sobota, 29 czerwca 2019

„Tajemnice marszałka Śmigłego-Rydza. Bohater, tchórz czy zdrajca?”. Autorzy: Sławomir Koper i Tymoteusz Pawłowski


Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski „Tajemnice marszałka Śmigłego-Rydza. Bohater, tchórz czy zdrajca?”
Wydawca TIME Spółka Akcyjna, Warszawa 2019

Bardzo dobrze, że ta książka się ukazała teraz – jest ona bowiem jak najbardziej na czasie. W tym roku obchodzimy 80-tą rocznicę tragicznego Września’39, którego polskim współreżyserem był właśnie marszałek Edward Śmigły-Rydz.

Na wstępie moje konieczne zastrzeżenie. Absolutnie nie odmawiam marszałkowi wielkiego i szczerego polskiego patriotyzmu, którego dowody dawał przez całe życie – od lat młodzieńczych, czyli czasów sprzed odzyskania niepodległości poczynając, a na tragicznej i tajemniczej śmierci w 1941 r. (?) kończąc.

W tytule książki autorzy zapisali trzy możliwe cechy osobowości Śmigłego, stawiając po nich znak zapytania, mimo iż jest to w zasadzie nieortograficzne (w tytułach, spisach treści, etc., żadnych kropek, wykrzykników czy znaków zapytania nie stawia się w zakończeniu tekstu). Ale tu ów znak interpunkcyjny można uznać za konieczny – autorzy zaakcentowali w ten sposób także i swoje wątpliwości, których przecież nie rozwiali. Zaprezentowali biografię marszałka, samemu czytelnikowi pozostawiając udzielenie odpowiedzi na te trzy tytułowe zapytania.
Będąc więc jednym z licznych (mam nadzieję) czytelników książki panów Sławomira Kopera i Tymoteusza Pawłowskiego, postaram się udzielić też swojej, oczywiście bardzo subiektywnej odpowiedzi. Podpartej jednak, proszę mi uwierzyć, dużą znajomością tzw. literatury przedmiotu.

A więc po kolei.

Czy bohater?
Oczywiście, że tak. Dawał tego dowody na froncie wschodnim I wojny światowej, i później, podczas wojny polsko-rosyjskiej w latach 1919 i 1920. Nie od razu został generałem, wcześniej jako liniowy, legionowy oficer dowodził żołnierzami w okopach, zasługując na kolejne gwiazdki na pagonach. Bohaterstwem było kierowanie Polską Organizacją Wojskową, jak również udane dowodzenie odwrotem polskich wojsk spod Kijowa w 1920 r. O wszystkim tym (i nie tylko o tym) przeczytamy w popularno-naukowej książce, zredagowanej w sposób przystępny i przyciągający uwagę czytelnika.
No dobrze – bohater. Ale czy bohaterstwo, jak zresztą wiele innych atrybutów, nie posiada nieraz dwóch stron medalu? Swego czasu marszałek Piłsudski przestrzegał swoich generałów przed wariantem wojny Polski z Niemcami i ZSRR równocześnie. Wówczas – jak się wyraził – ostatnią bitwę takiej wojny stoczycie w Warszawie na Placu Saskim z szablami w dłoniach. Byłby to, przyznacie Państwo, czyn niezwykle romantyczny i bohaterski. Ale czy mądry? Twierdzę, iż absolutnie nie. Niestety, ponura przepowiednia marszałka Piłsudskiego się spełniła – tak można bowiem określić bohaterską obronę stolicy po dniu 17 września 1939 r., gdy politycznie wszystko stało się już jasne. Uważam marszałka Śmigłego-Rydza za głównego odpowiedzialnego (po stronie polskiej, oczywiście) za doprowadzenie do tamtej narodowej katastrofy. Odpowiedzialnego militarnie i politycznie. Militarnie, ponieważ – mając pod swoimi rozkazami służby wywiadowcze – nie uwzględnił ani realności sojuszu Hitlera ze Stalinem, ani faktu, iż nasi alianci zachodni już w maju 1939 r. postanowili – w przypadku ataku Niemiec na Polskę – nie spieszyć się z odciążającą nas ofensywą. Politycznie, ponieważ to marszałek Śmigły-Rydz już od stycznia 1939 r. faktycznie przejął kontrolę nad polską polityką zagraniczną, czyniąc ministra Becka wykonawcą swoich poleceń (marszałkowi dopomógł w tym prezydent Mościcki). Wiążąc się wtedy z Anglią sojuszem polityczno-wojskowym Polska postawiła na kurs konfrontacyjny z Niemcami. A przecież nie musiała. Hitler wręcz zabiegał o antyradziecki pakt z Polską.

Czy tchórz?
Oczywiście, że nie. Zarzut tchórzostwa wysuwany jest marszałkowi Śmigłemu z powodu opuszczenia walczących polskich wojsk we wrześniu 1939 r. i przekroczenia, wraz z rządem, granicy rumuńskiej. Śmigły uczynił to jednak tylko z powodu swej, jak już powyżej nadmieniłem, dużej politycznej naiwności. Liczył, że będzie równoprawnym partnerem w naczelnym dowództwie wojsk alianckich. Nie wziął tylko (bagatela!) pod uwagę braku własnych aktywów – nie dowodził już kilkoma polskimi armiami liczącymi łącznie ponad milion żołnierzy. Ponadto obecność Śmigłego we Francji przypominałaby aliantom o ich wiarołomności, a ci potrzebowali wtedy już tylko co najwyżej tzw. junior-partnera, a jeszcze lepiej – posłusznego wykonawcy (którym, w gruncie rzeczy, został generał Władysław Sikorski).
Reasumując, marszałek Śmigły-Rydz opuścił Polskę bynajmniej nie powodowany tchórzostwem, lecz błędnymi politycznymi kalkulacjami.

