niedziela, 19 marca 2017

"Wielka Gra". Autor: Leopold Trepper

Dziś też o rówieśniku Klemensa Rudnickiego, Aleksandra Wata i Stefana Witkowskiego. Ale już nie na polskim szlaku. Bynajmniej. Chociaż autor – narrator również się uważał (do czasu) za obywatela polskiego.

Leopold Trepper „Wielka Gra”.
Wydawnictwo Stapis, Katowice 2012.

Tytułowa „Wielka Gra” to nazwa operacji kontrwywiadowczej Sonderkommando (specjalnej grupy) SS i Gestapo, prowadzonej w latach 1942-1945 przeciwko wywiadowi radzieckiemu. Uczestniczył w niej Leopold Trepper realizujący w ramach tej operacji swoją „małą grę”. Najpierw czynił to będąc niemieckim więźniem, a później, po ucieczce w 1943 r., działając w Paryżu w konspiracji. „Wielka Gra” miała pomóc hitlerowskim Niemcom w wyplątaniu się z wojny na dwóch frontach poprzez zawarcie separatystycznego pokoju bądź to z aliantami zachodnimi, bądź z ZSRR. I właśnie dzięki Trepperowi wywiad radziecki prawie od razu zorientował się co do rzeczywistego celu owej operacji.

Leopold Trepper (1904-1982), polski Żyd z Nowego Targu, międzynarodowy komunista i agent radzieckiego wywiadu wojskowego, założył w okupowanych krajach Europy zachodniej organizację wywiadowczą nazwaną przez Niemców „Czerwoną Orkiestrą” („Rote Kapelle”), przekazującą moskiewskiej centrali ważne informacje militarne i ekonomiczne. Już jednak w 1942 r. Niemcy dokonali masowych aresztowań członków Czerwonej Orkiestry, łącznie z jej „Wielkim Szefem” (czyli właśnie Leopoldem Trepperem), ukrywając jednakże ów fakt w tajemnicy. Aresztowani albo zostali zgładzeni, albo zgodzili się wejść w role tzw. podwójnych agentów dezinformujących Moskwę. Trepper również w ten sposób ocalił życie, jakkolwiek postanowił pokrzyżować szyki „opiekującemu się” się nim Sonderkommando. I to mu się w znacznej części udało.

Książka stanowi autobiografię Leopolda Treppera, a rozdziały poświęcone tytułowej „Wielkiej Grze” są tylko jej częścią, choć oczywiście najważniejszą. Poznajemy również jego dzieje przedwojenne (w Polsce, Austrii, Palestynie, Francji i ZSRR) oraz powojenne (w ZSRR i Polsce), aż do wyjazdu z Polski na Zachód w 1973 r., i następnie do Izraela.
W 1945 r. ów radziecki as wywiadu powrócił do ZSRR, a tam potraktowano go diametralnie inaczej niż się spodziewał. Marzył o połączeniu się, po wieloletniej rozłące, z rodziną, a tymczasem …
Okres lat 1945-1954 autor spędził w radzieckich więzieniach, skazany – jakżeby inaczej – za szpiegostwo. Całkowicie zrehabilitowany został w 1954 r. (w rok po śmierci Stalina), a pobyt w więzieniu zaliczono mu do … okresu służby wojskowej. Miał już jednak dość Kraju Rad i przypomniał sobie, że formalnie wciąż jest obywatelem Polski. Wyjechał więc z rodziną do Polski. Tu przez ok. 10 lat żyło mu się nieźle - „odcinał kupony” zasług swej kombatanckiej przeszłości, zaangażował się też w życie społeczno-kulturalne mniejszości żydowskiej. Aż do antysemickiej hecy w PRL w końcu lat 60-tych XX w., podczas której skutecznie obrzydzano mu życie, ale wyjechać z Polski długo nie pozwalano. Za dużo bowiem widział i wiedział.

Na temat „Czerwonej Orkiestry” i jej „Wielkiej Gry” ukazało się na Zachodzie dużo publikacji, w sporej części później zdezawuowanych i wyśmianych przez samego Leopolda Treppera. Czy były ich polskie przekłady – nie wiem, nie czytałem. Do czasu omawianej lektury miałem o organizacji i jej szefie tylko dość ogólne pojęcie.
Pierwsze (francuskie) wydanie autobiografii Treppera nastąpiło w 1975 r., a jej polskie tłumaczenie dopiero w 2012 r. (właśnie to, tu i teraz omawiane).

Dzięki autobiografii głównego bohatera poznajemy dużo szczegółów z jego bujnego życia (także osobistego) oraz całą (?) prawdę o akcjach szpiegowskich, w których uczestniczył. Ten znak zapytania w nawiasie wynika z zadumy i refleksji, czy wyznania szpiega zmuszonego pełnić rolę podwójnego agenta są w 100% wiarygodne, czy czegoś np. nie przemilczał bądź celowo nie przeinaczył. Sam Trepper przedstawia się jako ideowy komunista - internacjonalista, żołnierz na tajnym antyfaszystowskim froncie. W tym kontekście nie zgadza się z określaniem go jako szpiega. Wielokrotnie podkreśla także swą narodowość żydowską i jest zwolennikiem kulturalno-oświatowej autonomii żydowskiej w państwach europejskich. Wprost o tym nie pisze, ale pełna asymilacja Żydów do kultury krajów ich zamieszkiwania jest mu raczej nie w smak.

