czwartek, 5 marca 2026

„Dwa światy”. Autor: Witold Liliental

 

Witold Liliental „Dwa światy”

Wydawnictwo Austeria Klezmerhojs sp. z o.o., Kraków 2025

Witold Liliental (ur. 1939) bardzo trafnie określił swoją książkę jako (cyt., str. 443) przyczynek do historii Polaków lat 80. XX wieku. Opisał losy swoje, rodziny, znajomych – przede wszystkim w latach 1980-1983, niekiedy tylko sięgając wstecz do okresu dzieciństwa i młodości, czy też fragmentarycznie przybliżając się do roku 2024, gdy już zakończył narrację. Tytułowe zaś dwa światy to pierwszy po wschodniej, a drugi po zachodniej stronie Atlantyku. Rok 1980 zastał autora, doskonale znającego język angielski 41-letniego doktora nauk technicznych, na niższym stanowisku kierowniczym w branżowym instytucie naukowo-badawczym w Warszawie. Prywatnie: ożenionego z panią doktor biologii, również pracownicą naukową, ojca dwóch nastoletnich córek, posiadającego własne mieszkanie oraz samochód osobowy marki Syrena. Właśnie dobiegał końca gierkowski okres „Polski rosnącej w siłę i ludzi żyjących dostatnio”. Powstał i ciągle rósł rynkowy deficyt towarów i usług. W państwowych mediach ostro krytykowano zdarzające się już tu i ówdzie „nieuzasadnione przerwy w pracy” (używanie wyrazu „strajk” było jeszcze zabronione). Autor pozostawał biernym obserwatorem wydarzeń politycznych, w aktywną działalność po żadnej stronie konfliktu społecznego początkowo się nie angażował. Pracował na etacie, dorabiał zleceniami, latem uprawiał turystykę kajakową na Mazurach. Powstanie NSZZ Solidarność przyjął z entuzjazmem, został jednym z organizatorów tego związku zawodowego w macierzystym zakładzie pracy. Bardzo interesująco i bez zacietrzewienia ideologicznego przedstawia ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną w Polsce, zarówno w oglądzie makro, jak i w skali instytucji, w której był zatrudniony, relacji w niej międzyludzkich nie pomijając. W owym pamiętnym roku 1980 żona autora została skierowana na staż naukowy w USA i legalnie tam wyjechała (do stanu Arizona). W grudniu i styczniu, wziąwszy urlop i pozostawiwszy dzieci z babciami, pan Witold dołączył do niej na sześć tygodni. Oboje postanowili, że latem 1981 r., z nastaniem wakacji, mąż ponownie odwiedzi żonę, tym razem już z córkami. I tak się też stało. Miesiące przedwyjazdowe zostały w książce bardzo ciekawie opisane. Autor pracował zawodowo na etacie oraz dorywczo, robił niezbędne zakupy (w roku 1981 miewało to ekstremalnie trudny charakter 😟), wykonywał większość czynności domowych, miewał problemy techniczne ze wspomnianym polskim krążownikiem szos 😊, użerał się ze starszą córką (nie zdała do następnej klasy), załatwiał żmudne formalności związane z wyjazdem trzech osób do Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie trwał tzw. karnawał Solidarności, w którym pan Witold uczestniczył w charakterze szeregowego członka związku zawodowego. 26 sierpnia 1981 r. cała trójka wreszcie weszła na pokład samolotu i odleciała do USA. I tak tytułowy świat pierwszy skończył się. Nadmieńmy, iż autor jeszcze wtedy nie zamierzał wyemigrować z Polski na stałe, a jedynie dopuszczał możliwość przedłużenia pobytu rodziny w Ameryce, podjęcia tam pracy i powrotu do kraju z jak największą kwotą twardej waluty, nieformalnie mającej wówczas u nas olbrzymią siłę nabywczą. Decyzję o pozostaniu w USA pomógł im podjąć wprowadzony w PRL stan wojenny (13.12.1981), a przede wszystkim związana z tym niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji w państwie, którego różne scenariusze były przecież i prawdopodobne, i możliwe. W pamięci zwłaszcza miano Węgry 1956.