Czy zdrajca?
Nie stawiając kropki nad „i” autorzy piszą o względnej swobodzie poruszania się Śmigłego na Węgrzech (po ucieczce z miejsca internowania w Rumunii), o jego zamieszkaniu jesienią 1941 r. w okupowanej Warszawie w dzielnicy niemieckiej, wreszcie o dziwnym rozkazie uderzenia na Sowietów, który por. Szadkowski przywiózł gen. Andersowi od (rzekomo) Stefana Witkowskiego – tak jakby komendant Muszkieterów był władny wydać taki rozkaz głównodowodzącemu polskiego wojska w ZSRR. A przecież wcześniej porucznik Szadkowski (autorzy się mylą, jego awans na rotmistrza, czyli kapitana, nie został zatwierdzony) został osobiście odprawiony przez marszałka Śmigłego, a na linię frontu niemiecko-radzieckiego dotarł z pomocą Niemców.
A zatem – czy zdrajca? Z formalnego, „koalicyjnego” punktu widzenia – zapewne tak, choć dokumentów (tak upragnionych przez profesorów historii) na to brak. Tylko poszlaki – za to bardzo poważne z uwagi na osobę marszałka, który w latach 1940 i 1941 musiał przecież być w kręgu zainteresowań wszelkich służb wywiadowczych państw uczestniczących w wojnie. To nie jakiś tam generał, lecz marszałek – były wódz naczelny i były przywódca państwa (oficjalnie druga osoba w państwie). W wywiadach Niemiec i Węgier (a Węgry były wszak sojusznikiem Niemiec) nie pracowali durnie i na pewno nie pozwolono by Śmigłemu poruszać się swobodnie, choć incognito, po Węgrzech  i Generalnym Gubernatorstwie, gdyby ten nie podjął się realizacji jakiegoś wspólnego z Abwehrą przedsięwzięcia. Najpóźniej jesienią 1941 r. zostałby aresztowany przez Niemców, którzy wtedy odtrąbiliby swój wielki sukces (analogicznie jak to miało miejsce latem 1943 r. po aresztowaniu generała Grota). Gdyby tak więc dokładnie poszperać w archiwach węgierskich  czy niemieckich, to przypuszczam, że odpowiednie „kwity” potwierdzające proniemiecką orientację Śmigłego w 1941 r. by się odnalazły.
Ale może jednak nie zdrajca, lecz szczery polski patriota wiedziony racją stanu – tak jak ją Śmigły (i nie tylko on!) rozumiał w drugiej połowie 1941 r. Wydawało się wówczas, iż ZSRR już przegrał wojnę (radziecka kontrofensywa pod Moskwą miała miejsce dopiero w grudniu). Należało więc szybko ratować co się da, a nie skazywać polskiego narodu na degradację i biologiczne wyniszczenie. Niewykluczone, że Śmigły pragnął też w ten sposób odkupić swoją winę z 1939 r. – naprawić błąd lekkomyślnego i naiwnego przyzwolenia Anglii na wciągnięcie Polski do antyniemieckiego sojuszu.
Proponuję teraz zatrzymać się w czasie na jesieni 1941 r. i na chwilę zapomnieć o dalszym przebiegu II wojny światowej. Hitler był przecież o krok od zwycięstwa nad ZSRR. USA jeszcze nie przystąpiły do wojny. Naprawdę wiele wskazywało (nawet jeszcze w 1942 r.) na wygraną Niemiec. W takim wariancie tylko pokojowe ułożenie się z Niemcami dawało Polsce i Polakom jakieś szanse przetrwania. Oczywiście musiałoby ono zostać podparte naszym czynem zbrojnym, czyli walką u boku Wehrmachtu.

Odpowiedziawszy w ten sposób na trzy pytania, które postawili autorzy, pozwolę sobie napisać o ich książce jeszcze parę zdań. Panowie autorzy oczywiście prawidłowo określili nazwisko tytułowego bohatera (Śmigły-Rydz, a nie Rydz-Śmigły, jak błędnie stoi nawet w encyklopediach), ale już niewłaściwie to uzasadnili, tj. tylko zwyczajowym dodaniem konspiracyjnego pseudonimu. Poza tym w całej treści książki, gdy używają wyłącznie pierwszego członu nazwiska, zapisują go (niepotrzebnie) w cudzysłowie: „Śmigły”. A przecież obywatel Edward Rydz dokonał najpierw formalnego dodania pseudonimu do nazwiska, które brzmiało wówczas Rydz-Śmigły, a następnie, po latach, (również formalnego) przestawienia członów tego nazwiska, przesuwając pseudonim na miejsce pierwsze. I tak się odtąd sam podpisywał, tak też stało w oficjalnych rządowych dokumentach, co autorzy mogli sprawdzić – w przywołanej przez nich w bibliografii – pracy Marka Jabłonowskiego i Piotra Staweckiego (też omówionej na moim blogu, proszę zerknąć do katalogu tej czytelni).

Pewnego smaczku nadają lekturze fragmenty dotyczące prywatnego życia marszałka Śmigłego-Rydza, głównie te odnoszące się do jego pochodzenia oraz małżeństwa (jeśli to drugie w ogóle zostało formalnie zawarte). Ale cóż, osoby z politycznego Olimpu nie mają prawa do zachowania na zawsze intymności – w jakiś czas po ich śmierci badacze dotrą i do najbardziej prywatnych sfer ich życia. Zresztą bardzo słusznie, gdyż jest to konieczna cena sławy i popularności. Nieco treści książki autorzy poświęcili więc także osobie żony marszałka, w której był on na zabój zakochany. Jawi się ona jako femme fatale, a ich pożycie małżeńskie mogło uwzględniać również niestandardowe zachowania. Cóż, on wszak był także wysublimowanym artystą, a ona – energiczną, wyemancypowaną i atrakcyjną kobietą. Gdyby tak jeszcze, celem rozwikłania ich słodkich tajemnic, można by było wykorzystać wehikuł czasu i nająć detektywa Damiana Petrowa z paradokumentalnego serialu „Zdrady” w TV Polsat Cafe… Żartuję oczywiście.

W zakończeniu książki autorzy apelują o dokonanie ekshumacji zwłok marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza z grobu na warszawskich Powązkach, w celu wyjaśnienia przyczyny jego zgonu (podobnie jak to miało miejsce w roku 2009 w odniesieniu do generała Władysława Sikorskiego). Pomysł bardzo dobry – z zastrzeżeniem, iż taka ekshumacja nie została już wcześniej (po wojnie) przeprowadzona przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, z pogwałceniem administracyjnych procedur (brak formalnej decyzji, zwłoki mogły zostać później podmienione lub w ogóle niezwrócone do grobu).

Osoby, które w miarę regularnie zaglądają do tego blogu, wiedzą, że osoba marszałka Śmigłego-Rydza oraz wrzesień 1939 r. to tematy bardzo mnie interesujące i dość często tu podejmowane. Oprócz zatem gorąco dziś Państwu polecanej książki Sławomira Kopera i Tymoteusza Pawłowskiego, oraz już powyżej wspomnianego opracowania Marka Jabłonowskiego i Piotra Staweckiego, nadmieniam, że warto także sięgnąć po - wcześniej tu omówione - lektury autorstwa Marka Gałęzowskiego, Radosława Golca, Grzegorza Górskiego, Cezarego Leżeńskiego, Roberta Michulca, Marco Patricelliego, Tymoteusza Pawłowskiego, Jerzego Rostkowskiego, Władysława Studnickiego, Pawła Wieczorkiewicza, Lecha Wyszczelskiego i Piotra Zychowicza (wymienieni w porządku alfabetycznym wg nazwisk). Ich opisy można łatwo odnaleźć korzystając z katalogu tej naszej czytelni książek historycznych.

I jeszcze kilka moich grymasów edytorskich (choć nie tylko).

Str. 74, wiersz 5 od góry. Wydaje mi się, iż rzekł tak nie ambasador angielski, lecz francuski minister spraw zagranicznych, i nie po stłumieniu powstania styczniowego, lecz listopadowego („Porządek znów panuje w Warszawie”).

Str. 180, wiersze 1 i 2 od dołu, cyt. „W Warszawie miano świadomość, że w razie wojny z III Rzeszą, Polskę zaatakuje Rosja (…)”. 
Oj, oj, oj, gdyby taką świadomość rzeczywiście miano… (!!!) Panie Sławomirze i Panie Tymoteuszu, że też aż tak się Wam „wypsnęło”!!! Chyba że mieliście Panowie na myśli tylko Władysława Studnickiego, Stanisława Cata-Mackiewicza, Stanisława Swianiewicza , i jeszcze paru rozsądnych polskich obywateli. W takim razie - przepraszam.