Książkę czyta się z dużym zainteresowaniem, jest to bowiem w znacznej mierze opowieść (ale nie powieść) szpiegowska, momentami wręcz pasjonująca. W tle opisywanych sensacyjnych (a zarazem historycznych) wydarzeń autor ukazuje też schizofrenię służb specjalnych, zarówno radzieckich, jak i hitlerowskich. Te pierwsze posuwają się aż do zbrodni na swoich oficerach, żeby tylko ukryć, zatuszować własny brak profesjonalizmu. Te drugie mają wręcz ideologicznego bzika na punkcie antysemityzmu. Starają się przekonać przełożonych w Berlinie, a także samego Leopolda Treppera (!!!), iż bynajmniej nie jest on Żydem. Ściągają w tym celu pseudonaukową komisję antropologiczną, która – po dokonaniu oględzin i pomiarów głowy Treppera – wydaje orzeczenie, iż jest on czystej krwi aryjczykiem. Trepper to neguje, a jako koronny argument wskazuje fakt swojego obrzezania. Hitlerowcy jednak i na to znajdują „logiczne” wyjaśnienie. Oficjalnie stwierdzają, że to wywiad radziecki dokonał obrzezania Treppera przed wysłaniem go jako swojego agenta jeszcze w latach 20-tych do Palestyny, w celu uwiarygodnienia go w oczach tamtejszej społeczności żydowskiej.

O paru drobnych usterkach edytorskich zauważonych w książce poinformowałem wydawnictwo e-mailem.


niedziela, 12 marca 2017

"Wszystko co najważniejsze...". Autorka: Ola Watowa

I ponownie Aleksander Wat. Już pośmiertnie, piórem żony.

Ola Watowa „Wszystko co najważniejsze...”.
Wyd. AGORA SA, Warszawa 2011.

Książka wstrząsająca – z zastrzeżeniem, że się wcześniej przeczytało „Mój wiek” Aleksandra Wata (o którym również niedawno tu napisałem kilka akapitów).

Żona Aleksandra Wata komentuje, kontynuuje i uzupełnia „pamiętnik mówiony” męża. Dzięki temu poznajemy dalsze losy rodziny Watów w radzieckim „raju” w latach 1943-46, a następnie w powojennej Polsce - szybko przekształcającej się w Bierutowską PRL. Potem pani Watowa opowiada o okolicznościach emigracji na zachód, ich życiu we Włoszech, USA i Francji, postępującej i nieuleczalnej chorobie męża, wreszcie o jego samobójczej śmierci (kończącej wielkie cierpienie powodowane tą chorobą).

Tak - opowiada. Książka bowiem powstała w następstwie nagranych rozmów autorki z Jackiem Trznadlem i pierwsze wydania posiadały właśnie taki zapis w podtytule. Później jednak... A zresztą, oddajmy głos samej autorce, (cyt., str. 287):
„Obecnie jednak zażądał on zmian w tekście, na które w swoim sumieniu i w imię prawdy nie mogłam się zgodzić – w razie braku mej zgody domagając się usunięcia swoich pytań i swego nazwiska. W tej sytuacji zwróciłam się do (...) o przekształcenie książki z dialogu w monolog. Tekst jest autoryzowany.”.

Jakich zmian domagał się Jacek Trznadel od autorki - nie wiem, nie jestem krytykiem literackim. Musiały być one chyba jednak poważne, skoro je odrzuciła w imię sumienia i prawdy.

Reasumując, książka Oli Watowej poświęcona jest jej mężowi - Aleksandrowi Watowi i, jakkolwiek bardzo subiektywnie, prezentuje jego życiowy nonkonformizm. Bo Aleksander Wat rzeczywiście był przez całe swoje życie nonkonformistą - może poza krótkim okresem lwowskim, jesienią 1939 r. i zimą 1939/1940. Napisałem „może”, ponieważ jego polityczny i dziennikarski flirt z radziecką okupacją był na tyle słaby, że nie uchronił go przed aresztowaniem przez NKWD (w jednym miejscu i czasie wraz z Władysławem Broniewskim - słynna lwowska restauracyjna prowokacja).
Później, po latach, obaj (Broniewski i Wat) powrócili do powojennej Polski. Wat również mógł, podobnie jak jego przyjaciel, wybrać rolę pieszczoszka nowego ustroju. Ale konsekwentnie odmawiał, mimo otrzymywanych propozycji. A gdy nadarzyła się okazja, opuścił kraj wraz z rodziną.

