżeńskie. Moi znajomi z Radomia zaprzyjaźnili
się z młodym Niemcem (świeżo upieczonym absolwentem enerdowskiego
uniwersytetu), którego dzięki nim też miałem okazję trochę poznać. Był on bardzo
„niemiecki”, tzn. praworządny, zdyscyplinowany, dokładny i pedantyczny. W Polsce
denerwowały go liczne, włóczące się po ulicach i „wróżące” Cyganki (widok
dość powszechny w miastach), strasznie też go irytował fatalny stan
sanitarny toalet publicznych, zwłaszcza na dworcach PKP i PKS (przypominam
sobie, że trzeba było nie lada odwagi i samozaparcia, aby do nich wejść,
nie mówiąc już o skorzystaniu). Posturę ów Niemiec (imienia nie pamiętam) posiadał
też jak najbardziej nordycką – był wysoki, dobrze zbudowany, z lekką
nadwagą (taki „miśkowaty”). Ale już aparycję miał zupełnie nieeuropejską – rysy
twarzy wyraźnie azjatyckie (mongolskie, tatarskie itp.). Zażartowałem
(rozmawialiśmy po rosyjsku, którego w NRD też powszechnie uczono), że być
może miał jakichś odległych, wschodnich przodków, którzy po wielu pokoleniach znienacka
odezwali się w jego genach. Tematu nie podjął, a ja się wtedy nie
zorientowałem. Był pięć lat ode mnie starszy, a konkretnie – wywodził się
z rocznika 1946.