Str. 199, wiersz 11 od dołu. W sformułowanie (cyt.) „związany z etosem polskim” wkradł się błąd logiczny. Najpewniej chodzi tu o element etniczny, a nie o „etos”. Być może autorzy napisali „etnos”, co przez redaktora wydawnictwa zostało uznane (słusznie) za niegramatyczne i poprawione (już niesłusznie, bo nielogicznie) na „etos”.

Str. 211, wiersz 4 od góry. Wyraz „demilitaryzacji” należy zastąpić wyrazem „remilitaryzacji”. Chodzi tam przecież o remilitaryzację Niemiec w drugiej połowie lat 30-tych.

Str. 269, cały dolny akapit. Autorzy piszą o ew. wypowiedzeniu przez Polskę wojny Sowietom w następstwie ich agresji dn. 17 września 1939 r. Uważam, że dużo by wtedy zależało od dyplomatycznej redakcji tekstu oświadczenia Rządu i Prezydenta Rzeczypospolitej. Nie musiałoby przecież paść tam sformułowanie „o wypowiedzeniu wojny”, lecz „o zaistnieniu stanu wojny” – na skutek radzieckiej agresji, niczym przez Polskę niesprowokowanej. Przecież Hitler też napadł na Polskę nie wypowiedziawszy wojny, to Polska ogłosiła istnienie stanu wojny z Niemcami, ale przecież nikt w Europie (poza Goebbelsem) ani przez chwilę nie uznał nas za agresora.

Str. 275, wiersze 9-12 od dołu. Już powyżej napisałem, iż to mrzonki Śmigłego. Powinien był przewidzieć, a przynajmniej choćby poważnie rozważyć, nierealność transferu rządu, swojej osoby i oddziałów wojskowych przez Rumunię do Francji. Nie był wszak tylko politykiem. Jako naczelny wódz miał pod sobą wojskowe służby wywiadowcze. Podlegały mu również, poprzez psio mu posłusznego premiera, służby tzw. cywilne (policyjne). 


czwartek, 20 czerwca 2019

„Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego”. Autorzy: Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski


Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski „Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego”
Wydawca Agora S.A., Warszawa 2013

Książkę polecam wszystkim osobom zainteresowanym służbami specjalnymi PRL - działającymi zagranicą w ostatnim już dwudziestoleciu Polski Ludowej. Poznajemy bardzo specyficzny odcinek służby wywiadu MSW - przygotowanie i funkcjonowanie kadrowych oficerów wywiadu, kierowanych do innych państw pod tzw. operacyjnym przykryciem, niemającym nic wspólnego z ich rzeczywistym statusem. To „nielegałowie”, których w razie wpadki nie ochroni immunitet dyplomatyczny. Trafią na długie lata do więzienia i ewentualnie mogą tylko liczyć na uwolnienie w ramach późniejszej wymiany szpiegów.

Tomasz Turowski (ur. 1948) został właśnie takim nielegałem. Zwierzchnicy określili jego predyspozycje (intelektualne, psychiczne i fizyczne) jako pasujące do podjęcia działalności w zakonie Jezuitów. Wstąpił do zakonu, złożył trzy śluby zakonne, jednak bez tego najważniejszego, czwartego, bez przyjęcia święceń kapłańskich. Uczył się i pracował tam, gdzie go skierował zakon - najpierw w Watykanie, później we Francji. Równolegle utrzymywał łączność i wykonywał polecenia służbowe przekazywane mu z Departamentu I MSW (czyli wywiadu tzw. cywilnego, w odróżnieniu od wywiadu wojskowego, usytuowanego w strukturze MON).

Intelektualista, ze zdolnościami lingwistycznymi. Jeszcze w kraju, przed podjęciem służby operacyjnej, ukończył Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Krakowie, uzyskując z wynikiem bardzo dobrym tytuł magistra filologii rosyjskiej. Studia zagraniczne, na które został skierowany przez Jezuitów, dodatkowo go wzbogaciły intelektualnie, wręcz uduchowiły. I o ile wstąpił do zakonu jako osoba niewierząca, to po latach wystąpił z niego już jako wierzący katolik.

W 1985 r. nagle przerywa obydwa nurty swojej działalności. Występuje z zakonu Jezuitów oraz bez wiedzy przełożonych (!!!) porzuca służbę operacyjną we Francji i powraca do kraju.

Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski dali książce celny podtytuł „Prawda Turowskiego”. Zweryfikować tę „prawdę” mogłyby, a i to zapewne nie do końca, tylko wyjaśnienia jego przełożonych – tych z zakonu Jezuitów, i tych z ul. Rakowieckiej w Warszawie. Także bowiem tę swoją ostatnią „operacyjną” decyzję z 1985 r. bohater książki tłumaczy bardzo subiektywnie - rozterkami duchowymi i obiekcjami moralnymi. A ja po prostu przypuszczam, że we Francji zaczął mu się palić grunt pod nogami - faktycznie, albo takiego błędnego przekonania nabierał. Zainteresował się nim kontrwywiad francuski, o czym p. Turowski parokrotnie wspomina. Obawiając się aresztowania oraz przypuszczając, że przełożeni z MSW nie wyrażą zgody na wystąpienie z zakonu i opuszczenie Francji, postawił ich przed faktem dokonanym.

Książkę czyta się jednym tchem, bo jest to powieść szpiegowska, aczkolwiek w specyficznej formie dziennikarskiego wywiadu - rzeki. Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski ciągną Tomasza Turowskiego za język, nie pozwalając mu na przemilczenia niewygodnych faktów. Zarazem jednak pan oficer wywiadu zna granice swojej wylewności i niekiedy odmawia odpowiedzi interlokutorom. Postępuje tak również jako dżentelmen, nie wypowiada się bowiem publicznie na temat wątków damsko-męskich, obecnych przecież w życiu tego młodego wówczas mężczyzny.

Książkę przeczytać warto, zwłaszcza że w przekazie publicznym funkcjonowało sporo mitów nt. Tomasza Turowskiego. Główną przyczyną powstania owych mitów jest okoliczność, iż Tomasz Turowski był w 2010 r. polskim dyplomatą w Rosji i pamiętnego dnia 10 kwietnia 2010 r. oczekiwał na lotnisku w Smoleńsku na Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Wierzący w owe mity mają więc teraz okazję dowiedzieć się (z ostatniego rozdziału książki), że i sam Tomasz Turowski był pierwotnie na projektowanej liście pasażerów prezydenckiego tupolewa - miał w czasie lotu do Smoleńska przedstawić Prezydentowi RP najbardziej aktualną, zwięzłą informację nt. sytuacji w Rosji. Ale ponieważ chętnych na ów lot było więcej, więc dla pana Turowskiego ostatecznie zabrakło miejsca na pokładzie samolotu.


niedziela, 9 czerwca 2019

„My, dzieci komunistów. Mówią: Jasińska-Bierutówna, Fejgin, Smolar, Holland, Skalski, Grudziński, Titkow”. Autorka: Krystyna Naszkowska