Po przeczytaniu „Mojego wieku” wziąłem do ręki odpowiedni tom dwunastotomowej, bardzo starannie wydanej Wielkiej Encyklopedii Powszechnej” z lat 60-tych ub. wieku. Hasło „Wat Aleksander” tam nie figuruje. System PRL się w ten sposób zemścił, skazując Wata na przemilczenie i zapomnienie. Na szczęście okazało się, że nieskutecznie.


niedziela, 5 marca 2017

„Mój wiek. Pamiętnik mówiony”. Tom 1 i 2. Autor: Aleksander Wat

A teraz coś dla koneserów. Uczta intelektualna. Podczas niej w dalszym ciągu przebywamy „na polskim szlaku”. Aleksander Wat (1900-1967) to przedstawiciel tego samego pokolenia, co poprzednio tu wspomniani Stefan Witkowski (1903-1942) i Klemens Rudnicki (1897-1992). Jakże odmienne były jednak ich drogi życiowe i jak odmiennie się pokończyły. Za wyjątkiem lat 1940-1941, kiedy to i Aleksander Wat, i Klemens Rudnicki, przebywali w radzieckich więzieniach. Wat miał wtedy mniej szczęścia – z tiurmy wyszedł dopiero po amnestii będącej rezultatem układu Sikorski-Majski. I wkrótce potem znów do niej trafił.

Aleksander Wat „Mój wiek. Pamiętnik mówiony”. Tom 1 i 2.
Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2012.

Ależ to wielkie wyzwanie – recenzować dwa tomy „Mojego wieku” Aleksandra Wata. Wszak to znany publicysta – literat (poeta i pisarz), krytyk i tłumacz literacki. A ja to zwykły pożeracz książek, literaturoznawca tylko wybiórczo-domorosły, o zainteresowaniach przede wszystkim historycznych. Przyznaję, że oprócz „Mojego wieku” nic, jak dotąd, jego autorstwa nie przeczytałem.
Skoro jednak sam sobie narzuciłem obowiązek wieńczenia każdej lektury artykułem na jej temat w Internecie, to konsekwentnie powinienem napisać kilka akapitów informacji i osobistych refleksji odnośnie także i tej książki.

Zgodnie z tytułem - jest to pamiętnik mówiony. Pierwotny tekst nagrywają na taśmie magnetofonowej Czesław Miłosz i Ola Watowa (żona Aleksandra Wata), oni też inspirują autora do kolejnych wypowiedzi. Później oczywiście odtwarzany tekst ulega edytorskiej obróbce, charakteru monologu jednak nie zatraca (poza rozdziałami XXIII, XXIV i częścią XXV, autorsko zredagowanymi przez samego Aleksandra Wata). Powodem owego unikalnego sposobu powstawania książki jest zły stan zdrowia autora, uniemożliwiający mu już samodzielne jej napisanie.
Aleksander Wat opowiada Czesławowi Miłoszowi swoje dzieje - przedwojenne, potem w okupowanym przez ZSRR Lwowie, następnie o miesiącach spędzonych w radzieckich więzieniach we Lwowie, Kijowie, Moskwie i Saratowie, wreszcie o wyjściu na wolność i pracy dla delegatury ambasady rządu emigracyjnego Polski w ZSRR. Tu szczegółowa narracja się kończy, choć z wcześniejszych dygresji dowiadujemy się, że po zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z polskim rządem emigracyjnym Wat został ponownie aresztowany, a z ZSRR powrócił do Polski dopiero w 1946 r.

Właśnie – z dygresji. Cały monolog Wata obfituje w dygresje, wypowiadane głównie gdy mu się coś przypomina lub gdy pragnie omawiane akurat zagadnienie szerzej naświetlić. A są to dygresje przeróżnej natury: historycznej, socjologicznej, psychologicznej, filozoficznej, krytyki literackiej, a nawet osobistych uprzedzeń i animozji wobec konkretnie wymienionych osób. W zależności od zainteresowań czytelnika - jedne takie „odejścia od tematu” mogą nużyć i irytować, ale inne będą bardziej pasjonować niż konkretny temat omawiany w danej chwili.

Po książkę bezwzględnie powinny sięgnąć osoby interesujące się literaturą piękną i (lub) historią.

Aha - jeszcze bardzo ważna informacja. W dwóch tomach znajdziemy - oprócz pamiętnika mówionego Aleksandra Wata - także wiele wyjaśniającą przedmowę Czesława Miłosza oraz ciekawe współczesne recenzje (nie zawsze pozytywne). Przeczytamy też korespondencję dotyczącą najpierw perypetii związanych z pierwszym wydaniem książki, a później kontrowersji odnośnie jej treści.
Ale tego już Aleksander Wat nie dożył. Umarł śmiercią samobójczą w 1967 r. (w wieku 67 lat).


niedziela, 26 lutego 2017

„Na polskim szlaku. Wspomnienia z lat 1939-1947”. Autor: Klemens Rudnicki

Książka również z Muszkieterami w tle. Powodzenie ucieczki z niemieckiej niewoli w 1939 r. i pierwszych kroków w konspiracji autor zawdzięczał Stefanowi Witkowskiemu. Czego nie kryje, choć o działalności Witkowskiego wyraża się najpierw z niechętnym uznaniem, a później z dezaprobatą.

Klemens Rudnicki „Na polskim szlaku. Wspomnienia z lat 1939-1947”.
Wydawnictwo LTW, Łomianki 2016.

Klemens Rudnicki (1897-1992) to zawodowy wojskowy, uczestnik I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej. Kampanię wrześniową rozpoczął będąc już w stopniu podpułkownika, na stanowisku dowódcy pułku ułanów. W 1941 r. awansowany na pułkownika, a w kwietniu 1945 r. – do stopnia generała brygady. Awans na generała dywizji otrzymał w 1990 r. (w wieku 93 lat) od prezydenta RP na uchodźstwie w uznaniu całokształtu wojennych zasług dla Polski i Polaków. Dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari.

