czwartek, 2 kwietnia 2026

„Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945-1955”. Autor: Tadeusz Bukowy

 

Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę zdrowych i wesołych Świąt Wielkiejnocy. A w tych dniach przedświątecznych, pełnych zadumy, refleksji i oczekiwania, proponuję Państwu lekturę bardzo smutną, ale jednak z happy endem.

Tadeusz Bukowy „Trochę szczęścia. Dziesięć lat łagru i zesłania 1945-1955”

Ośrodek KARTA, Warszawa 2022

Autor w wieku 16 lat zniknął w czeluściach stalinowskich więzień, łagrów i miejsc tzw. wolnego zesłania (oksymoron). Aresztowany dnia 9 maja 1945 r. za przynależność do Armii Krajowej, do Polski i rodziny wrócił dopiero w końcu grudnia 1955 r. Minione w międzyczasie młode lata, jedne z najlepszych w życiu człowieka, początkowo spędził w radzieckich aresztach i więzieniach, kolejno w Samborze, Lwowie i Kijowie, następnie zaś w Odessie w kolonii karnej dla niepełnoletnich. Stamtąd po osiągnięciu pełnoletności (w 1947 r.) skierowano go do pracy przymusowej w łagrach, najpierw na Uralu, a później w Kazachstanie, gdzie w 1951 r. dotrwał do końca zasądzonego mu wyroku sześciu lat pozbawienia wolności. Następnie jako już „wolnego” człowieka wożono go wraz z grupą podobnych byłych skazańców po kilku więzieniach tzw. przesyłowych, aż w końcu trafił na bezterminową zsyłkę do Kraju Krasnojarskiego na Syberii. Tam doczekał śmierci Stalina (marzec 1953), stopniowej politycznej odwilży i nareszcie zgody na wyjazd do Polski. Całą tę epopeję szczegółowo opisał w książce. Jest to lektura zarazem i niezwykła, i zwykła. Niezwyczajna dlatego, iż odnosi się do zbrodniczego systemu stalinowskich represji, tragizmu polskich losów już po drugiej wojnie światowej, wreszcie do dziesięciu zmarnowanych lat życia młodego człowieka. Ale na tym tle uderza dość spokojna narracja Tadeusza, chronologicznie relacjonującego swoje dzieje. Mało w niej patosu, skarg na zły los, także więzienna i łagrowa patologia wśród osadzonych wspominana jest raczej tylko ogólnie i oszczędnie. Przeważają natomiast opisy głodowego wyżywienia, łachów, w jakich chodził ubrany, fatalnych warunków zakwaterowania, a przede wszystkim bardzo ciężkiej pracy. Autor dużo miejsca poświęca również charakterystyce współwięźniów, z którymi przebywał i pracował. Długo był wśród nich jedynym Polakiem, przeważali bowiem Rosjanie, Bałtowie i Ukraińcy – tych ostatnich zbiorczo i chyba niesprawiedliwie wszystkich określa mianem banderowców. Rodaków, w tym kolegów z konspiracji, napotykał tylko sporadycznie. Opisuje zróżnicowane podejście administracji więziennej i obozowej wobec osadzonych, wymienia złośliwych służbistów oraz osoby życzliwe. Z wielką wdzięcznością wspomina lekarkę - chirurga, która być może uratowała mu życie, a już na pewno uchroniła nogę przed amputacją. Pracę młody Tadeusz miał bardzo ciężką – głównie przy ścince, zrywce i zwózce drzew, w tartaku oraz w kopalni węgla. Jedynie przez krótki okres był zatrudniony w obozowej kuchni, i tylko wtedy nie głodował.

Wiosną 1951 r. skończył mu się zasądzony wyrok 6-ciu lat łagru, co jednak absolutnie nie oznaczało przywrócenia wolności. Został administracyjnie zesłany na głuchą syberyjską prowincję i skierowany do prac leśnych oraz w budownictwie. Swój pobyt tam opisuje również raczej beznamiętnie, skupia się na codziennych czynnościach życiowych, stopniowej poprawie warunków bytowych, dwóch kolejnych związkach z miejscowymi kobietami: Walą i Anią. Nielegalnie wszedł w posiadanie strzelby myśliwskiej, co umożliwiło mu (i najbliższym znajomym) urozmaicanie jadłospisu trofeami z polowań w tajdze. Ciekawe są też opisy postaci innych zesłańców, wśród których mieszkał i pracował. Generalnie Tadeusz Bukowy był przez nich lubiany, zwierzali mu się ze swoich przeżyć, także podając przyczyny niegdysiejszego zainteresowania się nimi przez NKWD. Ostatnie miesiące 1955 r. to już starania autora o zgodę na wyjazd do Polski, mało romantyczne rozstanie z Anią, nerwowe wyczekiwanie na transport, wreszcie dwutygodniowa podróż pociągiem do Ojczyzny.

I to wszystko. Tylko tyle i … aż tyle. Tadeusz Bukowy na ponad trzystu stronach przedstawił prozę dziesięciu lat swojego życiorysu, z detalami (ale bez zbytniego użalania się) opisując ciężkie warunki bytu, na jakie jego oraz wielu innych więźniów (różnych narodowości) skazał komunistyczny, stalinowski reżim. W tytule książki podkreśla, że przeżycie tam zawdzięczał łutowi szczęścia. Uważny czytelnik dostrzeże też nieco niedomówień, niektóre osobiste przeżycia autor zdecydował się przemilczeć. Do książki dołączył kilkanaście fotografii (swoich oraz kolegów) z okresu przebywania w radzieckim „raju”.

PS. Wczorajszy dzień w kalendarzu to pierwszy kwiecień. Moi stali czytelnicy zapewne już się przyzwyczaili, iż na Prima Aprilis znajdują tu teksty frywolne, bardzo odbiegające od poważnego formatu blogu. W bieżącym roku jednak owa data wpisała się w Wielki Tydzień, a ja nie chciałbym – rubasznym humorem i „obsceniczną” tematyką – urazić w tych dniach czyichś uczuć. Co się odwlecze, to nie uciecze! „Odpowiedni”😘 artykulik ukaże się więc tu w tygodniu poświątecznym.