Krystyna Naszkowska „My, dzieci komunistów. Mówią: Jasińska-Bierutówna, Fejgin, Smolar, Holland, Skalski, Grudziński, Titkow”
Wydawca Czerwone i Czarne Sp. k., Warszawa 2019

Krystyna Naszkowska przeprowadziła ciekawe rozmowy – wywiady z ww. osobami opowiadającymi o życiu swoim i rodziców. Wspólną cechą ich rodziców była jeszcze przedwojenna przeszłość komunistyczna (przynależność do KPP i jej przybudówek) oraz żydowskie (poza Bierutem) pochodzenie. Późniejsze, powojenne losy też były podobne – rodzice wzięli udział w instalacji i utrwaleniu władzy ludowej, choć na różnych szczeblach hierarchii. Bierut na najwyższym, pozostali reprezentowali co najwyżej tzw. drugi garnitur prominentów Polski z nadania Stalina.
Do czasu. Jerzy Skalski zmarł nagle w 1947 r., Bolesław Bierut nie przeżył słynnego XX Zjazdu KPZR (1956 r.), Anatol Fejgin na fali odwilży październikowej dostał w 1957 r. wyrok 12 lat więzienia (odsiedział 8), pozostali padli ofiarą systemu, który wcześniej współtworzyli. Byli represjonowani, najpóźniej po marcu 1968 r. pozbawiono ich eksponowanych stanowisk, z czym wiązało się odjęcie wszystkich przywilejów, w tym także zmuszenie do zamiany mieszkań na sporo mniejsze i już nie tak wygodne.

Tytułowe dzieci nie poszły w ślady rodziców (w tym kontekście książkę p. Naszkowskiej można traktować jako przeciwstawienie publikacjom o „resortowych dzieciach”, jakich ukazało się kilka w ostatnich latach). Mało tego – młodzieńcza działalność niektórych mogła się przyczynić do skrócenia karier rodziców, być wygodnym usprawiedliwieniem antysemickich, pomarcowych czystek (1968 r.). Większość pozostała w opozycji wobec systemu PRL, także aktywnie się w działalność opozycyjną angażując i ponosząc tego surowe życiowe konsekwencje.

Rozmówcy autorki skrótowo przedstawili pochodzenie dziadków i rodziców, opowiedzieli o swoich relacjach z nimi, a następnie skupili się już na własnych biografiach – od wczesnego dzieciństwa aż po rok 2018. Są to osoby żyjące, niektóre bardzo znane, zasłużone i popularne (Agnieszka Holland, Ernest Skalski, Aleksander Smolar). Niniejszy blog jednak dotyczy historii, nie teraźniejszości. Nie zamierzam więc przedstawiać ich subiektywnych charakterystyk, które – w zależności od poglądów osoby to czytającej – byłyby uznane za kontrowersyjne. Tym bardziej, że część tytułowych „dzieci” w rozmowie z autorką nie stroni od wyrażania opinii nt. aktualnej sytuacji politycznej, co jednym czytelnikom ogromnie się spodoba, innym – już mniej albo nawet wcale. Przebieg kampanii oraz wyniki niedawnych wyborów do Parlamentu Europejskiego potwierdziły przecież ogromną polaryzację poglądów.

Po książkę zapewne sięgną przeróżni czytelnicy, także ci młodsi, być może będący nieco na bakier ze znajomością najnowszej historii. Zapewne z myślą o nich autorka przystępnie zredagowała (na str. 408-427) „Krótki słowniczek”, od którego tacy czytelnicy koniecznie powinni rozpocząć lekturę. Bardzo im to pomoże w prawidłowym zrozumieniu niektórych wątków biograficznych zarówno samych rozmówców p. Naszkowskiej, jak i ich rodziców.


niedziela, 2 czerwca 2019

„Snajperzy. Najniebezpieczniejsi zabójcy w historii”. Autorzy: Craig Cabell, Richard Brown


Craig Cabell, Richard Brown „Snajperzy. Najniebezpieczniejsi zabójcy w historii”
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o., Warszawa 2015

Dziś będzie o snajperach: historycznie i współcześnie. Podmiotowo i przedmiotowo.

Najpierw podmiotowo – czyli kim byli oraz kogo celnymi strzałami wyeliminowali z grona osób żywych.
Przeczytamy:
-    o zastrzeleniu angielskiego generała Simona Frasera przez amerykańskiego żołnierza Timothy’ego Murphy’ego w bitwie pod Saratogą (1777 r.) podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych,
-    o zastrzeleniu angielskiego admirała Horatio Nelsona przez nieznanego francuskiego marynarza w bitwie morskiej pod Trafalgarem (1805 r.),
-    o dopiero początkach znaczenia i doceniania roli snajperów podczas I wojny światowej,
-    o ważnej już ich roli podczas II wojny światowej, w tym także o pojedynkach snajperskich,
-    o sianiu spustoszenia wśród atakujących żołnierzy alianckich przez niemieckich strzelców wyborowych, broniących wiosną 1944 r. klasztoru Monte Cassino; pozwolę tu sobie zacytować wybrane fragmenty z rozdziału 7 pt. „Monte Cassino: Stalingrad aliantów zachodnich”:
str. 110 „Wkrótce straty po stronie aliantów wzrosły do prawie 4000 Amerykanów i 4400 Brytyjczyków. Jedną z głównych przyczyn tak ogromnych strat była skuteczność niemieckich snajperów.”;
str. 114 i 115 „Po odniesieniu koszmarnych strat alianci zaprzestali ataków, ale najbardziej zawzięta jednostka – polski 2. Korpus nie dawała Niemcom chwili wytchnienia. Polacy odnieśli wreszcie zwycięstwo tam, gdzie zawiodła reszta sił alianckich, i zdobyli klasztor. Chociaż operacja ta trwała zaledwie dwa tygodnie, lista zabitych była bardzo długa, głównie za sprawą niemieckich snajperów, metodycznie eliminujących kolejnych polskich żołnierzy próbujących wspiąć się na wzgórze. (…) 18 maja 1994 r. cała Polska świętowała 50. rocznicę jednego ze swych największych zwycięstw nad Niemcami podczas II wojny światowej. (…) … odbyła się ceremonia upamiętniająca 1100 polskich żołnierzy, którzy oddali życie podczas zdobywania klasztoru w maju 1944 r.”;
-    o zabójstwie amerykańskiego prezydenta Johna Kennedy’ego (1963 r.), raczej nie przez Lee Harveya Oswalda,
-    o szaleńczo-bandyckich wyczynach „waszyngtońskiego snajpera” (2002 r.) – z oddali i z ukrycia zostało zastrzelonych 13 osób,
-    o udziale snajperów w zbrojnym konflikcie izraelsko-palestyńskim, dotąd niezakończonym.

Angielscy autorzy podkreślają duże znaczenie snajpera na polu walki. Może on wybiórczo likwidować najcenniejszych żołnierzy przeciwnika (dowódców, łącznościowców, operatorów sprzętu specjalistycznego), a także siać panikę w szeregach wroga – mimo pewnego oddalenia od linii frontu i braku ostrzału artyleryjskiego żołnierze będą się bali wyjść na otwartą przestrzeń.
Przeczytamy także krótki wywiad ze współczesnym snajperem (anonimowym) oraz z pisarzem Davidem L. Robbinsem, amerykańskim autorem książek o walkach na froncie wschodnim II wojny światowej (na kanwie jednej z nich oparto scenariusz znanego filmu pt. „Wróg u bram”).