Książka składa się z trzech części, z których tylko pierwsza (i zarazem główna) jest autorstwa Klemensa Rudnickiego. Zawiera bardzo szczegółowe opisy:
-    jego walk podczas wojny obronnej w 1939 r.,
-    uczestnictwa w organizowaniu konspiracji wojskowej jesienią 1939 r. i zimą 1939/1940,
-    aresztowania, śledztwa i długiego pobytu pod fałszywym nazwiskiem w radzieckich więzieniach, zakończonego skazaniem w czerwcu 1941 r. na 5 lat tzw. wolnej zsyłki (w radzieckiej praktyce oznaczało to uniewinnienie od postawionego mu zarzutu szpiegostwa),
-    codziennego życia na prowincji ZSRR i pracy w cegielni w charakterze niewykwalifikowanego robotnika,
-    a wreszcie współtworzenia przez niego Armii Polskiej w ZSRR i emigracji wraz z nią w 1942 r. do Iranu.

Dalsze swoje dzieje (do 1947 r.) autor prezentuje już bardzo skrótowo, a więc tak naprawdę książka dokładnie przedstawia tylko kilka pierwszych odcinków tytułowego polskiego szlaku. Ale za to w odniesieniu do lat 1939-1942 otrzymujemy szczegółową relację z pierwszej ręki - od świadka i współtwórcy historii, aktywnego uczestnika opisywanych wydarzeń. Na pewno później wykorzystaną przez historyków zajmujących się tym okresem dziejów Polski.
Książka zawiera wspomnienia i osobiste refleksje gen. Klemensa Rudnickiego, czyta się ją szybko, łatwo i przyjemnie oraz nierzadko z autentycznym wzruszeniem. Zdarzyło się, że podczas lektury miałem łzy w oczach.

Owe generalskie wspomnienia zawierają jednakże też kilka niedopowiedzeń.
Pierwsze, które zauważyłem, dotyczy złota, z którym ppłk Rudnicki wyruszył w lutym 1940 r. do radzieckiej strefy okupacyjnej, aby tam, we Lwowie, rozwijać wraz z gen. Tokarzewskim-Karaszewiczem konspirację ZWZ. Złoto miał przemyślnie ukryte w obcasach butów. Zaraz po przejściu granicy został jednak schwytany przez NKWD i był aż do końca czerwca 1941 r. przetrzymywany (pod fałszywym nazwiskiem) w radzieckich więzieniach. Jeszcze na str. 129 książki możemy przeczytać, iż rewizja w celi nie wykryła jego konspiracyjnego skarbu. Cyt. „Moje buciki ze złotem przeszły szczęśliwie próbę.”. W dalszej treści autor już jednak nic o owych „złotych butach” nie wspomina. Nie chwali się, że je dostarczył do administracji armii gen. Andersa. Nie pisze też, w jakich okolicznościach je utracił, co zapewne miało miejsce w radzieckiej więziennej rzeczywistości trwającej prawie półtora roku. Może to zwykłe niedopatrzenie piszącego wspomnienia (koncentrującego się na realiach militarnych, politycznych i społecznych), a może jednak ukrycie jakiegoś wyjątkowo przykrego przeżycia w radzieckiej tiurmie.

Pozostałe „niedopowiedzenia” nastąpiły chyba już tylko w imię nieskalania polskiej historii, w obawie przed zauważeniem na niej choćby najmniejszej rysy. Jeśli więc taka rysa faktycznie powstała, to należy ją odpowiednio zaszpachlować i zamalować. Dotyczy to:
-    spłycenia relacji z zakończenia misji Muszkieterów (a faktycznie oficera będącego emisariuszem marszałka Śmigłego-Rydza) do gen. Andersa, wyraźnego zbagatelizowania tej kwestii przez autora,
-    niewyjaśnienia przyczyny i pomocy w przejściu na stronę niemiecką b. premiera RP Leona Kozłowskiego,
-    opisu utrudnień napotykanych przez cywilnych polskich Żydów podczas prób wyjścia z polskim wojskiem do Iranu.
Pierwsze dwie kwestie odważyli się przedstawić w swoich książkach w sposób o wiele bardziej prawdopodobny Dariusz Baliszewski i Piotr Zychowicz. Inną wersję tej trzeciej możemy natomiast poznać z pamiętnikarskich wspomnień tych nielicznych polskich Żydów, którym później jakoś się jednak udało wydostać z radzieckiego raju.

Już na wstępie nadmieniłem, że książka zawiera również rozdziały nienapisane przez Klemensa Rudnickiego. Są one bardzo interesujące, znacząco bowiem uzupełniają opis sylwetki i osobistych, niezawodowych losów generała. Jeden z tych rozdziałów, napisany przez siostrę generała, przybliża nam pochodzenie i dzieje rodziny Rudnickich, a drugi – autorstwa córki generała – ukazuje jego powojenne losy, już po demobilizacji, aż do śmierci w 1992 r.


niedziela, 19 lutego 2017

„Świat Muszkieterów. (...)”. Autor: Jerzy Rostkowski

Dziś kontynuacja tematu sprzed tygodnia. Niniejszy tekst poświęcony jest innej książce o Stefanie Witkowskim i jego Muszkieterach. Napisanej na pewno z większym zaangażowaniem (także emocjonalnym) niż omówiona poprzednio publikacja Wilamowskiego i Zasiecznego, ale czy z większą dbałością o prawdę historyczną?

