Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę zdrowych
i wesołych Świąt Wielkiejnocy. A w tych dniach przedświątecznych,
pełnych zadumy, refleksji i oczekiwania, proponuję Państwu lekturę bardzo smutną,
ale jednak z happy endem.
Tadeusz
Bukowy „Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945-1955”
Ośrodek
KARTA, Warszawa 2022
Autor
w wieku 16 lat zniknął w czeluściach stalinowskich więzień,
łagrów i miejsc tzw. wolnego zesłania (oksymoron). Aresztowany dnia
9 maja 1945 r. za przynależność do Armii Krajowej, do Polski i rodziny
wrócił dopiero w końcu grudnia 1955 r. Minione w międzyczasie młode
lata, jedne z najlepszych w życiu człowieka, początkowo spędził w radzieckich
aresztach i więzieniach, kolejno w Samborze, Lwowie i Kijowie,
następnie zaś w Odessie w kolonii karnej dla niepełnoletnich. Stamtąd
po osiągnięciu pełnoletności (w 1947 r.) skierowano go do pracy
przymusowej w łagrach, najpierw na Uralu, a później w Kazachstanie,
gdzie w 1951 r. dotrwał do końca zasądzonego mu wyroku sześciu lat
pozbawienia wolności. Następnie jako już „wolnego” człowieka wożono go wraz z grupą
podobnych byłych skazańców po kilku więzieniach tzw. przesyłowych, aż w końcu
trafił na bezterminową zsyłkę do Kraju Krasnojarskiego na Syberii. Tam doczekał
śmierci Stalina (marzec 1953), stopniowej politycznej odwilży i nareszcie
zgody na wyjazd do Polski. Całą tę epopeję szczegółowo opisał w książce. Jest
to lektura zarazem i niezwykła, i zwykła. Niezwyczajna dlatego, iż
odnosi się do zbrodniczego systemu stalinowskich represji, tragizmu polskich
losów już po drugiej wojnie światowej, wreszcie do dziesięciu zmarnowanych lat
życia młodego człowieka. Ale na tym tle uderza dość spokojna narracja Tadeusza,
chronologicznie relacjonującego swoje dzieje. Mało w niej patosu, skarg na
zły los, także więzienna i łagrowa patologia wśród osadzonych wspominana jest
raczej tylko ogólnie i oszczędnie. Przeważają natomiast opisy głodowego
wyżywienia, łachów, w jakich chodził ubrany, fatalnych warunków
zakwaterowania, a przede wszystkim bardzo ciężkiej pracy. Autor dużo
miejsca poświęca również charakterystyce współwięźniów, z którymi przebywał
i pracował. Długo był wśród nich jedynym Polakiem, przeważali bowiem Rosjanie,
Bałtowie i Ukraińcy – tych ostatnich zbiorczo i chyba
niesprawiedliwie wszystkich określa mianem banderowców. Rodaków, w tym
kolegów z konspiracji, napotykał tylko sporadycznie. Opisuje zróżnicowane
podejście administracji więziennej i obozowej wobec osadzonych, wymienia
złośliwych służbistów oraz osoby życzliwe. Z wielką wdzięcznością wspomina
lekarkę - chirurga, która być może uratowała mu życie, a już na pewno uchroniła
nogę przed amputacją. Pracę młody Tadeusz miał bardzo ciężką – głównie przy
ścince, zrywce i zwózce drzew, w tartaku oraz w kopalni węgla. Jedynie
przez krótki okres był zatrudniony w obozowej kuchni, i tylko wtedy
nie głodował.
Wiosną
1951 r. skończył mu się zasądzony wyrok 6-ciu lat łagru, co jednak absolutnie
nie oznaczało przywrócenia wolności. Został administracyjnie zesłany na głuchą
syberyjską prowincję i skierowany do prac leśnych oraz w budownictwie.
Swój pobyt tam opisuje również raczej beznamiętnie, skupia się na codziennych
czynnościach życiowych, stopniowej poprawie warunków bytowych, dwóch kolejnych
związkach z miejscowymi kobietami: Walą i Anią. Nielegalnie wszedł w posiadanie
strzelby myśliwskiej, co umożliwiło mu (i najbliższym znajomym)
urozmaicanie jadłospisu trofeami z polowań w tajdze. Ciekawe są też
opisy postaci innych zesłańców, wśród których mieszkał i pracował.
Generalnie Tadeusz Bukowy był przez nich lubiany, zwierzali mu się ze swoich przeżyć,
także podając przyczyny niegdysiejszego zainteresowania się nimi przez NKWD. Ostatnie
miesiące 1955 r. to już starania autora o zgodę na wyjazd do Polski, mało
romantyczne rozstanie z Anią, nerwowe wyczekiwanie na transport, wreszcie
dwutygodniowa podróż pociągiem do Ojczyzny.
I to
wszystko. Tylko tyle i … aż tyle. Tadeusz Bukowy na ponad trzystu
stronach przedstawił prozę dziesięciu lat swojego życiorysu, z detalami (ale
bez zbytniego użalania się) opisując ciężkie warunki bytu, na jakie jego oraz
wielu innych więźniów (różnych narodowości) skazał komunistyczny, stalinowski
reżim. W tytule książki podkreśla, że przeżycie tam zawdzięczał łutowi
szczęścia. Uważny czytelnik dostrzeże też nieco niedomówień, niektóre osobiste
przeżycia autor zdecydował się przemilczeć. Do książki dołączył kilkanaście
fotografii (swoich oraz kolegów) z okresu przebywania w radzieckim „raju”.
PS.
Wczorajszy dzień w kalendarzu to pierwszy kwiecień. Moi stali czytelnicy zapewne
już się przyzwyczaili, iż na Prima Aprilis znajdują tu teksty frywolne,
bardzo odbiegające od poważnego formatu blogu. W bieżącym roku jednak owa
data wpisała się w Wielki Tydzień, a ja nie chciałbym – rubasznym
humorem i „obsceniczną” tematyką – urazić w tych dniach czyichś
uczuć. Co się odwlecze, to nie uciecze! „Odpowiedni”😘 artykulik ukaże się więc tu w tygodniu
poświątecznym.