Jeśli zaś chodzi o przedmiotowe podejście do tytułowego tematu, autorzy opisują taktykę działań snajperskich – ich trudne i nieraz długie przygotowania do oddania tylko jednego skutecznego strzału (wybór miejsca, sposoby maskowania się), a następnie bezpiecznej ewakuacji. Dużo dowiemy się też o sprzęcie – karabinach i amunicji, zarówno tych już historycznych, jak i używanych współcześnie.
Tym czytelnikom, którzy nie mieli osobistego kontaktu z bronią, czy w ogóle z wojskowością, doradzam rozpoczęcie lektury od zamieszczonego na końcu książki (str. 271-284) alfabetycznego „Wykazu terminów strzeleckich”. Dowiedzą się m.in. czym się różni broń samopowtarzalna od powtarzalnej, oraz rewolwer od pistoletu.

Reasumując, książka, o której piszę dzisiaj, powinna zainteresować miłośników historii, a już na pewno –historii wojskowości, jak też miłośników militariów. Powinni po nią również sięgnąć młodzi mężczyźni pragnący zostać zawodowymi wojskowymi.
Autorzy książki nadmieniają również o kobietach z bronią w ręku. Proszę mi wybaczyć, ale nie mam przekonania do bojowej przydatności pań w mundurach, zwłaszcza na pierwszej linii pola walki. A zdarzające się tu wyjątki tylko potwierdzają regułę, iż białogłowom nie przystoi wojować orężem.

Osoby, które chciałyby bliżej, dokładniej poznać przebieg służby wojskowej i losy jakiegoś konkretnego snajpera, mogą przeczytać autobiograficzne wspomnienia Brunona Sutkusa pt. „Snajper. Z frontu wschodniego na Syberię” (już omówione na blogu, proszę zerknąć do katalogu) oraz książkę Albrechta Wackera pt. „Snajper na froncie wschodnim. Wspomnienia Josefa Allerbergera”. Tej drugiej książki jeszcze nie przeczytałem – stoi na półce biblioteki domowej i czeka na swoją kolejność. Oczywiście z czasem też i o niej tu napiszę.


sobota, 11 maja 2019

„Żydzi 2. Opowieści niepoprawne politycznie IV”. Autor: Piotr Zychowicz


Piotr Zychowicz „Żydzi 2. Opowieści niepoprawne politycznie IV”
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2018

Podobnie jak w pierwszej części „Żydów”, także i tu autor zamieszcza wywiady ze znanymi naukowcami (w tym izraelskimi) oraz własne eseje historyczne, zarówno wcześniej opublikowane (teraz: w wersji rozszerzonej), jak i te z szuflady (czy raczej z zakamarków dysku komputera).
Wszystkie owe teksty są arcyciekawe, napisane z pasją, a ja zachodzę w głowę, jak to jest: nie podzielam poglądów politycznych (tych na współczesność) autora, a mimo to zaczytuję się jego książkami. Wszystkie bowiem Pana Piotrowe publikacje książkowe już są omówione na blogu. Proszę zerknąć do katalogu tej naszej czytelni.

Autor (podobnie jak zresztą i ja) nie jest ani antysemitą, ani filosemitą, ani semitą. W Żydach widzi normalnych ludzi, wraz z ich wszystkimi zaletami i wadami. Oczywiście wie i podkreśla, że historia ten naród niesamowicie doświadczyła. Europejski antysemityzm ewoluował od dyskryminacji i lokalnych pogromów aż po zbrodniczy Holokaust, który zagroził biologicznemu istnieniu Żydów europejskich i niestety ta groźba została w znacznej mierze spełniona.

Książka (488 stron) jest podzielona na 9 części, zawierających łącznie 59 krótkich rozdziałów. Choćby tylko zasygnalizowanie treści ich wszystkich zajęłoby tu za dużo miejsca (oraz Państwa czasu), subiektywnie więc i wybiórczo skupię się tylko na tematyce najbardziej interesującej.

§  Getto w Warszawie a getto w Łodzi. Różne oblicza tej samej tragedii.
§  Dylematy żydowskich policjantów w gettach.
§  „Afera Hotelu Polskiego” (str. 339-348). To jednak nie było tak, jak oglądaliśmy w serialu historycznym pt. „Czas honoru”. Niemcy nie okazali się aż tak (w tym przypadku) perfidni, jak to przedstawiono w scenariuszu serialu, zapewne opartym na powojennych relacjach. Taki wniosek można wysnuć po przeczytaniu owego rozdziału książki, a ja jedynie piszę o ustaleniach autora. Poprzedzające zdanie zamieściłem z tzw. ostrożności procesowej.
§  Działalność żydowskiej agentki Gestapo („Piękna Stefa z Gestapo”; str. 358-368), której udało się przeżyć wojnę, uniknąć odpowiedzialności i dożyć spokojnej starości w USA.
§  Holokaust „paneuropejski - przemysłowy” (śmierć w komorach gazowych osób wywiezionych do hitlerowskich obozów śmierci) i „lokalny” (masowe rozstrzeliwania ludności żydowskiej w miejscowościach zamieszkiwania lub pobliskich). Obydwa nie czyniły wyjątków nawet dla kobiet w ciąży i niemowląt.
§  Żydzi z obozowego Sonderkommando towarzyszący rodakom w ich ostatniej drodze życiowej.
§  Zróżnicowana postawa polskich „granatowych” policjantów wobec ludności żydowskiej.
§  Polscy Sprawiedliwi wśród Narodów Świata (także ci liczni anonimowi, nieodznaczeni medalem), polscy obojętni (niekoniecznie tylko ze strachu) i polskie kanalie (też, niestety).
§  Tragiczny los Raula Wallenberga w czeluściach Łubianki.
§  Współczesny terroryzm islamski i historyczny izraelski.
§  Współczesny nacjonalizm izraelski w wydaniu niektórych tamtejszych „kiboli”.
§  Sukcesy, ale i porażki (blamaż) izraelskich służb specjalnych.
§  Współcześni śmiertelni wrogowie państwa Izrael i Żydów w ogóle.

Prawda, że to wszystko bardzo interesujące? Mam nadzieję, że pytam tylko retorycznie.

No i na zakończenie, jak zwykle, nieco pogrymaszę. Choćby tylko na dowód, że całą tę książkę dokładnie przeczytałem.
§  Ne str. 74 w wierszu 7 od góry wyrazy „październik 1945” proszę poprawić na „październik 1944”.
§  Na str. 127 w wierszu 2 od dołu czytamy „starsza Izraelka”. Czy nie powinno być raczej „starsza Izraelitka”? Chodzi o Żydówkę z Libii.
§  Na str. 268 w wierszu 5 od dołu zadziałał chochlik drukarski (jest „obwieszenia” zamiast „obwieszczenia”).
§  Takoż na str. 463 w wierszu 8 od dołu wkradł się chochlik drukarski (jest „na granicy prawda” zamiast „na granicy prawa”).
§  Na str. 466 w pierwszym akapicie od góry autor zastosował niesamowity skrót myślowy: „Został on [Menachem Begin] aresztowany w Wilnie przez NKWD i wywieziony na Syberię, gdzie wstąpił do polskiego wojska.”. Aż tu się prosi o przynajmniej dwa zdania traktujące o represjach i wywózkach w głąb ZSRR polskich obywateli po dn. 17 września 1939 r., zakończonych (nie wobec wszystkich) dopiero po podpisaniu układu Sikorski-Majski latem 1941 r. i utworzeniu polskiej armii w ZSRR, dowodzonej przez gen. Władysława Andersa.