Jerzy Rostkowski „Świat Muszkieterów. Zapomnij albo zgiń”.
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2016.
Wydanie II poprawione.

Na wstępie moja uwaga semantyczna. Prężna organizacja konspiracyjna działająca w latach 1939-1942 nosiła nazwę „Muszkieterzy” i jest to forma poprawna językowo. Wg „Nowego słownika ortograficznego PWN” (Wyd. PWN, Warszawa 1997, strona 416) wyraz „muszkieter” w liczbie mnogiej może występować w brzmieniu „muszkieterowie” albo właśnie „muszkieterzy”. Obie formy są więc dopuszczalne. A piszę o tym dlatego, gdyż pewien redaktor w TVP Historia zauważył rzekomą nieprawidłowość językową w nazwie własnej tej organizacji podziemnej (chyba na podstawie lektury A. Dumasa „Trzej muszkieterowie”).
Jak komuś nie chce się zerknąć do słownika, to niech chociaż zauważy, że mu program Word nie podkreśli wyrazu „muszkieterzy” czerwonym wężykiem. Zresztą też: fizylier – fizylierzy, kirasjer – kirasjerzy, bombardier – bombardierzy, kanonier – kanonierzy, zecer – zecerzy, trener – trenerzy, itd.
A zatem wszystkie publikacje podające – w imię poprawności językowej – nazwę „Muszkieterowie”, same w istocie zawierają błąd polegający na przeinaczeniu nazwy własnej tej organizacji, brzmiącej „Muszkieterzy”.

Przejdźmy jednak do meritum.

Książka Jerzego Rostkowskiego ma wiele zalet i jedną wadę. Zaletami są m.in.:
- pracochłonne odtworzenie życiorysu Stefana Witkowskiego, łącznie z okresem międzywojennym,
- dokładne przedstawienie genezy powstania Muszkieterów i działalności tej organizacji,
- ukazanie problemów, z jakimi Muszkieterzy borykali się „na odcinku polskim”, tj. ich konfliktów z ZWZ-AK i sztabem Naczelnego Wodza w Londynie,
- dokładne charakterystyki zasłużonych członków organizacji i osób z nią współpracujących, w tym pięknych i inteligentnych pań,
- udokumentowanie materiałami źródłowymi (obszerne załączniki na końcu książki, których nie radzę pominąć; teksty kopii dokumentów są czytelne, choćby z lupą w ręku).

Wadą podstawową jest natomiast krypto-hagiograficzny – w odniesieniu do Stefana Witkowskiego – tekst tej publikacji. Autor chyba zakochał się w bohaterze swojej książki. Nie tylko odrzuca wszelkie zarzuty postawione Witkowskiemu przez ZWZ-AK, ale wręcz obwinia dowództwo Armii Krajowej o denuncjację do Gestapo komendanta Muszkieterów i tych członków organizacji, którzy nie chcieli przynależeć strukturalnie do AK.
Jerzy Rostkowski krytykuje „teorie spiskowe” dotyczące celu wyprawy rtm. Czesława Szadkowskiego do gen. Władysława Andersa. Sam jednak też przedstawia wytłumaczenie owej misji w sposób niesłychanie naiwny – bazując na złożonych w śledztwie zeznaniach aresztowanego Szadkowskiego, broniącego się przed zarzutem zdrady głównej i ratującego w ten sposób swoje życie. Jak też chroniącego (być może wskutek perswazji oficerów śledczych) historię Polski przed powstaniem na niej proniemieckiej w 1941 r. rysy.
Sporo miejsca w książce autor poświęca też współdziałaniu Muszkieterów z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem. Opisując pobyt marszałka na Węgrzech (XII 1940 – X 1941) nie raczy jednak wyjaśnić, choćby hipotetycznie, względnej swobody poruszania się Śmigłego w tym kraju. Tak jakby w Abwehrze i wywiadzie madziarskim pracowali sami durnie. Zresztą marszałek Edward Śmigły-Rydz to drugi ulubieniec autora.

Reasumując, wg Jerzego Rostkowskiego dowódcy ZWZ-AK są zawistni i małostkowi, a w końcu posuwają się wręcz do zbrodni na osobie Stefana Witkowskiego i  lojalnych wobec niego członkach organizacji. Gen. Władysław Sikorski cynicznie porzuca swego oddanego żołnierza (taki już ma brzydki charakter). Natomiast Stefan Witkowski to postać nieskazitelna – najpierw genialny wynalazca i zdolny, działający pod przykryciem oficer wywiadu II RP, a potem bardzo inteligentny i skuteczny szef konspiracji. Oczywiście niewinny inkryminowanych mu zarzutów. Nieprawdą jest też, jakoby zabił „Biegacza”. Dokładnie tak tę lekturę odbierzemy.