W tytułowym świecie drugim, można rzec, pan Witold początkowo wpadł z deszczu pod rynnę. Oczywiście odpadły mu ówczesne polskie kłopoty związane z chronicznym niedoborem, a nawet zupełnym brakiem towarów i usług na rynku (absurd z amerykańskiego punktu widzenia!), ale za to pojawiły się nieznane dotąd problemy materialne i formalno-administracyjne. Te drugie odnosiły się do nieuregulowanego statusu pobytu w USA, co ujemnie wpływało na poszukiwanie przez niego odpowiedniej pracy, zgodnej z wysokimi kwalifikacjami zawodowymi. Przez pewien czas pozostawał z wydanym mu nakazem deportacji, okresowo tylko odroczonym. Na domiar złego małżeństwo rozpadło się – żona wyjawiła, iż w jej życiu pojawił się inny mężczyzna. Ostatecznie, po dość ostrych dyskusjach rozstali się i formalnie wzięli rozwód. Jak wiadomo, natura nie znosi próżni. 😇 Pan Witold, wykształcony, zaradny i dość przystojny facet tuż po 40-tce (w książce znajdujemy m.in. jego amerykańskie fotografie) poznał w Arizonie pewną Polkę emigrantkę, posiadaczkę tzw. zielonej karty, czyli już z uregulowanym prawem stałego pobytu w USA. Pobrali się, urodziło im się dziecko (trzecia córka autora). Z biegiem czasu pan Witold opisane kłopoty administracyjne przezwyciężył, otrzymał też dobrze płatną pracę w swoim zawodzie.

Oprócz wymienionych perypetii osobistych autora poznajemy Amerykę z punktu widzenia ówczesnych emigrantów z Polski, ich poważne problemy z zatrudnieniem, mieszkaniowe, lecznicze, językowe itp. W tym miejscu podkreślam zastrzeżenie pana Witolda, iż swe wspomnienia nieco zbeletryzował. Niektóre opisane w książce drugorzędne wydarzenia i doświadczenia emigracyjne, jakkolwiek narracyjnie przedstawione w pierwszej osobie, nie były jego własnymi. Mogły również należeć do przeżyć i obserwacji innych polskich emigrantów. Tym niemniej wszystkie były rzeczywiste, przez co wiernie oddawały klimat i ducha tamtych miejsc oraz czasów. Nb. otrzymujemy obraz dwóch polskich emigracji w Stanach Zjednoczonych – tej starej, z czasów dość odległych, w kolejnym pokoleniu już kiepsko znającej nasz język, oraz tej nowej z lat 70. i 80. XX wieku, dopiero wrastającej w Amerykę. Trochę też czytamy o organizacjach polonijnych, imprezach przez nie organizowanych, a także o mentalności i oczekiwaniach świeżo przybyłych emigrantów (nieraz bardzo odbiegających od rzeczywistości). Autor porównuje również systemy szkolnictwa średniego amerykański i polski. Nasz uznaje za bardziej wszechstronny oraz dużo więcej od ucznia wymagający, egzekwujący też przyswojenie materiału dydaktycznego, przez co zapewniający absolwentowi opanowanie znacznie szerszego zakresu wiedzy ogólnej (interdyscyplinarnej). Nie zmienią już tego nawet późniejsze studia wyższe, siłą rzeczy ukierunkowane głównie na uzyskanie konkretnego profilu wykształcenia.

Na zakończenie kilka zdań o Szanownym Autorze, oczywiście zgodnie z autoprezentacją zamieszczoną w książce. Pan Witold Liliental to Polak, katolik, posiadający żydowskie korzenie rodzinne. Jego ojciec, oficer rezerwy Wojska Polskiego, zmobilizowany w 1939 r. (urodzony w styczniu autor miał wtedy kilka miesięcy) poszedł na wojnę i zaginął bez wieści. Odnalazł się dopiero na liście katyńskiej. Autor, kilkakrotnie nawiązując do polskiego antysemityzmu, zauważa, iż w kraju nigdy nie został nim osobiście dotknięty, nawet w historycznie parszywym roku 1968 (wydarzenia marcowe, „antysyjonistyczne” hece, „bratnia” interwencja wojskowa w Czechosłowacji). Natomiast zdarzyło się, że parę razy padł ofiarą drobnych szykan z tego tytułu już na kontynencie północnoamerykańskim – ze strony niektórych przedstawicielek i przedstawicieli tamtejszej Polonii. Odnośnie współczesnej sytuacji politycznej w Polsce, Europie i świecie, autor swych poglądów nie skrywa, a wręcz przeciwnie, w książce wyraża je explicite. Nie skomentuję ich tu jednak, ponieważ już we „Wprowadzeniu do blogu” (proszę kliknąć ową stronę) ogłosiłem, iż moje poglądy polityczno-społeczne od pewnego czasu są już uniwersalne. 😐Cytując ulubionego klasyka napiszę więc jedynie, iż poznawszy polityczne credo pana Witolda jestem „za, a nawet przeciw”. 😑Ucieszyłbym się, gdyby powyższe enigmatyczne sformułowanie dodatkowo zobligowało do sięgnięcia po tę wspaniałą książkę.