PS
Następnego wpisu na blogu proszę spodziewać się dopiero na początku czerwca. Wkrótce bowiem wyjeżdżam na ok. 3 tygodnie w Bieszczady, gdzie będę starał się nie korzystać z technicznych osiągnięć cywilizacji (poza korzystaniem z urządzeń łazienki oraz obsługą samochodu i smartfonu).


wtorek, 30 kwietnia 2019

„Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”. Autor: Martin Pollack


Martin Pollack „Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011

Przenieśmy się w czasie do ostatniego ćwierćwiecza wieku XIX. A terytorialnie – do austrowęgierskiej Galicji. Na wsiach i w miasteczkach bieda aż piszczy (z głodu). Poza tym panuje analfabetyzm i towarzysząca mu zatrważająca ciemnota. Także antysemityzm. Autor to wszystko dość plastycznie, z powołaniem źródeł, opisuje.

Wśród tej biedoty – ciemnoty uwijają się naganiacze linii okrętowych, otrzymujący wynagrodzenie ryczałtowe „od łebka”. A ubodzy Polacy, Rusini, Słowacy, Żydzi dają się omamić mirażem dobrobytu i lekkiej pracy za oceanem. Wystarczy tylko sprzedać nędzny dobytek, opłacić podróż, podpisać (najczęściej krzyżykiem) odpowiednie kwity i … w drogę do Ameryki.
Oszukiwani, a w zasadzie bezczelnie okradani, są przez cały czas. Agenci przewozowi żerują na ich naiwności i głupocie wynikającej z braku choćby najbardziej elementarnego wykształcenia. Administracja Galicji usiłuje to zwalczać. Martin Pollack opisuje starania jednego nieprzekupnego urzędnika, któremu udaje się nawet doprowadzić do procesu sądowego oszustów i wyzyskiwaczy (m.in. akta tej sprawy posłużyły autorowi do napisania książki). Ów prokurator Ogniewski to jednak tylko pozytywny wyjątek. W administracji galicyjskiej panuje korupcja, wielu urzędników zostało wpisanych na „listy płac” towarzystw okrętowych.

Skąd się wziął tytułowy „cesarz Ameryki”? Ależ to bardzo proste. Skoro Austrią (i należącą do niej Galicją) włada cesarz, to przecież w dalekiej Ameryce też musi panować jakiś ichni cesarz, który zgadza się na przyjmowanie kolejnych, imiennie wskazywanych imigrantów, oczywiście za dodatkową opłatą. To tylko jedno z całego morza oszustw osób pośredniczących w transferze za ocean. O wielu pozostałych, nieraz równie bezczelnych co pomysłowych, przeczytacie Państwo sami.

I biedni ludzie, sterroryzowani i oszukani kilkakrotnie jeszcze przed wejściem na statek, w końcu wypływają do tej wymarzonej Ameryki. Podróżują w niezwykle trudnych warunkach, stłoczeni pod pokładem.
A na miejscu czeka ich upokarzająca procedura przyjmowania imigrantów, potem nowi oszuści żerujący na nieświadomych niczego przybyszach, a wreszcie ciężka i niebezpieczna praca w charakterze robotników w fabrykach, hutach i kopalniach, gdzie tzw. BHP nikt się nie przejmuje.

Niejako uzupełniającą częścią książki są rozdziały dotyczące tragicznej sytuacji młodych, biednych i niewykształconych kobiet, często jeszcze nastolatek. Autor przedstawia drastyczne, quasi legalne sposoby pozbywania się małych dzieci przez matki, których nie stać na ich utrzymanie. Otrzymujemy także opis handlu „delikatnym mięsem” – dziewczętami kaptowanymi niby do pracy za granicą, a faktycznie do burdeli. Proceder ten usiłuje zwalczać (nawet z pewnym powodzeniem) galicyjski policjant Krzywanowski, którego dokumenty urzędowe również po latach posłużyły za kanwę tej książki.

Reasumując, lektura jest wstrząsająca. Dużo się z niej też dowiedziałem. Oczywiście już wcześniej miałem spore pojęcie o dziewiętnastowiecznej, przysłowiowej nędzy galicyjskiej i masowej emigracji za ocean. Informacje o tym otrzymywaliśmy przecież na lekcjach historii i języka polskiego (utwory Sienkiewicza, Konopnickiej, i in.). Ale o takich wstrząsających szczegółach owego procederu emigracyjnego to jednak nie miałem pojęcia.

Na zakończenie drobna, konieczna errata. Na str. 26 w wierszach 6 i 5 od dołu, sformułowanie „o związkach związkowych” należy zastąpić wyrazami „o związkach zawodowych”.

PS
Jako pewne uzupełnienie dzisiejszego artykułu proponuję Państwu tekst pt. „Poszukiwanie przodków - emigrantów do USA”, mojego autorstwa (proszę odszukać w katalogu tej czytelni).


sobota, 20 kwietnia 2019

„Wiek Hitlera”, tom 1 i 2. Autor: Leon Degrelle


Szanownym moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę – z okazji Świąt Wielkiejnocy – przede wszystkim dużo zdrowia i pogody ducha. Czyli tego, co najbardziej Wam niezbędne.

Leon Degrelle „Wiek Hitlera”, tom 1
Wydawca KATMAR sp. z o.o., Gdańsk 2016

Na wstępie konieczne zastrzeżenie. Występujący w tytule książki Adolf Hitler, także zaprezentowany na okładce (zdjęcie portretowe), na pewno zmyli oczekiwania czytelnika. Na 495 stronach książki autor poświęca mu bodajże tylko jedno zdanie, pisząc, iż należał do milionów niemieckich żołnierzy frontu zachodniego I wojny światowej.

Leon Degrelle (1906-1994), z jednej strony gorliwy katolik (twórca belgijskiej partii Chrystus Rex), z drugiej zaś wielbiciel Hitlera (jako wysoki oficer SS dowodził na froncie wschodnim II wojny światowej belgijską ochotniczą dywizją Waffen SS), napisał własną historię I wojny światowej – poczynając od przedstawienia kulisów zamachu na arcyksięcia Ferdynanda (1914), a kończąc na konferencji pokojowej w Wersalu (1919).
Jego obszerny esej historyczny jest wybitnie tendencyjny. Państwa centralne, w szczególności wilhelmińskie Niemcy, jawią się jako ofiary spisku francusko-rosyjskiego, do którego rychło dołączyła Wielka Brytania oraz następnie (w 1917 r.) Stany Zjednoczone. Natomiast Niemcy bynajmniej nie zamierzały wojować! Latem 1914 r., gdy Francja i Rosja już podejmowały nieodwracalne, militarne decyzje strategiczne, cesarz Wilhelm II oraz niemieccy najwyżsi politycy i dowódcy wojskowi beztrosko sobie urlopowali. Mało tego – także później, w trakcie trwania wojny, Niemcy pozytywnie reagowały na amerykańskie propozycje zaprzestania działań zbrojnych i tylko uporowi Francji i Anglii należy „zawdzięczać” kontynuację frontowej rzezi. Taki jednostronny przekaz historyczny otrzymujemy.