W programie TVP Historia prof. Antoni Dudek nie polecił tej książki, ogólnie zarzucając autorowi opieranie się na niezweryfikowanych informacjach (w audycji nie było więcej czasu na omówienie tematu). Ja jednak pozostanę przy poparciu opinii redaktora prowadzącego audycję w TVP, że jest to lektura bardzo ciekawa i godna polecenia, pod warunkiem zachowania odpowiedniej dozy krytycyzmu. Ma bowiem też dużo zalet – wskazanych przeze mnie w pierwszej części niniejszego tekstu. Autor dotarł do wielu źródeł, przedstawił nieznane fakty oraz naświetlił mało dotąd znane realia konspiracji (m.in. kontakty polskiego ruchu oporu ze środowiskiem „białych” Rosjan ściśle współpracujących z Abwehrą). Osobiście z lektury jestem zadowolony, choć głównych wniosków autora nie podzielam.

Jerzemu Rostkowskiemu zawdzięczam m.in. wyjaśnienie pewnej dość drobnej wątpliwości, która mnie jednak zawsze nurtowała. Otóż emisariusz marszałka Śmigłego do generała Andersa, Czesław Szadkowski, w publikacjach historycznych występuje raz jako „porucznik”, innym razem jako „rotmistrz”. Rotmistrz jest kawaleryjskim odpowiednikiem kapitana, a kapitan to jednak stopień wojskowy wyższy (o jedną gwiazdkę) od porucznika. Rozwiązanie owej „zagadki” jest następujące. Porucznik kawalerii Czesław Szadkowski otrzymał za udział w wojnie obronnej w 1939 r. awans na rotmistrza, ale z jakiegoś powodu (być może biurokratycznej mitręgi) ów awans nie został formalnie zatwierdzony przez emigracyjne władze wojskowe. A później, po jego „misji” w 1941 r. do gen. Andersa, o uznaniu awansu nie mogło już zapewne być mowy.


niedziela, 12 lutego 2017

"Rozkaz: Zabić Witkowskiego! (...)". Autorzy: Jacek Wilamowski, Andrzej Zasieczny

Dziś o „Muszkieterach”, ale nie o tych od Aleksandra Dumasa.

Jacek Wilamowski, Andrzej Zasieczny „Rozkaz: Zabić Witkowskiego! Tajemnice organizacji wywiadowczej Muszkieterowie 1939-1942”. Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2013.

To nie pierwsza publikacja J. Wilamowskiego i A. Zasiecznego, w której idą śladami niewyjaśnionych spraw z okresu okupacji - mrocznych tajemnic Polski podziemnej.
O tym, że jest to ich publikacja „nie pierwsza”, można się zorientować już choćby tylko ze sposobu redakcji dwóch rozdziałów pt. „Muszkieterowie i marsz. Edward Rydz-Śmigły” oraz „Misja rtm. Czesława Szadkowskiego”. Zauważa się tam kompilację wcześniejszych tekstów obu autorów, z zastosowaniem metody „kopiuj i wklej” z użyciem  fragmentów ich poprzednich publikacji. Podczas czytania ww. rozdziałów napotyka się bowiem na merytoryczne powtórzenia tuż przed chwilą przeczytanej treści (jeszcze raz o tym samym, choć innymi słowami). Ale mniejsza o to.

Tematyka książki jest b. ciekawa, autorzy przedstawiają działalność konspiracyjnej organizacji wojskowej, założonej i kierowanej przez kpt. inż. Stefana Witkowskiego. Mało kto, poza pasjonatami historii, dziś wie, że w latach 1939-1942 była to prężna organizacja wywiadowcza, początkowo podległa bezpośrednio gen. Władysławowi Sikorskiemu, zasilana finansowo z Zachodu via Budapeszt (dopóki istniała tam ambasada RP), a także niezależna i „konkurencyjna” względem Związku Walki Zbrojnej - późniejszej Armii Krajowej.

Autorzy opisują strukturę organizacyjną Muszkieterów i sylwetki poszczególnych żołnierzy, korzystając m.in. z opublikowanych wspomnień Kazimierza Leskiego oraz ustaleń Dariusza Baliszewskiego. Książkę można zatem określić jako syntetyczne i rzetelne opracowanie rozproszonych publikacji nt.  Muszkieterów i samego Stefana Witkowskiego. Autorzy zachowują daleko idący obiektywizm (chwała im za to), ponieważ - starając się przedstawić wszystkie, także negatywne aspekty działalności organizacji i osobiście jej przywódcy - jednocześnie wyrażają uzasadnione własne wątpliwości oraz podchodzą z dystansem do ustaleń sądu powołanego przez gen. Stefana Roweckiego „Grota” i wydanego przezeń wyroku śmierci na Stefana Witkowskiego (wykonanego w 1942 r.). Samego zaś Stefana Witkowskiego jednoznacznie winią tylko za zabójstwo „Biegacza”. A kto zacz był ów „Biegacz”, i za co dowódca Muszkieterów osobiście go zastrzelił, to już proszę sobie przeczytać samemu (samej).

