Witold
Liliental „Dwa światy”
Wydawnictwo
Austeria Klezmerhojs sp. z o.o., Kraków 2025
Witold
Liliental (ur. 1939) bardzo trafnie określił swoją książkę jako (cyt.,
str. 443) przyczynek do historii Polaków lat 80. XX wieku.
Opisał losy swoje, rodziny, znajomych – przede wszystkim w latach
1980-1983, niekiedy tylko sięgając wstecz do okresu dzieciństwa i młodości,
czy też fragmentarycznie przybliżając się do roku 2024, gdy już zakończył narrację.
Tytułowe zaś dwa światy to pierwszy po wschodniej, a drugi po zachodniej
stronie Atlantyku. Rok 1980 zastał autora, doskonale znającego język
angielski 41-letniego doktora nauk technicznych, na niższym stanowisku
kierowniczym w branżowym instytucie naukowo-badawczym w Warszawie. Prywatnie:
ożenionego z panią doktor biologii, również pracownicą naukową, ojca dwóch
nastoletnich córek, posiadającego własne mieszkanie oraz samochód osobowy marki
Syrena. Właśnie dobiegał końca gierkowski okres „Polski rosnącej w siłę i ludzi
żyjących dostatnio”. Powstał i ciągle rósł rynkowy deficyt towarów i usług.
W państwowych mediach ostro krytykowano zdarzające się już tu
i ówdzie „nieuzasadnione przerwy w pracy” (używanie wyrazu „strajk”
było jeszcze zabronione). Autor pozostawał biernym obserwatorem wydarzeń
politycznych, w aktywną działalność po żadnej stronie konfliktu społecznego
początkowo się nie angażował. Pracował na etacie, dorabiał zleceniami, latem uprawiał
turystykę kajakową na Mazurach. Powstanie NSZZ Solidarność przyjął z entuzjazmem,
został jednym z organizatorów tego związku zawodowego w macierzystym zakładzie
pracy. Bardzo interesująco i bez zacietrzewienia ideologicznego
przedstawia ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną w Polsce, zarówno w oglądzie
makro, jak i w skali instytucji, w której był
zatrudniony, relacji w niej międzyludzkich nie pomijając. W owym pamiętnym
roku 1980 żona autora została skierowana na staż naukowy w USA
i legalnie tam wyjechała (do stanu Arizona). W grudniu
i styczniu, wziąwszy urlop i pozostawiwszy dzieci z babciami,
pan Witold dołączył do niej na sześć tygodni. Oboje postanowili, że latem 1981 r.,
z nastaniem wakacji, mąż ponownie odwiedzi żonę, tym razem już z córkami.
I tak się też stało. Miesiące przedwyjazdowe zostały w książce bardzo
ciekawie opisane. Autor pracował zawodowo na etacie oraz dorywczo, robił
niezbędne zakupy (w roku 1981 miewało to ekstremalnie trudny
charakter 😟), wykonywał większość czynności domowych, miewał
problemy techniczne ze wspomnianym polskim krążownikiem szos 😊,
użerał się ze starszą córką (nie zdała do następnej klasy), załatwiał żmudne formalności
związane z wyjazdem trzech osób do Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie
trwał tzw. karnawał Solidarności, w którym pan Witold uczestniczył w charakterze
szeregowego członka związku zawodowego. 26 sierpnia 1981 r. cała
trójka wreszcie weszła na pokład samolotu i odleciała do USA. I tak tytułowy
świat pierwszy skończył się. Nadmieńmy, iż autor jeszcze wtedy nie zamierzał
wyemigrować z Polski na stałe, a jedynie dopuszczał możliwość
przedłużenia pobytu rodziny w Ameryce, podjęcia tam pracy i powrotu do
kraju z jak największą kwotą twardej waluty, nieformalnie mającej wówczas u nas
olbrzymią siłę nabywczą. Decyzję o pozostaniu w USA pomógł im podjąć
wprowadzony w PRL stan wojenny (13.12.1981), a przede wszystkim
związana z tym niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji w państwie,
którego różne scenariusze były przecież i prawdopodobne, i możliwe. W pamięci
zwłaszcza miano Węgry 1956.