Książkę tę polecam zatem osobom, którym już nieobca jest znajomość historii powszechnej pierwszego dwudziestolecia XX wieku. Zapoznają się teraz (dodatkowo) z jej interpretacją przez zagorzałego germanofila – z jego racjami, których nie musimy i nie powinniśmy podzielać, ale dobrze jest je znać. Natomiast osoby, które o I wojnie światowej wiedzą tylko, iż takowa była, niech lepiej tę lekturę odłożą do czasu aż poznają bardziej obiektywnie napisaną jej historię. Podpowiadam tu m.in. monografię prof. Andrzeja Chwalby pt. „Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914-1918”, nie tak dawno omówioną na moim blogu.

To w takim razie dlaczego warto sięgnąć po książkę Leona Degrelle’a ?
Ano dlatego, że dzięki niej możemy poznać wiele szczegółów z zakresu dyplomacji jawnej i tajnej (z uwzględnieniem korupcji dyplomatycznej) oraz wojskowości, na ogół pomijanych w „mainstreamowych” opracowaniach dotyczących genezy i przebiegu I wojny światowej. Przykładowo: dowiadujemy się, kim był, skąd się wziął i jak ważną rolę w przystąpieniu USA do wojny odegrał „pułkownik” Edward House. A także, jak zwycięzcy obradujący w Wersalu byli bardzo niekompetentni w kwestiach geograficznych, etnicznych i historycznych, oraz jak spędzali tam swój wolny czas -  m.in. w ramionach licznie przybyłych do Paryża bezpruderyjnych, luksusowych rumuńskich pań do towarzystwa. Zerknijmy w tym momencie do atlasu historycznego i popatrzmy na przyrost terytorialny Rumunii po I wojnie światowej. 

Poza tym, ja osobiście jak dotąd nie natrafiłem (może jeszcze zbyt mało czytam książek historycznych) na lekturę tak szczegółowo opisującą rewolucję marksistowską w Niemczech w latach 1918 i 1919, jej genezę, przebieg i stłumienie. Rewolucję, która zdaniem autora miała szanse powodzenia, zaprzepaszczone tylko brakiem w Niemczech przywódców kalibru Lenina czy Trockiego, przedkładających ponad przedłużającą się agitację – zdecydowane działanie. Leon Degrelle, jakkolwiek będący ideologicznym wrogiem marksizmu-leninizmu, chyli czoło przed samym Leninem – jego inteligencją, przebiegłością, twardym charakterem i zdecydowaniem. Docenia przeciwnika.
Ale jednak Leon Degrelle nie postawił tu kropki nad „i”. Nie napisał bowiem, iż to sami Niemcy upletli sobie bat na własną dupę instalując w 1917 r. Lenina w Piotrogrodzie oraz wyposażając go w aktywa umożliwiające dokonanie i utrwalenie przewrotu październikowego. Rok później to już ambasador Rosji w Niemczech zaczął finansowo wspierać rewoltę komunistyczną, na której czele stali też emisariusze z bolszewickiej Rosji. Zauważamy tu hipokryzję autora: rewolucja w Niemczech jest wielkim złem, które opisuje i piętnuje, natomiast wcześniejsze przyczynienie się Niemiec do przewrotu bolszewickiego w Rosji było tylko wojenną, smutną koniecznością. Leon Degrelle usprawiedliwia Niemcy, które chciały – zawierając pokój z rządem Lenina – zlikwidować swój front wschodni i przerzucić wojsko na zachód, zanim jeszcze na kontynencie pojawi się armia Stanów Zjednoczonych.

Przez kartki książki przeziera również antysemityzm autora – w Żydach (i masonach) widzi ukrytych sprawców najpierw doprowadzenia do wojny światowej, później klęski państw centralnych, wreszcie wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji, na Węgrzech i w Niemczech. Głównie dostrzega żydowskich radykalnych rewolucjonistów. Tak jakby wśród tej nacji nie było osób o innej orientacji politycznej, w tym szczerych niemieckich i austrowęgierskich patriotów. A także światowej sławy naukowców, twórców i artystów, tylko niekiedy sympatyzujących z bolszewikami.
Nie negując istnienia dużego odsetka przywódców komunistycznych pochodzenia żydowskiego, pragnę więc zauważyć, iż Leon Degrelle analogicznie powiela tu nielogiczność prymitywnego ludowego antysemityzmu. Żydzi zabili Pana Jezusa. Oczywiście, że tak. (Akurat obchodzimy rocznicę Jego męczeńskiej śmierci i zmartwychwstania). Ale przecież sam Jezus Chrystus (w Jego ludzkiej naturze), Jego Matka i wszyscy Apostołowie oraz pierwsi chrześcijanie też byli Żydami.

Zastanawiając się nad dokonanym przez Leona Degrelle’a wyborem drogi życiowej, mając zwłaszcza na względzie jego gorliwy katolicyzm, dziwi mnie jego atencja wobec Adolfa Hitlera, nieskrywającego swego antychrystianizmu. To, co dla Degrelle’a  (i wszystkich chrześcijan) powinno być kanonicznym przekazem oraz świętością, niemiecki Führer nieraz określał wprost bluźnierczo. Możemy o tym przeczytać m.in. w „Niemcach (…)” Piotra Zychowicza (część V pt. „Lewicowa III Rzesza”, rozdział 3 pt. „Ostateczne rozwiązanie kwestii chrześcijańskiej”), książce już omówionej na blogu. Owo niechętne, złośliwe, wręcz wrogie podejście Hitlera do chrześcijaństwa jakoś nie odstręczało Degrelle’a  i jemu podobnych od ścisłej, ochotniczej kolaboracji z III Rzeszą.

Poloniców w tej książce jest jak na lekarstwo. Problemu Polski jako państwa wyłaniającego się z powojennej zawieruchy autor w ogóle nie analizuje, kilka razy tylko wymienia nas „w rządku” razem z Czechosłowacją i innymi nowo powstałymi państwami. No i z przekąsem zauważa, że artysta, światowej sławy kompozytor Ignacy Paderewski, został premierem rządu Polski. Niezwykle obszernie użalając się nad stratami terytorialnymi Niemiec na rzecz Francji, autor również, ale tylko jednym zdaniem (na str. 489), piętnuje odebranie Niemcom naszych ziem Wielkopolski, Pomorza i Górnego Śląska. Aż mi się wierzyć nie chce. Czy aby na pewno polskie tłumaczenie książki jest wierne z oryginałem ? Jakieś wyjaśnienie powinna tu przynieść lektura tomu 2, traktującego o okresie międzywojennym. Zobaczymy, czy i jak obszernie zostanie w nim zaprezentowany wątek polski.
Treść tomu 1 w zasadzie kończy się na podpisaniu układu pokojowego w Wersalu, ale autor kilkakrotnie czyni też aluzje do przyszłych wydarzeń i wyciąga wnioski historyczne. Dość obszernie i ciekawie (jak już wspomniałem) opisując rewolucję w Niemczech w latach 1918 i 1919, stwierdza, iż jej stłumienie uratowało Europę zachodnią, gdyż postawiło tamę przed nawałą rosyjskiego bolszewizmu. A rozpoczęta właśnie w pierwszym kwartale 1919 r. wojna polsko-bolszewicka ? Autor nawet się o niej nie zająknął. Może coś na ten temat będzie w tomie 2.