Panowie autorzy nie ustrzegli się natomiast od popełnienia jednego istotnego błędu merytorycznego, jakkolwiek pozostającego poza tytułową tematyką ich książki. Mianowicie na stronach 97 i 124 napisali, że Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom. Tak nie było. Owszem, USA do grudnia 1941 r. faktycznie łamały zasadę neutralności, finansowo i sprzętowo wspierając wysiłek wojenny Wielkiej Brytanii. Ale jest też historycznym faktem, że to jednak Niemcy formalnie wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym, a nie odwrotnie. Adolf Hitler uczynił to w grudniu 1941 r. kilka dni po japońskim ataku na Pearl Harbour, licząc zapewne na „wzajemność” Japonii i jej atak na ZSRR na lądzie od wschodu. Japonia się jednak tak nie „odwzajemniła”, a Hitler – wypowiadając wojnę USA – podpisał sam na siebie wyrok śmierci (jak to bardzo trafnie określił prof. Andrzej Paczkowski). Z kontekstu (str. 97 i 124) wynika więc, iż autorzy powinni byli napisać o przystąpieniu USA do wojny przeciwko Niemcom, ale nie o wypowiedzeniu Niemcom wojny.

I jeszcze zauważona drobna nieścisłość. Na str. 9 omawianej książki podany jest rok 1906 jako rok urodzenia Stefana Witkowskiego. Pozostaje to w sprzeczności z innymi opracowaniami historycznymi, wg których Witkowski urodził się w roku 1903, oraz, jako ochotnik, wziął udział w 1920 r. w wojnie polsko-bolszewickiej. Jako 17-latek mógł to ostatecznie uczynić, ale czynne uczestnictwo 14-latka w tamtej wojnie wydaje się już być bardzo wątpliwe.


niedziela, 5 lutego 2017

„Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera (...)". Autor: Piotr Lipiński

Piotr Lipiński „Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa”.
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

Historię instalacji i utrwalania stalinizmu w Polsce znam chyba nie gorzej niż autor tej książki. Proces Adama Humera i in. funkcjonariuszy UB, ciągnący się w latach 1993-1996, też pamiętam z ówczesnych relacji medialnych.
Po cóż więc sięgnąłem po tę książkę?
Chciałem poznać sylwetki tych konkretnych funkcjonariuszy uwikłanych w zbrodnie systemu, ich drogi życiowe kończące się na ławie oskarżonych (kilku zmarło w czasie trwania procesu) lub po uwięzieniu (śmierć podczas przerwy w odbywaniu kary - jak w przypadku tytułowego Adama Humera).

Autor słusznie zżyma się na przewlekłość procesu, irytuje go nieznajomość historii u sędziów, odpowiadanie oskarżonych z wolnej stopy. Generalnie ma oczywiście rację. Nie zauważa jednak (chyba nie chce zauważyć), że taka długotrwałość procesu to też, choć raczej niezamierzona, ale jednak oczywista i bardzo dotkliwa kara. Do sądu przychodzą schorowani oskarżeni w wieku 70/80, z przeświadczeniem wiszącego nad nimi miecza sprawiedliwości. Na sali sądowej napotykają swoje dawne ofiary oraz nienawidzącą ich publiczność, która najchętniej wzięłaby sprawy w swoje ręce. Otrzymują anonimowe telefony z pogróżkami. Po domach nachodzą ich dziennikarze. Na pewno nie spływa to po nich jak woda po kaczce. Tym bardziej, że nie są to „genetyczni” zbrodniarze. Ich życiorysy, poza kilkuletnim okresem „ubeckim”, były najzupełniej normalne.

Poza dwoma z nich (Humer - wyższe studia, Kac - przedwojenna matura, później też wyższe studia) to prymitywy bez wykształcenia, z powojennego awansu społecznego. Podczas procesu prokurator i obrońcy byli zgodni, że w Polsce przedwrześniowej nie odeszliby od pługa czy łopaty. Wywaleni ze służby w 1955 r. nie zrobili później żadnej kariery.
I w ogóle mieli pecha, że w 1956 r. Władysław Gomułka nakazał zawęzić ławę oskarżonych tylko do wybranych funkcjonariuszy UB. Adam Humer już się na niej wtedy - z przyczyn owego politycznego „zawężenia” - nie zmieścił, pomimo wniosku ówczesnego prokuratora. A gdyby wtedy „swoje odsiedzieli”, to później mieliby już spokój - prawo zabrania karać więcej niż jeden raz za ten sam czyn. Ich emerytury i renty w końcu 1993 r. to od 2,4 do 6,1 mln zł (starych). Czyli po denominacji (1.01.1995 r.) tylko od 240 do 610 zł, ale aby te kwoty zwaloryzować na rok 2017, trzeba jeszcze je przemnożyć przez 5.