W tytułowym
świecie drugim, można rzec, pan Witold początkowo wpadł z deszczu pod
rynnę. Oczywiście odpadły mu ówczesne polskie kłopoty związane z chronicznym
niedoborem, a nawet zupełnym brakiem towarów i usług na rynku (absurd
z amerykańskiego punktu widzenia!), ale za to pojawiły się nieznane dotąd problemy
materialne i formalno-administracyjne. Te drugie odnosiły się do
nieuregulowanego statusu pobytu w USA, co ujemnie wpływało na poszukiwanie
przez niego odpowiedniej pracy, zgodnej z wysokimi kwalifikacjami
zawodowymi. Przez pewien czas pozostawał z wydanym mu nakazem deportacji,
okresowo tylko odroczonym. Na domiar złego małżeństwo rozpadło się – żona wyjawiła,
iż w jej życiu pojawił się inny mężczyzna. Ostatecznie, po dość ostrych
dyskusjach rozstali się i formalnie wzięli rozwód. Jak wiadomo, natura nie
znosi próżni. 😇 Pan Witold, wykształcony, zaradny i dość
przystojny facet tuż po 40-tce (w książce znajdujemy m.in. jego amerykańskie
fotografie) poznał w Arizonie pewną Polkę emigrantkę, posiadaczkę tzw.
zielonej karty, czyli już z uregulowanym prawem stałego pobytu w USA.
Pobrali się, urodziło im się dziecko (trzecia córka autora). Z biegiem
czasu pan Witold opisane kłopoty administracyjne przezwyciężył, otrzymał też
dobrze płatną pracę w swoim zawodzie.
Oprócz
wymienionych perypetii osobistych autora poznajemy Amerykę z punktu
widzenia ówczesnych emigrantów z Polski, ich poważne problemy z zatrudnieniem,
mieszkaniowe, lecznicze, językowe itp. W tym miejscu podkreślam zastrzeżenie
pana Witolda, iż swe wspomnienia nieco zbeletryzował. Niektóre opisane
w książce drugorzędne wydarzenia i doświadczenia emigracyjne,
jakkolwiek narracyjnie przedstawione w pierwszej osobie, nie były jego
własnymi. Mogły również należeć do przeżyć i obserwacji innych polskich
emigrantów. Tym niemniej wszystkie były rzeczywiste, przez co wiernie oddawały
klimat i ducha tamtych miejsc oraz czasów. Nb. otrzymujemy obraz dwóch
polskich emigracji w Stanach Zjednoczonych – tej starej, z czasów dość
odległych, w kolejnym pokoleniu już kiepsko znającej nasz język, oraz tej
nowej z lat 70. i 80. XX wieku, dopiero wrastającej w Amerykę.
Trochę też czytamy o organizacjach polonijnych, imprezach przez nie
organizowanych, a także o mentalności i oczekiwaniach świeżo
przybyłych emigrantów (nieraz bardzo odbiegających od rzeczywistości). Autor
porównuje również systemy szkolnictwa średniego amerykański i polski. Nasz
uznaje za bardziej wszechstronny oraz dużo więcej od ucznia wymagający, egzekwujący
też przyswojenie materiału dydaktycznego, przez co zapewniający absolwentowi opanowanie
znacznie szerszego zakresu wiedzy ogólnej (interdyscyplinarnej). Nie zmienią już
tego nawet późniejsze studia wyższe, siłą rzeczy ukierunkowane głównie na uzyskanie
konkretnego profilu wykształcenia.
Na
zakończenie kilka zdań o Szanownym Autorze, oczywiście zgodnie z autoprezentacją
zamieszczoną w książce. Pan Witold Liliental to Polak, katolik, posiadający
żydowskie korzenie rodzinne. Jego ojciec, oficer rezerwy Wojska Polskiego,
zmobilizowany w 1939 r. (urodzony w styczniu autor miał wtedy
kilka miesięcy) poszedł na wojnę i zaginął bez wieści. Odnalazł się
dopiero na liście katyńskiej. Autor, kilkakrotnie nawiązując do polskiego
antysemityzmu, zauważa, iż w kraju nigdy nie został nim osobiście dotknięty,
nawet w historycznie parszywym roku 1968 (wydarzenia marcowe,
„antysyjonistyczne” hece, „bratnia” interwencja wojskowa w Czechosłowacji).