Reasumując, lekturę uważam jednak za godną polecenia. Przede wszystkim ze względu za mnóstwo ciekawych szczegółów historycznych, dyplomatycznych i militarnych – co prawda wybranych i przedstawionych tendencyjne, ale rzeczywistych. Nie zapominajmy przy tym o podstawowej prawdzie spostrzeganej również w oficjalnym, „mainstreamowym” przekazie historycznym. Otóż Niemcy i Austro-Węgry są powszechnie uznawane za państwa tylko współwinne wybuchu I wojny światowej. A to już jest trochę tak, jak z tym orzeczeniem rozwodu z winy obopólnej – za rozkład małżeństwa nie można winić wyłącznie jednej osoby, ponieważ ta druga również się do tego przyczyniła. Na wszelki wypadek zastrzegam, iż owo refleksyjne porównanie nie wypływa z autopsji lecz z obserwacji życiorysów moich niektórych kolegów.

No i na zakończenie o koniecznych poprawkach w tekście książki.
1.      Str. 27, wiersz 4 od góry. Wyraz „Serbii” należy zastąpić wyrazem „Syberii” (z kontekstu wynika, iż chodzi o dyslokację wojsk rosyjskich z azjatyckiej do europejskiej części Rosji).
2.      Str. 43, środek strony. Rok „191” należy poprawić na „1911”.
3.      Str. 54, wiersz 13 od dołu. Imię ambasadora „John” proszę zamienić na „George” (chodzi o George’a Buchanana).
4.      Str. 158, wiersz 1 od góry. Rok „1914” należy poprawić na „1915” (wiosną 1914 r. wojna jeszcze nawet się nie rozpoczęła).
5.      Str. 166, wiersz 17 od dołu. Błąd ortograficzny. Wyraz „użynających” należy zamienić na „urzynających” (chodzi tam o urzynanie rąk, a nie o dożynki, żęcie zboża).
6.      Str. 260, wiersz 3 od góry. Datę „3 lipca” proszę zastąpić datą „28 czerwca” (chodzi o dzień zabójstwa arcyksięcia Ferdynanda).
7.      Str. 320, środek strony. Błędnie podany rok śmierci Rasputina („1917”). 17 grudnia 1917 r. Rosją już rządzili bolszewicy. Proszę zmienić na rok „1916”.
8.      Str. 321, wiersze 10 i 11 od dołu. Treść (cyt.) „7 marca 1917 roku (…) na pięć miesięcy przed tym, jak został zamordowany w Jekaterynburgu”. Dużo dłużej. Cara Mikołaja II wraz z żoną, czterema córkami i synem, bolszewicy zamordowali w lipcu 1918 r. Powinno być: „(…) na rok i pięć miesięcy (…)”.
9.      Str. 353, wiersz 9 od góry. Rok „1917” należy poprawić na „1918” (data pierwszego i jedynego posiedzenia rosyjskiej Konstytuanty w styczniu 1918 r., rozpędzonej przez bolszewików po jednym dniu obrad; owo słynne: „Proszę już wyjść, gdyż wartownicy są zmęczeni”).
10.   Str. 413, wiersz 3 od dołu. Błąd ortograficzny. Wyraz „morze” (w kontekście władzy, która może być dana) powinien być napisany przez „ż”.
11.   Str. 467, wiersz 2 od góry. Rok „1798” proszę poprawić na „1789” (chodzi o rok wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej).

Być może coś tam jeszcze przeoczyłem. Większość ww. nieścisłości historycznych pochodzi zapewne z tekstu angielskiego, z którego dokonano tłumaczenia na język polski. Szkoda że wydawca nie opatrzył ich korygującymi przypisami. 

Dopisuję dn. 11 sierpnia 2021 r.

Leon Degrelle „Wiek Hitlera”, tom 2. „Hitler demokrata”

Wydawca KATMAR sp. z o.o., Gdańsk 2016

W powyższym tekście wspomniałem o istnieniu drugiego tomu „Wieku Hitlera”. Akurat dokończyłem tę lekturę. No, niezupełnie. Mniej więcej 80% tekstu książki przeczytałem, resztę już tylko pobieżnie przekartkowałem. I absolutnie jej nie polecam – z przyczyny wyłącznie „warsztatowej”, a nie jej „niepoprawności politycznej”. Książka jest bezczelnie tendencyjną charakterystyką osoby Adolfa Hitlera i jego działalności do roku 1937, także z wypadami w wojenną przyszłość. Wszystko co ów czynił, było usprawiedliwione i doskonałe. Psiakrew, bohater bez zmazy i skazy, chodzący ideał, bez najmniejszej wady charakteru, wszędzie i zawsze mający rację. Gdyby Degrelle pisał o wypróżnianiu się Hitlera, to zapewne też rozpływałby się z zachwytu nad kształtem, zapachem i konsystencją jego kupki. Nie cierpię takiej nachalnie hagiograficznej literatury, obojętnie komu by nie była poświęcona. Polonica w książce spotykamy nieliczne. Leon Degrelle wypowiada się o Polsce i Polakach sporadycznie i obraźliwie, m.in. kraj nasz obdarza epitetem (cyt., str. 460) „nadmiernie rozdętego bukłaku z koźlej skóry”. Na uwagę zasługują więc chyba tylko wstępne teksty „Od wydawcy” (str. 7-12) i „Sprostowanie” (str. 13 i 14), oba autorstwa p. Andrzeja Ryby. Cała reszta to nie historia (choćby i tendencyjnie przedstawiona), ale bezczelna hagiografia osoby Hitlera oraz ordynarna propaganda jego ideologii i polityki.

Troszkę się jednak w tej krytyce zagalopowałem. Obszernie i ciekawie opisany jest konflikt wewnętrzny w NSDAP, tj. pomiędzy Hitlerem a Rőhmem, radykalnie rozwiązany podczas „nocy długich noży”. Przekonywujące jest również uzasadnienie przejścia polityki Włoch na stronę Niemiec, mimo że państwa te były przeciwnikami w I wojnie światowej. Także interesujące są zamieszczone na końcu książki zapowiedzi wydawnicze KATMAR-u oraz dokumentacja fotograficzna. A szokujący podtytuł drugiego tomu jest niestety w pewnym, przewrotnym sensie prawdziwy – Adolf Hitler doszedł do władzy, objął urząd kanclerza, w sposób jak najbardziej demokratyczny. Także swoje specjalne pełnomocnictwa uzyskał w drodze ich demokratycznego przegłosowania w parlamencie.