***

Teraz nieco własnych refleksji związanych z osobą autora i treścią publikacji. Wyrażę je w czterech punktach.

1.     Osoba pana Witolda Lilientala nie była mi wcześniej nieznana. Zapamiętałem go z jego felietonów w tygodniku Angora, które mi się bardzo podobały i skłoniły teraz do sięgnięcia po tę książkę.

2.     Wprawdzie jestem od autora o 12 lat młodszy, ale w latach 1980 i 1981 też przecież mieszkałem i pracowałem w Warszawie, doskonale zatem pamiętam ówczesne ekonomiczne i polityczne, ogólnopolskie i stołeczne, realia. Pan Witold wiernie je we wspomnieniach odwzorował, co przyznaję, mimo że byliśmy wtedy po przeciwnych stronach politycznej barykady. Natomiast równie co autora, a może nawet bardziej - jako magistra ekonomii, zatrudnionego w budownictwie inwestycyjnym - irytowała mnie niewydolność ówczesnego systemu ekonomicznego oraz mierziło doktrynerstwo partyjnych przywódców. W kwestiach ustrojowo-gospodarczych wyznawałem wówczas poglądy reformistyczne, na szczytach władzy potępiane jako „rewizjonizm”, więc się z nimi nie obnosiłem, marząc, że towarzysz Mieczysław Franciszek Rakowski, którego byłem wielkim fanem, z czasem dojdzie do realnej władzy, pogoni precz beton partyjny i radykalnie zreformuje gospodarkę. [Ostatecznie partyjnych doktrynerów przegonił jeszcze Wojciech Jaruzelski, a za reformę gospodarki skutecznie w 1988 r. wzięli się premier Mieczysław Rakowski i minister Mieczysław Wilczek, tworząc zaczyn bardzo ułatwiający podjęcie w 1990 r. realizacji tzw. planu Balcerowicza.]

3.     W roku 1981 obaj jeździliśmy samochodami tej samej marki – również byłem posiadaczem słynnej Syreny, kupionej na tzw. przedpłaty. Autor nie napisał, jakiej wersji był jego pojazd. Moja Syrena to najnowszy model 105 L z rozkładanymi przednimi siedzeniami oraz z dźwignią zmiany biegów w podłodze (wcześniejsze wersje takich „luksusów” jeszcze nie posiadały). Z wesołą łezką w oku, pamiętając swe pierwsze doświadczenia motoryzacyjne, czytałem o problemach autora, jakie miał z „naszym” pojazdem.

4.     No i refleksja najważniejsza. Autor „wyfrunął” z Polski dnia 26 sierpnia 1981 r. Dość dokładnie w tamtym czasie (na pewno było to na przełomie sierpnia i września) żegnałem dobrego kolegę - Alego, który wkrótce udawał się do Kanady, a którego bliżej wspominam w drugiej części artykułu poświęconego omówieniu książki p. Doroty Malesy pt. „Opowieści o Polakach w USA. Ameryka.pl” (opis można tu odnaleźć poprzez katalog autorski alfabetyczny albo katalog tematyczny 9). Przypomniałem sobie teraz, jak kilka dni przed wyjazdem Ali zaprosił mnie na kumplowskie pożegnanie. Siedzieliśmy obaj w jego mieszkaniu na Żoliborzu, popijaliśmy kartkowy alkohol zastanawiając się, co nam los przyniesie. Co jemu później przyniósł, można się dowiedzieć ze wspomnianego artykuliku odnoszącego się (tylko w pierwszej części) do książki p. Doroty Malesy.