Natomiast zdarzyło się, że parę razy padł ofiarą drobnych szykan z tego tytułu
już na kontynencie północnoamerykańskim – ze strony niektórych przedstawicielek
i przedstawicieli tamtejszej Polonii. Odnośnie współczesnej sytuacji
politycznej w Polsce, Europie i świecie, autor swych poglądów nie
skrywa, a wręcz przeciwnie, w książce wyraża je explicite. Nie
skomentuję ich tu jednak, ponieważ już we „Wprowadzeniu do blogu” (proszę
kliknąć ową stronę) ogłosiłem, iż moje poglądy polityczno-społeczne od
pewnego czasu są już uniwersalne. 😐Cytując ulubionego klasyka
napiszę więc jedynie, iż poznawszy polityczne credo pana Witolda jestem
„za, a nawet przeciw”. 😑Ucieszyłbym się, gdyby
powyższe enigmatyczne sformułowanie dodatkowo zobligowało do sięgnięcia po tę
wspaniałą książkę.
***
Teraz
nieco własnych refleksji związanych z osobą autora i treścią publikacji.
Wyrażę je w czterech punktach.
1. Osoba pana Witolda Lilientala
nie była mi wcześniej nieznana. Zapamiętałem go z jego felietonów w tygodniku
Angora, które mi się bardzo podobały i skłoniły teraz do sięgnięcia
po tę książkę.
2. Wprawdzie jestem od
autora o 12 lat młodszy, ale w latach 1980 i 1981 też
przecież mieszkałem i pracowałem w Warszawie, doskonale zatem
pamiętam ówczesne ekonomiczne i polityczne, ogólnopolskie
i stołeczne, realia. Pan Witold wiernie je we wspomnieniach odwzorował, co
przyznaję, mimo że byliśmy wtedy po przeciwnych stronach politycznej barykady.
Natomiast równie co autora, a może nawet bardziej - jako magistra ekonomii,
zatrudnionego w budownictwie inwestycyjnym - irytowała mnie niewydolność ówczesnego
systemu ekonomicznego oraz mierziło doktrynerstwo partyjnych przywódców. W kwestiach
ustrojowo-gospodarczych wyznawałem wówczas poglądy reformistyczne, na szczytach
władzy potępiane jako „rewizjonizm”, więc się z nimi nie obnosiłem, marząc,
że towarzysz Mieczysław Franciszek Rakowski, którego byłem wielkim fanem, z czasem
dojdzie do realnej władzy, pogoni precz beton partyjny i radykalnie zreformuje
gospodarkę. [Ostatecznie partyjnych doktrynerów przegonił jeszcze Wojciech
Jaruzelski, a za reformę gospodarki skutecznie w 1988 r. wzięli
się premier Mieczysław Rakowski i minister Mieczysław Wilczek, tworząc
zaczyn bardzo ułatwiający podjęcie w 1990 r. realizacji tzw. planu
Balcerowicza.]
3. W roku 1981
obaj jeździliśmy samochodami tej samej marki – również byłem posiadaczem słynnej
Syreny, kupionej na tzw. przedpłaty. Autor nie napisał, jakiej wersji był jego
pojazd. Moja Syrena to najnowszy model 105 L z rozkładanymi
przednimi siedzeniami oraz z dźwignią zmiany biegów w podłodze (wcześniejsze
wersje takich „luksusów” jeszcze nie posiadały). Z wesołą łezką w oku,
pamiętając swe pierwsze doświadczenia motoryzacyjne, czytałem o problemach
autora, jakie miał z „naszym” pojazdem.
4.
No
i refleksja najważniejsza. Autor „wyfrunął” z Polski dnia 26 sierpnia
1981 r. Dość dokładnie w tamtym czasie (na pewno było to na przełomie
sierpnia i września) żegnałem dobrego kolegę - Alego, który wkrótce udawał
się do Kanady, a którego bliżej wspominam w drugiej części artykułu
poświęconego omówieniu książki p. Doroty Malesy pt. „Opowieści o Polakach w USA.
Ameryka.pl” (opis można tu odnaleźć poprzez katalog autorski alfabetyczny
albo katalog tematyczny 9). Przypomniałem sobie teraz, jak kilka dni
przed wyjazdem Ali zaprosił mnie na kumplowskie pożegnanie. Siedzieliśmy obaj w jego
mieszkaniu na Żoliborzu, popijaliśmy kartkowy alkohol zastanawiając się, co nam
los przyniesie. Co jemu później przyniósł, można się dowiedzieć ze wspomnianego
artykuliku odnoszącego się (tylko w pierwszej części) do książki p. Doroty
Malesy.