Adam Humer (1917-2001).
Pochodzenie chłopskie, ale nieco nietypowe. Urodzony w USA w czasie emigracji rodziców „za chlebem”, a później wraz z nimi reemigrant do Polski. Pierwotne nazwisko „Umer” - literę „H” pomyłkowo dopisali urzędnicy imigracyjni. Przedwojenna matura i trzy lata studiów prawa (do wybuchu wojny we wrześniu 1939 r.) na … Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Równolegle członkostwo w Komunistycznej Partii Polski, do rozwiązania tej partii w 1938 r. Dokończenie (?) studiów prawniczych w latach 1939-41 na uniwersytecie we Lwowie, już pod okupacją radziecką. Powyżej postawiłem znak zapytania, ponieważ wśród wpisów w radzieckim indeksie zabrakło tego najważniejszego - o zdaniu egzaminu końcowego (obronie pracy dyplomowej). Zwróćmy tu jednak też uwagę na daty. Rok akademicki 1940/41 kończył się w czerwcu 1941 r., a właśnie dn. 22 czerwca 1941 r. rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka. Kto miał wtedy głowę, zwłaszcza w przygranicznym Lwowie pełnym ukraińskich nacjonalistów, do załatwiania jakichś trzeciorzędnych biurokratycznych formalności.
Owe dokumenty (te z KUL i te Uniwersytetu Lwowskiego) towarzysz major bezpieczeństwa Adam Humer przedstawił w 1948 r. na Uniwersytecie Warszawskim, bynajmniej nie tając swojego miejsca zatrudnienia. A chyba wręcz je nawet eksponując w celu wywarcia „odpowiedniego” wrażenia na władzach akademickich. W rezultacie (cyt., str. 32) „21 maja 1948 r. Rada Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego zweryfikowała studenta mjra Adama Humera ze stopniem magistra prawa”. Czyli - niezły z niego cwaniak i kombinator. Ale jednak inteligentny, w normalnych warunkach też by zapewne ukończył uniwersyteckie studia prawnicze.

Miał osobisty powód do zemsty - jego ojca (Wincentego Humera, również ideowego komunistę) zabili „żołnierze wyklęci” za wdrażanie reformy rolnej. Co oczywiście nie tłumaczy i nie usprawiedliwia jego zbrodniczych praktyk w UB: bicia i torturowania podejrzanych, aresztowanych często pod sfingowanymi zarzutami.
W UB doszedł do stopnia pułkownika oraz do stanowiska wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP.
Z bezpieczeństwa wyleciał w 1955 r., wraz z rozwiązaniem tego resortu. Także usunięty z PZPR. Miał wtedy 38 lat. Później kariery już nie zrobił. Pracował jako radca prawny w spółdzielczości. W latach 80-tych ub. wieku zaczął się politycznie udzielać jako zwolennik stanu wojennego, obrońca socjalizmu i przeciwnik Solidarności. Autor publikacji nt. utrwalania władzy ludowej, wydawanych przez Akademię Spraw Wewnętrznych (istniała i taka uczelnia). Okrągły Stół był zapewne dla niego szokiem.

Do aresztu trafił w 1992 r., tj. jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Miał już wówczas 75 lat. Przesiedział rok i niecały miesiąc. Później sąd pozwolił mu odpowiadać z wolnej stopy. Ponownie do celi trafił we wrześniu 1996 r. - skazany na 7 i ½ roku więzienia. Przebywał tam do maja 2000 r., kiedy to sąd zezwolił mu na przerwę w odbywaniu kary. Łącznie więc za kratkami spędził (w dwóch „turach”) około czterech i pół roku. Zmarł w 2001 r. w wieku 84 lat.
Ot i taki życiorys.

Nie wszystkie szczegóły biograficzne z omawianej książki pokrywają się z tymi z innych publikacji, zwłaszcza popularnych, ogólnodostępnych (Wikipedia). Ale to już nie mój problem. Trochę mnie tylko dziwi tendencyjne przemilczanie trzech lat nauki Adama Humera na KUL, a kontynuację studiów we Lwowie nazwanie „kursami prawa”. Po cóż na siłę robić z człowieka półinteligenta, skoro takim nie był. Przecież do ukazania sylwetki Adama Humera w świetle jednoznacznie negatywnym wystarczy opis jego przestępczej i zbrodniczej działalności w UB. Aż nadto !!!

***
Generalnie – jestem zwolennikiem pisania tylko prawdy i całej prawdy. Bez przemilczeń i przekłamań. Skoro np. wielu czołowych gestapowców i esesmanów legitymowało się doktoratami, to po co to taić? Ludobójczy zbrodniarz większy od Adolfa Hitlera, czyli Józef Stalin, faktycznie był bardzo inteligentnym i oczytanym człowiekiem, a Lew Trocki (skądinąd też mądry facet, chociaż polityczny gangster) absolutnie nie miał racji nazywając go umysłową miernotą.

W naszej publicystyce, także tej historycznej, dominuje tendencja do ukazywania życiorysów w barwach czarno-białych. Albo ktoś jest nieskazitelnie dobry i inteligentny, albo z niego drań i prostak niewykształcony, co najwyżej półinteligent. A jeśli fakty temu przeczą, to się nimi manipuluje. Właśnie metodą przekłamań i przemilczeń. Uważam, iż ci, którzy uprawiają ów sposób „politycznego pisarstwa na zamówienie”, sami sobie wystawiają świadectwo. Z wpisanymi doń ocenami niedostatecznymi i z historii, i  ze sprawowania. Publicysta podejmujący temat historyczny może oczywiście mieć własne poglądy rzutujące na treść i polityczny akcent jego tekstów. Ale niechże przy tym zachowuje minimum obiektywizmu i nie żongluje faktami niczym iluzjonista królikami z kapelusza. Gdyż wtedy rzetelną wiedzę historyczną posiadać będą jedynie akademicy oraz stosunkowo nieliczni amatorscy miłośnicy historii, potrafiący sami docierać do wiarygodnych opracowań. Może zresztą właśnie o to chodzi.

Powyższego fragmentu (po gwiazdkach) proszę nie odnosić do omówionej książki i jej tytułowego „bohatera”. Jest to moja refleksja natury bardzo ogólnej.